Podróż na wschód Azyi/18 grudnia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Bombay, 18 grudnia.

Potrąciłem w ostatnim liście o religię Hindusów. Dziś już chyba wyczerpano ten temat w literaturze światowej, odkryto jej proces powstania, strukturę, myśl przewodnią. Ale o wiele mniej niż religię, zda mi się, zna Europa samych jej wyznawców. Zwłaszcza Anglicy nie bardzo rozumieją, a może nie chcą rozumieć dzisiejszych swych poddanych. O ile czytałem i słyszałem o mieszkańcach Indyj niemahometanach (boć słowem Hindu, trudno objąć te setne rasy, zamieszkujące ten ogromny kawał Azyi), to wydaje mi się, że pojęcia ich etyczne w bardzo wielu punktach zbliżają się do pojęć naszego poczciwego chłopa. Mówię tu naturalnie nie o stanach zamożniejszych Indyj, nie o Parsich, ale o ludzie wiejskim, który o tyle, o ile aryjskiego pochodzenia, wszędzie i zawsze moralnie do siebie podobny. Lud ten, o ile go widziałem, wydał mi się spokojnym, pracowitym, tylko rolą i dla roli żyjącym. Coudenhove miał służącego z Bengalu, czarnego jak węgiel, a jednak taki miał ten człowiek typ, ruchy, uśmiech, spojrzenie do naszego chłopa podobne, że chwilami zapomniałem, żem w Bombayu, i chciałem po rusku do niego zagadać.
Wieczorem 16-go pojechaliśmy we dwóch do Kandallah, koleją o 41/2 godzin z Bombayu. W nocy w wagonie skwar niemożliwy. Kandallah leży przy wielkiej drodze żelaznej z Bombayu na południe do Poona, Abderabad i Madras. Przyjechawszy do Kandallah o 5-tej zrana, piechotą poszliśmy do Travellers bungalow, czyli przez rząd utrzymywanego domu zajezdnego dla białych. Tu rzeczywiście nie mogę, jak uchylić czoła przed sposobem urządzania się Anglików. Dom taki egzystuje prawie w każdej troszkę znaczniejszej miejscowości Indyj. Jestto rodzaj dworku bez piętra, o kilkunastu pokojach, nadzwyczaj poprostu, ale czysto umeblowanych. Jako stróż i zastępca gospodarza rządu, funkcyonuje Indyanin, dalej kucharz i dwóch pachołków. Bungalow, w którym nocowaliśmy, należy do najporządniejszych w kraju. Począwszy od herbaty i jaj na miękko, które się dostaje rano na śniadanie, aż do szampana i czarnej kawy, wszystkiego tu można było dostać. Zapłaciliśmy za osobę po 7 rupij czyli florenów; głównie na tę wysoką cenę wpłynęły 2 butle szampana, któreśmy przy tiffingu spuścili.
Rano o 8-mej wyruszyliśmy na małych konikach jakiejś rasy arabsko - turkomańskiej ku Karlee, wiosce o 6 mil angielskich z ogonem, gdzie w pół wysokości skały bazaltowej wykuta świątynia buddystów, dziś tylko jako ciekawość przez rodzinę starego brahmina utrzymywana. Z początku wyjeżdża się na wyżynę, poprutą niezmiernej głębokości jarami. Skały bazaltowe form najdziwaczniejszych, wszystkie u góry jakby obcięte, wyglądają trochę jak olbrzymie, ścięte do połowy mrowiska. Na szczycie góry ogromna płaszczyzna, szerokości jakich 10 mil angielskich, zamknięta z dwóch stron znowu takiemiż skałami ciemno - brunatnego bazaltu. Płaszczyzna uprawna prawie samem zbożem, którego ogromne sterty na wszystkie strony stoją; we wielu miejscach właśnie młócono zboże. Dziwnie się to odbywa: biorą ogromne snopy w ręce i biją nimi o kawał drzewa tak długo, aż ziarno wyleci. Choć to zboże jak nasze, jednak ogólny wygląd tego pola zupełnie do naszych nie podobny. W czasie, przez który zboże to rośnie, tj. w lecie, od maja, ulewy tu nieustanne; trzeba je więc w sposób szczególniejszy okopywać. Cały teren pod uprawą będący, podzielony jest na niezliczoną ilość nierównych prostokątów, oddzielonych małymi rowkami; wśród samych zaś prostokątów, między rowkami wznoszą się jakby groble, sztuczne nasypy, i na tych dopiero rośnie zboże. I to się im opłaca! Gdyby u nas chcieć w ten sposób zboże uprawiać! Gatunek ziemi wydał mi się wszędzie cudowny; orzą pługami drewnianymi, ledwie poruszając kilkucalową wierzchnią warstwę. Inaczej nie mogą, bezpośrednio bowiem pod tą cienką warstwą humusu jest bazalt. Spotyka się tu stada zebu; widać trzcinę cukrową w niewielkiej ilości, bawełnę i morwy.
O tych tematach agronomiczno-wiejskich gawędząc, dojeżdżamy do stóp ogromnego, ponad inne wysoko piętrzącego się bloku bazaltu, na którego szczycie świątynia. Złazimy ze szkapek naszych i drapiemy się. Wrażenie, jakie świątynia robi, niesłychane. Nie mam jeszcze fotografii. Proszę sobie wystawić wykuty w skale, zawsze ciemno-różowo-brunatnej, portyk wysokości przeciętnego małomiejskiego kościoła. Portyk o wspaniałych, choć nieco zniszczonych kolumnach; po bokach ślicznie zachowane, po cztery słonie, więcej niż naturalnej wielkości, podtrzymujące rodzaj fasady domu indyjskiego o setnych oknach i okienkach, i ozdóbkach troszkę może maurytańskie przypominających. Na każdem piętrze tej fasady — a tych piątr jest 5 lub 6 — widać kamienne pary, tańczące jakiś święty taniec. Samego wejścia do świątyni strzegą ogromne figury, przypominające wyobrażenia rozmaitych własności Wisznu w świątyni Elephanty. Wreszcie sama świątynia. Wysokości ona mieć musi 25 do 30 metrów. U dołu po dwóch stronach rząd kolumn ogromnych, oddzielających główną nawę od wąziutkiego korytarzyka, biegnącego wokoło. Kolumny te niezmiernie ciekawe. Jako zakończenie u góry po dwa słonie klęczące, a na nich po dwie pary ludzi, trzymających się w objęciach. Górą świątynia zamknięta owalnem sklepieniem z desek, ustawionych prostopadle do dna sklepienia; drzewo to, jak twierdzą, jest równie stare jak sama świątynia, więc przeszło 2000 lat; trwałość ta jest właściwością tego gatunku drzewa, teak wood, którego jeszcze żywe rosnące okazy widzieliśmy później w Syamie. U końca głównej nawy, naprzeciw wejścia, wielki walcowaty monument, zupełnie podobny do okrągłego pieca kolosalnych rozmiarów, zakończony kwadratową jakby szkatułą, malowaną na zielono, niebiesko i czerwono; nad nią rodzaj parasola formy chińskiej: to Dahgoba, grób Buddy, w którym zwykle się przechowuje jakaś relikwia wielkiego reformatora. Świątynia ta zupełnie nasze kościoły przypomina formą i rozkładem; jest jedną z najlepiej zachowanych w Indyach. Cerberem tej pysznej pamiątki — stary brahmin; boć na kontynencie indyjskim ponoś już wcale buddystów niema — reformę wypchnęła z granic Indyj dawna religia. Aby sumienie swe pogodzić z funkcyą wielce lukratywną, stróża starożytnej świątyni, wybudowano tu dla strzegącego brahmina u samego wejścia małą kapliczkę, gdzie Wisznu nie reformowany panuje. Wokoło dawnej świątyni Buddy liczni kiedyś mnisi, bonzowie, pustelnicy i pielgrzymi mieli mieszkania i schronienie, wszystko w skale kute, celki zupełnie jak naszych zakonników, w nich łoża kamienne jako jedyne umeblowanie.
Niegdyś była tu i forteca, o którą dwa razy Anglicy daremnie się kusili; dziś z fortecy ani śladu; są jednak jeszcze ślady lepszej przeszłości. Pysznych kilka prastarych drzew, pięknie omurowanych, jakby w wazonach, zdobi dziedzińczyk przed wejściem. Z przed świątyni widok więcej ciekawy niż piękny. Z drugiej strony wielkiej doliny, w której Karlee leży, pokazują wielkie skały, za niemi zarośla, dżungle, gdzie mnóstwo tygrysów mieszka.
Wieczorem, po wycierpieniu istnego piekła w wagonie, stanęliśmy z powrotem w Bombayu, a po spiesznej toalecie pojechaliśmy ogromnym koczobrykiem do Malabar-point na obiad u lorda gubernatora. Zajazd wspaniały. Pyszny gwardzista przyboczny, z długim proporcem, stoi przed schodami na straży. Po szkarłatnem suknie wychodzi się do właściwego przedpokoju. Tu czekało dwóch adjutantów gubernatora, w niebieskich frakach, o czerwonych wyłogach, a złotych guzikach. Ci nas wprowadzili do drugiego przedpokoju i wskazali miejsca, gdzie mamy siedzieć przy stole. Biegeleben ma podać rękę pani domu, ja jakiejś lady Talbot, a siedzieć mam na prawo od pana domu. Pokoje dość piękne, przestronne, dużo powietrza, bardzo skromne meble, gorąco przy obiedzie szalone. Przy końcu obiadu wstaje lord Reay i pije zdrowie cesarza austryackiego, potem cesarza Rosyi, gdyż był obecnym na obiedzie contre-admirał rosyjski, przybyły z pancernikiem, obwożącym wkoło świata wielkiego księcia Aleksandra, syna w. księcia Michała Mikołajewicza. W. książę bawi w Madras. Na toast ten odpowiada Biegeleben toastem na cześć królowej; po każdym toaście i odpowiedzi hymn, odegrany przez orkiestrę gubernatora, którą dyryguje naturalnie jakiś Czech. Po toastach panie odeszły; ja, zupełnie zapominając, że to dom angielski, wybieram się iść. Chwyta mnie sąsiad za poły i przypomina, że mężczyźni zostają. Podają cygara. Po kwadransie pani domu przysyła po mnie adjutanta, by mię paru grzecznymi słowy uszczęśliwić. Wreszcie koniec tej łaźni; wyjeżdżamy. Noc cudowna, pełna, jasno jak w dzień.
Dziwnie uderzyć muszą każdego nieprzywykłego, maniery tych Anglików. Na każdym kroku starają się dowieść każdemu, że oni są rasą lepszą i wyższą, że oni tu panami, że oni o nikogo na świecie ni chcą ni potrzebują dbać. Systematycznie ignorują tu rezydujących reprezentantów obcych mocarstw, chcąc tym sposobem własnym poddanym dokumentnie okazać, że wszystkie inne mocarstwa są rodzajem niższej i słabszej kasty białych, na którymi Anglia panuje, a zwłaszcza góruje.
Patrząc na tę wielkość i potęgę cesarstwa indyjskiego, na tych przeszło 200 milionów ludzi, trzymanych w ryzach i posłuszeństwie przez 3 — 4 tysięcy Anglików, mimowoli stawia się pytanie, czy to wszystko istotnie na niewzruszonych stoi podstawach? Że to rzecz jedyna w swoim rodzaju na świecie, to nie ulega wątpliwości; są jednak ludzie — między innymi właśnie ów jen. konsul austro-węgierski w Bombayu — którzy twierdzą, że dni angielskiego panowania w Indyach są policzone. Pierwszorzędną rolę odgrywa tutaj samopoznanie Hindusów, z których sami Anglicy, ucząc ich po angielsku, tworzą to, czem dotąd nie byli, tj. jeden naród. Pojedyńcze rasy i szczepy nie były dotąd w możności porozumienia się między sobą, mówiąc absolutnie różnymi językami; dziś już cała młoda generacya mówi i czyta po angielsku i w angielskim języku zaczyna się między sobą porozumiewać! A niezadowolenie jest ogólne; wszystkie stany i plemiona, jakkolwiek różne religią i mową, łączą się w jednym punkcie: niechęci do Anglików. Najbardziej wrogimi panowaniu Anglii są dawni radjowie i maharadjowie, nababy, bogacze i możnowładcy wszelkiej kategoryi. Tym okrojono dawne swobody i dawną władzę; stąd niezadowolenie. Wolność prasy panuje zupełna, codzień prawie dzienniki opozycyjne biją całą siłą przeciw rządowi i jego organom. A że krytykować zawsze łatwo i krytyka rządu zawsze u wszystkich kół poklask znajdzie, więc niezadowolenie rośnie, myśl oswobodzenia się, życzenie samorządu u klas oświeceńszych i zamożniejszych kiełkuje, rośnie, krzewi się. Lud także niezadowolony, choć jemu nie o politykę chodzi; lud widzi i czuje, jak go wyzyskują rozliczni spekulanci, Anglicy, a zwłaszcza Parsi; widzi, jak oni porastają w miliony, a on sam ani kroku naprzód zrobić nie może, ani wyjść ponad poziom nędzy, gdyż praca jego prawie wartości nie ma. Więc i lud wiejski chce zmiany, bo myśli, że będzie mu lepiej. A że tłum miejski, a nawet — jak mówią — i wiejski, prawie bez wyjątku czytać i pisać umie, więc artykuły i broszurki, rządowi i białym wrogie, rozchodzą się w milionach egzemplarzy, znajdując wszędzie ciekawych czytelników.
Zwrócić jeszcze trzeba uwagę na fakt arcyważny: tj. przejęcie przez Anglików i zastosowanie w stosunkach do krajowców, tak tu jak w innych częściach ich światowego państwa, pojęcia kasty. Anglicy, tj. biali, tworzą tu osobną kastę, równie, a może bardziej od innych rozgraniczoną, jak kasty Hindusów. Konieczność z jednej, przykład Portugalczyków z drugiej strony, pchnęły ich na tę drogę. Powiadam konieczność, bo to condito sine qua non utrzymanie powagi, tego niezbędnego uroku wobec krajowców. Portugalczycy przez nieobserwowanie tej zasady absolutnego rozdziału między białym a kolorowym człowiekiem, wsiąkli w społeczeństwo indyjskie, utworzyła się rasa mieszańców, których stanowisko wobec krajowców naturalnie zupełnie jest odmienne. Anglicy nie chcą tego dopuścić. Biały, żeniący się z kobietą, jak tu mówią, «kolorową», ipso facto wychodzi z kasty białych, traci prawo do wyższych urzędów, nie przyjmują go u siebie biali, staje się w całem słowa znaczeniu un déclassé, bo od białych odepchnięty, między tamtymi z pewnością nigdy przyjętym nie zostanie. W pułkach indyjskich bywa zwykle po 5 — 6-iu oficerów Anglików; reszta oficerów są Hindusi. Oficerowie angielscy mają np. swój rodzaj klubu pułkowego, gdzie jadają i bawią się wspólnie, a oficerowi Hindu przystęp tu wzbroniony. Wogóle Anglicy traktują swoich kolegów «kolorowych», coram populo nawet, jako stworzenia niższe, z któremi nie chcą mieć żadnej styczności. Jakie skutki takiego traktowania, łatwo odgadnąć.
Wreszcie trudno zapomnieć, że na północy jest ktoś, co umie agitować, bo od wieków ciągle agituje i knowa, i że w jego interesie leży i tu wodę mącić. Ten ktoś ma i mieć będzie coraz więcej swoich agentów, którzy w każde ucho i serce hinduskie kładą, że lepiej będzie bez Anglików. Ten ktoś zwłaszcza umie trafić do serc i fantazyi radjów, maharadjów, nizamów i nabobów, bo mówi im: skoro zrzucicie to jarzmo, a przyjmiecie nasz protektorat, dawne wasze wolności, wasza władza odżyją! Jak dawniej będziecie królować, poddanych i maluczkich wysysać i gnębić. Ten północny sąsiad na każdym kroku jak widmo wyłazi i straszy po nocach Anglików. Są ludzie, co twierdzą, że element mahometański, liczny i potężny na półwyspie indyjskim, z zaufaniem i przyjaźnią patrzy na północ. Niema wątpliwości, że zjednawszy sobie ten element, najbardziej przedsiębiorczy, bitny, rezolutny, miałoby północne mocarstwo 3/4 drogi nad Ganges za sobą. Trudno mi jednak jakoś wierzyć w tę życzliwość i sympatyę między mahometanami. Wszak mają przykład Tatarów kazańskich i innych muzułmanów, których chciano tak pod względem politycznym, jak i religijnym zmazać z karty. Co prawda, połapano się w nadnewskiej stolicy, że źle zrobiono. Postępowanie z emirem Buhary, z całym tym licznym zastępem Chanatów wyłącznie mahometańskich, które jenerał Kaufman i jego następcy do imperium wcielili, było już zupełnie inne. Zatoka Bengalska bezprzecznie więcej od Dardanelów i morza Śródziemnego warta; więc, że na staraniach, aby się tu przedostać, nie zbywa, to pewnik.
Rosya przytem, nie odpycha tubylców; urzędnicy rosyjscy nie odgraniczają się murem kastowości od poddanych swoich; w sposób arcyrozumny, wszelkimi środkami przyciągają ich, nęcą, olśniewają i kaptują. Powiadano mi, że Rosya proponowała sułtanowi rodzaj przymierza zaczepno-odpornego. Turcyi gwarantowano niepodzielność i całość jej posiadłości, zwłaszcza Stambułu, wzamian zaś za to żądano carte-blanche w środkowej i wschodnio-południowej Azyi, i przyrzeczenia, że w razie konfliktu Rosyi z jakiemkolwiek innem państwem, więc naturalnie z Anglią, sułtan ogłosi swym wiernym, że on jest sprzymierzeńcem Rosyi. Nie broni jego, ni żołnierzy tu potrzeba. Firman starczyłby za atut ogromnej doniosłości w ręku jednego z walczących. Mając irade kalifa po swojej stronie, może Rosya, w razie wojny z Anglią, usposobić nietylko apatycznie, ale nawet wrogo te miliony muzułmanów indyjskich, może pozbawić Anglię nietylko współdziałania tego elementu przeciw Rosyi, ale pozbawić ją posłuszeństwa licznego żołnierza muzułmanina, stanowiącego elitę w armii anglo-indyjskiej.
Dziś już pewien zwrot w angielskiej polityce względem Indyan widoczny; wyszli oni od pewnego czasu z letargu, w jaki ich świetne powodzenie oręża i pieniądze wprawiły. Do zbudzenia ich z pewnością niemało przyczynił się profesor Wambery, Węgier, oryentalista, który po całej Anglii peregrynował, miewał odczyty, pisał książki, nawoływał: caveant consules! Walka tych dwóch kolosów będzie straszna. Już Napoleon I. wiedział, że Anglię zgubić, podciąć jej życiodajne żyły, można tylko w Indyach. Jaki będzie wynik tej walki, to nie ludzka rzecz dziś sądzić; bądźcobądź cywilizacya angielska postawiła sobie tutaj wspaniały, wiekopomny pomnik; dzieła i arcydzieła, jakie ona tutaj stworzyła, przetrwają z pewnością wszystkie burze, i będą, czy pod tem czy pod innem panowaniem, podstawą rozwoju i potęgi tych krajów. Takie jest pierwsze wrażenie, które mi tutejsze stosunki i rozmowy z ludźmi zrobiły; dlatego je zanotowałem. Co do tutejszych piękności natury, są one zupełnie w innym rodzaju, jak to co się dotąd widziało. Okolice Bombayu nie są brzydkie; są nawet, np. droga do Kandallah (Semering indyjski), bardzo malownicze momenta, ale krzyczeć niema powodu. Polowania muszą być śliczne, bo zwierzyny wiele; Anglicy jednak tylko na tygrysy polują.
Wyjeżdżam tymi dniami do Singapore via Colombo i Penang.



Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.