Przejdź do zawartości

Pocztylion

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Kondratowicz
Tytuł Pocztylion
Podtytuł Tom I
Pochodzenie Poezye Ludwika Kondratowicza
Wydawca Wydawnictwo Karola Miarki
Data wyd. 1908
Miejsce wyd. Mikołów-Warszawa
Źródło Skany na Commons
Indeks stron

POCZTYLION.
GAWĘDA GMINNA.

Tu piją i gwarzą, ty jeden w tej wrzawie
 Wyglądasz jak jeniec w niewoli; —
Weź czarkę, weź lulkę, siądź tutaj na ławie,
 I powiedz, co ciebie tak boli?

Ni dzwonek, ni trąbka, ni krasne dziewczęta
 Nie mogą rozerwać twej nudy;
Dwa lata tu żyjesz, a nikt nie pamięta,
 Ażebyś był wesół jak wprzódy.

— O! bo też mi gorzko, bo smutno mi wszędzie,
 Niemiło na świecie, niemiło!
Daj czarkę! przy czarce odważniej mi będzie, —
 Posłuchaj, co mi się zdarzyło:

Gdym przystał na pocztę, zbyt jeszczem był młody,
 Lecz dusza dość miała swej mocy;
Nie znało się wprawdzie wygody, swobody,
 Nie było ni święta, ni nocy.

Od ranka do zmroku, od zmroku do ranka
 Woziłem pakiety i pany; —
Dostałem złotówkę, — o! wtedy hulanka,
 Wesoły, i syt, i pijany!

Zwodziłem dziewczęta, skarbiłem przyjaciół,
 Z pisarzem jak z równym i kwita;
I konie mię znały — jak gwizdnął, jak zaciął,
 Rwą moje siwaki z kopyta.

Wesoło wieźć pocztę! zatrąbię na moście:
 Tu kogoś się spędzi, tam spotka,
Tu wiozę panicza, tu młode jejmoście,
 O! wtedy pewniutka dwuzłotka!


Lecz serce me jednej oddałem dziewczynie, —
 Mieszkała w wioseczce o milę;
Bywało, wracając, nigdy się nie minie,
 Choć krótką przepędzę z nią chwilę.
 
Raz woła mię pisarz w północnej coś porze,
 Natychmiast się budzę, przychodzę, —
A była to zima, mróz tęgi na dworze.
 Zawieja, sumioty na drodze.

— Powieziesz sztafetę! — Oj, licho przywiodło! —
 Tak sobie odchodząc mruczałem.
Za pakiet, za trąbkę, za konia, za siodło,
 I w moment puściłem się cwałem.

A tutaj wiatr świszcze, śnieg kręci i ciemno,
 A przytem okrutne bezdroże.
Dwa słupy wiorstowe mignęły przede mną.
 Podjeżdżam pod trzeci — o Boże!

Wśród wichru poświstów, głos z płaczem zmieszany
 W bok drogi gdzieś woła pomocy;
Myśl pierwsza: — Pomogę! ktoś pewno zbłąkany
 Brnie w śniegu i zginie wśród nocy.

Zwróciłem już konia — wtem jakby mi zda się
 Ktoś szepnął: A tobież co po tem?
Ej lepiej godzinkę zyskawszy na czasie.
 Odwiedzić swą dziewę z powrotem.

Strach serce ogarnął, zaledwiem mógł dyszeć,
 Pot zamarzł kroplami nad czołem.
Jam w trąbkę uderzył, by jęków nie słyszeć,
 I dalej siwego zaciąłem.

Wracałem o świcie — trzy wiorsty od domu.
 Strach znowu ogarnął mię skryty:
Duch zamarł, a serce, szepcąc pokryjomu,
 Stukało jak dzwonek rozbity.

Przy słupie koń parsknął — zjeżyła się grzywa —
 Na drodze, pod płachtą powiewną,

Pod warstwą zamieci — kobieta nieżywa,
 Skostniała, bezwładna jak drewno.

Strząsnąłem płat śniegu na białej jej szacie
 I trupa wywlokłem na drogę;
Otarłem śnieg z lica... — To była... Ach! bracie,
 Daj czarkę, dokończyć nie mogę.

 1844 w kwietniu. Załucze.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Kondratowicz.