Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie/Madej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Homen Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie • 150. Madej • Lucjan Siemieński Iskrzycki
Homen Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie
150. Madej
Lucjan Siemieński
Iskrzycki

Jechał kupiec przez las gęsty, ciemny: błądził długo i w pomroce nocnéj ugrzązł w bagnie bez ratunku. Zasmucony począł rozpaczać, gdy nagle w postaci ludzkiéj zły duch mu się pokazał.
— Niesmućcie się człowieku! — wyrzekł do kupca; — ja was wyciągnę z błota i do domu wskażę drogę; ale pod warunkiem, że to, co masz w domu, a o czém ty niewiesz, moją zostanie własnością.
Kupiec pomyślał trochę i przystał rad na podany warunek, niewiedząc, że żona powiła mu podczas, gdy był w podróży, urodnego syna. Djabeł wyciągnął go z błota, wyprowadził na szeroki gościniec, a zmusiwszy kupca do wydania cyrografu, raz jeszcze umowę przypomniał i zniknął.
O ile z radością powitał żonę tak dawno niewidzianą, o tyle zasmucił się widząc ładnego syna, którego już złemu duchowi zapisał. Skrycie płakał nieraz poczciwy kupiec, tając łzy gorzkie przed żoną: tymczasem dziecię w pacholę wyrosło.
Było ciche, spokojne i chętne do nauk: w piątym roku już dobrze czytało i pisało, co tém więcéj strapione serce ojca jątrzyło, że z dziecięciem tak lubém wkrótce się rozstać musi, oddając na ofiarę djabłu.
Małe pachole doszedłszy lat siedmiu, uważało smutek ojca i łzy rzewne, ile razy zapatrywał się w jego urodne oblicze. Tyle przeto prosił, tyle nalegał, że kupiec wyjawił mu wszystko.
— Nietroszcz się mój rodzicu: Bóg mi dopomoże, ja pójdę do piekła i cyrograf odbiorę.
Płakała matka, płakał i ojciec błogosławiąc na tak daleką drogę chłopczynę, który zrobiwszy potrzebny przybór, niebawem wyruszył z domu.
I szedł długo i daleko, aż zawędrował w puszczę ciemną i straszną, a tu w jaskini ukrytéj zamieszkał rozbójnik Madej.
Morderca własnego ojca, matkę jedno zachował przy życiu, co mu gotowała strawę. Nikomu niepodarował życia; kogokolwiek dostał, bez litości zabijał. Matka, podeszła niewiasta, zabłąkanych podróżnych w jaskini przechowywała; ale Madej miał węch tak doskonały, że wracając do jaskini, zaraz zwietrzył ludzkie mięso.
Chroniąc się przed burzą, przypadkiem zaszło tam nasze pachole: stara litując lat młodych, ukryła go w ciasnym zakątku jaskini; lecz Madej zaledwie wpadł do niéj, poczuł świéżego człowieka. Już biedne dziecię nachyliło głowę pod zabójczą pałkę, kiedy rozbójnik dowiedziawszy się gdzie idzie, podarował mu życie z warunkiem, ażeby zobaczył w piekle, jakie dlań zgotowano po śmierci męczarnie.
Pachole równo ze świtem opuszczając jaskinię, prędko dostało się do piekielnéj bramy: święconą wodą i obrazkami, które przylepiał, otworzyła się snadnie. Zaskoczył mu Lucyper z zapytaniem: czego żąda?
— Cyrografu na moję duszę przez ojca mego wydanego.
Hetman piekielny kropiony święconą wodą, chcąc go pozbyć czémprędzéj, wydać cyrograf rozkazał; ale trzymał go jeden kulawy djabeł, a choć parzony kropidłem święconéj wody, niechciał wrócić cyrografu.
Rozgniewany Lucyper: Weźcie go na Madajowe łoże! zawołał; a djabeł przestraszony okropną męką, oddał pismo w téjże chwili.
Ciekawy chłopczyna poszedł zobaczyć tak straszliwe łoże. Było z żelaznéj kraty, wysłane ostremi nożami, igłami i brzytwami: pod spodem palił się ogień nieustanny, a z góry kapała kroplami rozpalona siarka. Wyszedł z piekła i szedł dzień jeden, dzień drugi, aż trzeciego zaszedł do téjże jaskini, gdzie go już oczekiwał zasmucony Madej. Doniósł więc o tém, co widział, rozbójnikowi. Zmartwiał z przestrachu zbrodzień, a chcąc tak srogiéj męczarni uniknąć, postanowił pokutować.
Wyszli więc razem z jaskini; Madej ukląkł w lesie, zatknął w ziemi przy sobie morderczą maczugę, wiedząc zaś, że młode pachole poświęciło się na księdza, przyrzekł, iż dopóty czekać będzie na tém samém miejscu, dopóki niezostanie biskupem.
Minęło lat kilkadziesiąt, nim on chłopczyna wyszedł na dostojność biskupią.
Raz przejeżdżając puszczę ciemną i gęstą, niezajrzaną okiem, doszedł go jabłek zapach przyjemny. Rozkazuje więc swéj służbie tego owocu wyszukać; dworzanie wkrótce wracają i donoszą, że w pobliżu jest piękna jabłoń, ale żadnego nieda sobie urwać jabłka, przy niéj zaś klęczy starzec siwobrody.
Biskup wysiada z powozu, idzie na wskazane miejsce i z podziwieniem poznaje Madeja, okrytego siwizną, z długą, do ziemi zarosłą brodą, który go o wysłuchanie spowiedzi i rozgrzeszenie prosił. Przychylił się kapłan do jego prośby, a dworzanie z osłupieniem widzieli, jak w czasie spowiedzi jabłko po jabłku zamienione w białe gołąbki znikały w powietrzu. Jedno tylko pozostało jabłko, była to dusza ojca Madeja, którego sam zamordował, a ten grzech ciężki utaił: lecz, gdy wyznał i ten grzech ostatni, ostatnie jabłko przemienione w siwego gołąbka za innémi uleciało.
Modlił się gorąco biskup nad grzesznikiem; a gdy dał mu rozgrzeszenie i trącił palcem, ciało Madeja w drobny proch się rozsypało.