Podróż na wschód Azyi/16 grudnia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Bombay, 16 grudnia.

Przyjechaliśmy, niestety, z opóźnieniem prawie 24 godzin. Wieczorem ostatniego dnia podróży, pożegnania. Niemcy zaraz wymyślili rozmaite ekstra - sztuczki. Do księgi zażaleń wrysował dr. Walther, geolog, ogromnego Posejdona, boga mórz, płynącego przez ocean, a na jego, z przeproszeniem, siedzeniu, wystającem znacznie ponad poziom wody, kilka par tańczących. To wszystko otoczone wierszem dość lichym po włosku, wyrażającym kapitanowi i oficerom podziękowanie za ich grzeczność, i podpisy nas wszystkich. Drugiemu kapitanowi darowano quasi adres honorowy z moim znowuż rysunkiem. Kilku z naszych, zwłaszcza Coudenhove i Biegeleben, siedzieli aż do trzeciej w nocy na pokładzie. O 6-ej, przed świtem jeszcze, zrobił się na statku gwałt niemożliwy — znak to niechybny, żeśmy przypłynęli do portu. Szybkie ubieranie, połknięcie filiżanki kawy, nareszcie wylatuje się na pokład oglądać Indye, a raczej zatokę Bombayu.
Po rozmaitych perypetyach, docieramy wreszcie do hotelu. Ten hotel, Boże odpuść, ogromna buda na cztery czy pięć piąter, cała z żelaza i drzewa; rozgardyasz, bieganina, o portyerze ani słychu, kupa jakichś podróżnych, druga kupa kelnerów czarnych jak węgiel, którym jednak przez głowę nawet nie przechodzi wziąć do ręki paltot podróżnego, tylko rozrywają sobie poprostu gości, których z drugiej strony ciągną innego znowu koloru kelnerzy, jacyś hamale indyjscy w najcudaczniejszych strojach, a po części i bez nich, tylko z chusteczką, reprezentującą listek figowy. Dostaję wreszcie pokój na trzeciem piętrze. Okropnie wysoko po okropnych schodach, szturkany przez dziesiątki pasażerów i hamalów, cisnących się w górę i na dół, wyłażę; pokój dość lichy, z gabinecikiem na kąpiel, prawie obrzydliwym, łóżko na cztery osoby; ale widok śliczny, bo na pełne morze i Malabar - point, rezydencyę lorda Rey, gubernatora prowincyi Bombayu, liczącej około 40 milionów dusz. W sali jadalnej gwar, z którym wszystkie dotąd słyszane, nie są w stanie wytrzymać konkurencyi. Najpierw u stołów siedzi co najmniej 50—60 osób, w powietrzu oprócz szalonego przeciągu wachlują i jak upiory nad głowami latają ogromnych rozmiarów punki; za każdym prawie gościem stoi oturbaniony Indyanin w bieli, wreszcie chmara kelnerów, znowu ci sami, co rano byli w bramie, tylko tutaj latają wszyscy jak opętani. Na szczęście są boso. A notabene mimo tej chmary służby, niczego się doprosić nie można; kelnerzy bowiem jak bezgłowy uganiają po sali, a te biało i czerwono oturbanione Indyany czyhają tylko, by ci zprzed nosa porwać kosz z chlebem, sól, pieprz, cukier lub musztardę i zanieść swemu panu, na którego usługi tu jedynie są; są to prywatni «boy'e». Indyanina takiego płaci się 1 — 2 rupij dziennie. Za to musi się ubrać, pożywić i cały dzień być cieniem swego pana. Angliki miewają po 20 — 30 takich cieniów, do każdej czynności inny. Gubernator, urzędnicy wyżsi podobno po 100 — 200 takich sługusów utrzymują. Jestto konieczne, bo popierwsze samemu coś sobie robić nie wypada, i gorąco; a powtóre Indyanin taki od wylewania jednego gatunku naczyń, już drugiego, choćby najpodobniejszego, nie tknie się. Boy od punki, którą cały dzień i noc ciągnie, by chłodzić powietrze, nie pyta się o resztę zupełnie. Są tu i inne zacofane systemy, których cywilizatorom tego kraju darować nie mogę: między innymi zupełny brak pewnych urządzeń, zwanych z angielska W. C. W całem cesarstwie indyjskiem ani jednego niema. Są tylko po sypialnych pokojach przenośne, bardzo rudymentalne przyrządy, a municypalność dostarcza każdemu domowi jednego człowieka, przez rząd płatnego, który się nimi opiekuje, i kiedybądź wślizguje się do pokoju, aby rewizyę odbyć — skąd powstają komiczne, ale niekoniecznie miłe sytuacye.
Pierwszego dnia wizyta u generalnego konsula austryackiego, Stockingera, gdzie poznajemy hr. Széchényi i Hoyosa, którzy tu przyjechali polować na tygrysy, a — jak później się dowiedziałem — zabili moc najpyszniejszej zwierzyny. Na jutro mam do nich zaproszenie na obiad. Wczoraj, tj. 15-go, zwiedzaliśmy wieżę Milczenia, czyli cmentarz Parsich, tj. czcicieli ognia, pierwotnych Persów, wypędzonych przez islam z Persyi. Cały prawie handel en gros w rękach tych Parsich; robią oni szalone fortuny, jak żydzi u nas. Cmentarz ten nader smutny! Są to murowane, okrągłe budynki, amfiteatralnie wewnątrz urządzone; tu kładą w umyślnie na to zrobione przegródki ciało nieboszczyka; reszty dokonywają stada sępów, pod których ciężarem istotnie wszystkie drzewa wokoło się uginają. Zwiedzenie świętego Miasteczka brahminów, zajmuje nam pół dnia. Zamieszkują tu wyłącznie należący do kasty brahminów, których poznać po sznureczku, przewieszonym przez biodra. Ciekawe są ich świątynie; u każdej przed wejściem leży święty wół, zwykle ze srebra, którego każdy wchodząc pokrapia wodą, dotyka się, ubiera kwiatami, a palcami uświęconymi tem dotknięciem, przeciera sobie oczy i czoło. Również ciekawe są dzwonki, wiszące u wejścia; każdy wchodząc dzwoni, żeby się zameldować bogom, a zwłaszcza Wisznu, że przychodzi się modlić. Co tu mówić o ich religii? tyle już tomów o niej napisano, a ile więcej powstałoby tomów z tego, co w niej jeszcze nie zbadane! Przedmiotem ich czci, nie jedno lub kilka bóstw, z pewnemi własnemi im imionami i własnościami, ale siła rodząca, mnożąca, więc wszystko, co w przyrodzie ma związek z mnożeniem się danego gatunku. Stąd cześć dla lingamu; wszystko, co w naturze choćby tylko przypominało lingam, jest czczone, i znajduje w świątyniach, obrazach, a zwłaszcza w architekturze, jak najczęstsze i najróżnorodniejsze zastosowanie i reprodukcyę. Stąd cześć dla drzewa, zwanego ficus sacra, które wypuszczając z konarów odnogi ku ziemi, coraz to nowe, idące w setki, tworzy drzewa wkoło pnia głównego, i tak staje się żywym obrazem siły rozrodczej natury. Stąd pochodzą te zresztą dla nas niepojęte sztuki niektórych fakirów. Dziwnie przy takich pojęciach religijnych, przy tych kostyumach, zwłaszcza kobiet, do połowy i to ledwo przykrytych — dziwnie słyszeć o moralności, a zwłaszcza o wstydliwości tego ludu. Widocznie wszystko to tylko kwestya konwencyi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.