Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie/Twardowski

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Boruta Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie • 153. Twardowski • Lucjan Siemieński Dziewięć groszy
Boruta Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie
153. Twardowski
Lucjan Siemieński
Dziewięć groszy

Twardowski był dobry szlachcic, bo po mieczu i kądzieli. Chciał mieć więcéj rozumu, niż mają drudzy poczciwi ludzie i znaleść od śmierci lekarstwo, bo niechciało mu się umrzeć.
W staréj księdze raz wyczytał, jak djabła przywołać można: o północnéj przeto dobie wychodzi z Krakowa, kędy léczył w całém mieście i przybywszy na Krzemionki, zaczął biésa głośno przywoływać. Stanął prędko zawezwany: jak w one czasy bywało, zawarli z sobą umowę. Na kolanach zaraz djabeł napisał długi cérograf, który własną krwią Twardowski wyciśniętą z serdecznego palca podpisał.
Między wielą warunkami był ten główny: że dopóty ni do ciała, ni do duszy czart niema żadnego prawa, dopóki Twardowskiego w Rzymie nieułapi.
Na mocy téj to umowy, djabłu, jako swemu słudze, rozkazał naprzód, by z całéj Polski srebro naniósł w jedno miejsce i piaskiem dobrze przysypał. Wskazał mu Olkusz; posłuszny służka dopełnił rozkaz wydany i z tego srebra powstała sławna kopalnia srebra w Olkuszu.
Wszystko, co jeno zażądał żywnie, miał na swojém zawołaniu: jeździł na malowanym koniu, latał w powietrzu bez skrzydeł, w daleką drogę siadł na kogucie i prędzéj bieżał niż konno; pływał po Wiśle ze swoją kochanką wstecz wody bez wiosła i żagli; ogromny kamień pod Czerwińskiem sam przeniósł i jednéj nocy wykopał pod Knyszynem staw, Czechowizną zwany.
Upodobawszy jednę pannę chciał się ożenić; ale panna chowała we flaszce robaka i pod tym warunkiem obiecywała oddać temu rękę, kto zgadnie, co to za robak?
Twardowski w ciemie niebity, przebrał się za dziada i przyszedł do ładnéj panny. Pyta go zaraz ukazując z dala flaszeczkę:

Co to za zwiérz, robak czy wąż?
Kto to odgadnie, będzie mój mąż.

a Twardowski odrzekł na to: To jest pszczółka mościwa panno!
Zgadł w istocie i wnet się ożenił.
Pani Twardowska na rynku krakowskim ulepiła z gliny domek i w nim przedawała garnki i misy. Twardowski za bogatego przebrany pana, przejeżdżając z licznym dworem, tłuc je zawsze czeladzi kazał. A kiedy żona ze złości wyklinała w pień, co żyje, on siedząc w pięknéj kolasie, śmiał się szczérze z téj psoty.
Złota miał zawsze by piasku; bo co chciał, to djabeł znosił. Kiedy długo dokazuje, raz był zaszedł w bór cienisty, bez narzędzi czarnoksięzkich. Zaczął dumać zamyślony; nagle napada go djabeł i żąda, aby niezwłocznie udał się do Rzymu.
Rozgniewany czarnoksiężnik, mocą swojego zaklęcia zmusił biésa do ucieczki: zgrzytając kłami ze złości, wyrywa sosnę z korzeniem i tak silnie Twardowskiego uderza po obu nogach, że jednę zgruchotał cale. Od onéj doby już był kulawy i zwany odtąd powszechnie kuternogą. W ostatku sprzykrzywszy sobie zły duch, czekając dość długo na duszę czarnoksiężnika, przybiera postać dworzana i jak biegłego lekarza zaprasza niby do swojego pana, że potrzebuje pomocy. Twardowski za posłańcem spieszy do jednéj wsi w Sandomierskiém, niewiedząc, że w niéj się gospoda nazywała Rzymem.
Skoro tylko próg przestąpił onéj karczmy, mnóstwo kruków osiadło dach cały i wrzaskliwémi głosy napełniało powietrze. Twardowski od razu poznał, co go może tutaj spotkać: więc z kołyski dziecie małe, świeżo dopiero ochrzcone, porywa na ręce i zaczyna piastować, gdy w własnéj postaci wpada djabeł do izby.
Chociaż był pięknie ubrany, miał kapelusz trójgraniasty, frak niemiecki, z długą na brzuch kamizelką, spodnie krótkie i obcisłe, a trzewiczki ze sprzączkami, wszyscy go poznali od razu; bo wyglądały rogi z pod kapelusza, pazury z trzewika i harcap z tyłu.
Już chciał porwać Twardowskiego, gdy spostrzegł wielką przeszkodę, bo małe dziecię na ręku, do którego niemiał prawa. Ale biés wnet znalazł sposób; przystąpił do czarownika i rzecze:
Jesteś dobry szlachcic: zatém verbum nobile, debet esse stabile.
Twardowski widząc, że niemoże złamać szlacheckiego słowa, złożył w kołyskę dziecię, a wraz ze swym towarzyszem wylecieli wprost kominem.
Zawrzasło radośnie stado kruków. Lecą wyżéj, co raz wyżéj. Twardowski niestracił ducha; spojrzy na dół — widzi ziemię i miasto Kraków.
Żal mu szczéry serce ścisnął: tam zostawił wszystko, co kochał w życiu; ozwało się w nim uczucie z lat niewinności i zanucił godzinki. Bowiem w młodości swojéj, kiedy był pobożny, ułożył był kantyczki na cześć Maryi i Jezusa.
To go uratowało od piekielnéj mocy: albowiem, gdy skończył oną pieśń, poznał zdziwiony, że już więcéj w górę nieleci i że zawisł w powietrzu. Oglądnie się koło siebie, już niewidzi towarzysza swéj podróży; głos tylko mocny słyszy nad sobą:
— Zostaniesz do dnia sądnego zawieszony, jak teraz!
Dziś, gdy miesiąc zejdzie w pełni, pokazują czarną plamkę, która jest ciałem Twardowskiego, zawieszoném do dnia sądnego.