Pisma zapomniane i niewydane/Przemówienia/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Przemówienia
Pochodzenie Pisma zapomniane i niewydane
Data wydania 1922
Wydawnictwo Wydawnictwo Zakładu Nar. Imienia Ossolińskich
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego Im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa, Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór pism
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór pism jako ePub Pobierz Cały zbiór pism jako PDF Pobierz Cały zbiór pism jako MOBI
Indeks stron
PRZEMÓWIENIA

TOAST
na cześć Cyprjana Godebskiego, twórcy pomnika Mickiewicza, w Warszawie, na uczcie d. 29 grudnia r. 1898.
Drogi i kochany mistrzu!

Temu, co kochał i cierpiał za miljony, serca tych miljonów odpowiedziały największą czcią i miłością, a gdy przyszła pomyślna chwila, chciały swoim uczuciom dać niespożyty i wieczny wyraz. Ale, jak przed kilku dniami widziałeś, ludzie u nas, im głębiej zbiorowo czują, tem głębiej milczą... Ogół zresztą wypowiada to, co ma w duszy, zawsze przez pojedyncze usta — więc i tę miłość i tę cześć dla wielkiego Adama mógł wyrazić tylko jeden z takich wybranych synów narodu, któremu Bóg dał potemu moc odpowiednią.
Tym wybrańcem zostałeś ty — i, zaiste, szczęsny był wybór. — Szczęsny, boś umiał odgadnąć, że owe miljony chcą od ciebie, by dzieło było wielkie, wspaniałe, o tyle bardziej natchnione i bardziej narodowe od zwykłych pomników, o ile bardziej natchnionym i narodowym od innych poetów był nasz wieszcz Adam.
I wywiązałeś się z zadania. Żaden inny poeta w żadnem mieście nie ma większego i wspanialszego pomnika od Mickiewicza w Warszawie. — Cześć ci i chwała za to! Imię twoje, sławne i głośne już przedtem, otoczy teraz wdzięczna pamięć społeczeństwa, które ci ją wypowiada przez moje usta. Przyjmij na dowód owej wdzięczności ten medal! Niech ci on będzie pamiątką spełnionego obywatelskiego czynu i jasnem wspomnieniem na wieczorne dni twego życia! Wiedz, że oprócz twego oblicza i wizerunku pomnika wyciśnięte są na nim i serca nasze, które odtąd będą cię kochały i będą łączyły twe nazwisko z jednym z najpiękniejszych dni naszego społecznego życia.

„Rok mickiewiczowski“ (Lwów 1899).






NA WŁASNYM JUBILEUSZU
d. 22 grudnia, r. 1900.

Trudno mi wypowiedzieć słowami, jak dalece wzrusza mnie dzień dzisiejszy i wszystko, co mnie w nim spotyka. Ja, który z powodu prac moich dużo zajmowałem się przeszłością, z najgłębszem rozrzewnieniem przypominam sobie, że w dawnych czasach tak właśnie nagradzano rycerzy, słynnych z odwagi i poświęcenia.
Dziś jednak trzeba przedewszystkiem nie jednorazowych uczynków, ale pracy długiej, wytrwałej, codziennej. I właśnie tę pracę moją kraj wynagradza w sposób najwspanialszy, najszlachetniejszy i najzgodniejszy z naszą tradycją — bo wynagradza ziemią. Nic nie przychodzi bez trudu, zatem i ja musiałem tworzyć w pocie czoła, ale mogę rzec, że Bóg błogosławił mojej pracy. Zyskałem miłość swoich, uznanie obcych, a nawet względny dostatek — brakło mi tylko jednego: ziemi, tej ziemi, której wszyscyśmy wyrośli, która jest i będzie niewzruszoną podstawą życia i nieśmiertelną matką pokoleń. Aż oto wzywa mnie tu kraj — i ofiaruje mi szmat tej naszej ziemi, dla której pracowałem — ofiaruje dla mnie i dla moich dzieci.
Podwójny to dar — bo dar dla serca i duszy. W pracy, w wyczerpaniu, przychodzą czasem chwile zwątpienia, czy te wysiłki, które się ponosi, są pożyteczne, czy ten chleb, który się podaje, jest zdrowy i pożywny. A wy tym darem przynosicie mi uspokojenie. Kościół przez twoje usta, dostojny kapłanie[1], powiada mi: „Potykaniem dobrem potykałeś się“, — kraj mówi przez ciebie: „Pracowałeś rzetelnie, dawałeś chleb zdrowy, a oto ta ziemia niech ci będzie świadectwem służby“.
Co za radość, co za uspokojenie! jakie wspomnienie tego dnia — dla mnie i dla dzieci moich po wszystkie dni ich życia! Gdzie znajdę słowo podzięki — jak ją wyrażę — nie wiem. Z serca wyrywa mi się tylko okrzyk: Bóg zapłać — i niech żyje, niech kwitnie to wielkie serce ogólne, które tak umie czuć i tak nagradzać.[2]





NA ZJEŹDZIE WYCHOWAŃCÓW SZKOŁY GŁÓWNEJ.
Czcigodni profesorowie i szanowni koledzy!

Powierzono mi zaszczytny obowiązek powitania uczestników tego pamiątkowego zjazdu. Pamiątkowy on jest, zaiste, bo przywodzi nam na pamięć nietylko nasze młode lata, ale i tę ważną chwilę w naszych dziejach, w której po długiej przerwie otwarty został taki właśnie wyższy przybytek naukowy, jakiego gorąco pożądało całe społeczeństwo. Miał on zaświecić, jak gwiazda, nad całym krajem, miał rzucić jasne promienie wiedzy w najodleglejsze krańce tej ziemi, miał wytworzyć ludzi nauki i światłych obywateli, miał podnieść poziom naszej kultury i uszlachetnić, a zarazem pogłębić myśl narodową.
Więc pogarnęliśmy się tłumnie do tej naszej Szkoły Głównej. Z miłością witani przez was, czcigodni nasi przewodnicy, odpłaciliśmy wam równie gorącem sercem.
Krótkie było istnienie tej naszej szkoły, ale śmiało można powiedzieć, że mało który w świecie uniwersytet mógł się pochlubić takim stosunkiem przewodników do młodzieży.
Częstokroć bywają to dwa obozy, my zaś stanowiliśmy jeden, a stało się tak dlatego, że mieliśmy głębokie poczucie jedności naszych celów i ideałów i że czuliśmy najmocniej tożsamość naszych dusz.
Tkwiła w nas nieograniczona do was ufność, a na takiej glebie łatwo wyrasta miłość, łatwo zgoda, łatwo zapał, łatwo praca. Więc z miłością, w zgodzie, z zapałem wzięliśmy się do pracy dla dobra społecznego i dla przyszłości.
I oto po czterech latach mogliście, czcigodni panowie, powiedzieć już społeczeństwu: „Plon niesiemy, plon!“ Z pod waszego przewodnictwa wyrosło pierwsze pokolenie ludzi, które zajęło opróżnione dotychczas stanowiska społeczne i rozniosło po kraju nietylko wiedzę zawodową, ale i wyższe poglądy, szlachetniejsze porywy, głębsze myśli.
Odtąd co rok wypuszczaliście nowe zastępy posłanników waszego ducha, ci zaś nieśli światło w pomrokę, podwójnie błogosławione, bo i takie, które rozjaśnia umysły, i takie, które rozgrzewa serca ludzkie.
Więc, gdy po upływie kilku dziesiątków lat postanowiliśmy raz jeszcze policzyć się, raz jeszcze spojrzeć sobie w twarze, raz jeszcze wzajem się sobie przypomnieć, słuszną i sprawiedliwą rzeczą jest, abyśmy rozpoczęli to zebranie od wyrażenia wam, czcigodni profesorowie, naszej wielkiej i niewygasłej wdzięczności. Taka była najpierwsza myśl wszystkich tu zebranych uczniów Szkoły Głównej i takie pierwsze uczucie, którego jestem w tej chwili wyrazem.
To wam się od nas należy, albowiem winniśmy wam wdzięczność nietylko za te ziarna nauki, które rzucaliście w nasze umysły, ale i za ową zasadniczą, wysoką miłość ideałów, którą wszczepiliście nam w duszę, a dzięki której żaden z waszych wychowańców nie przeszedł nigdy tej granicy, poza którą rozpoczyna się od tych ideałów odstępstwo.
Kształciliście rozumy, ale kształciliście także charaktery. Wasza główna zasługa — to ten ogromny zastęp cichych pracowników, którzy w ciężkich nieraz warunkach życia wraz z umysłowym podnosili zarazem i moralny poziom społeczny, a pracując uporczywie, lubo bez rozgłosu i sławy — ni dla chleba, ni dla żadnych innych korzyści nie sprzeniewierzyli się duszy powszechnej.
Ten cichy, a niewzruszony, jak skała, zastęp wyście stworzyli. I cześć należy się wam za to, nietylko nasza, ale i powszechna.
A teraz patrzcie: szron ubielił włosy i waszych uczniów. Różne były ich losy i różna dola. Po tylu latach ubiegłych niejednemu może często przychodzi na myśl wiersz naszego wieszcza:

Polały się łzy me czyste, rzęsiste,
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,

Na moją młodość górną i chmurną,
Na mój wiek męski, wiek klęski;
Polały się łzy me czyste, rzęsiste...[3]

Ale klęski i zawody męskiego wieku, ale te łzy nie ugasiły w nas jednak pamięci, że pierwszym obowiązkiem naszym jest przekazać to, co odziedziczyliśmy po was przyszłym pokoleniom, jako najszlachetniejszą i najświętszą puściznę.
Więc za tę naukową pracę, tak owocną, za ten wielki trud obywatelski, cześć wam wszystkim!
Cześć pierwszemu przewodnikowi Szkoły Głównej, którego wspomnienie pozostanie nam na zawsze drogie!
Cześć pamięci zmarłych i cześć tym, których mamy jeszcze szczęście oglądać na tym zjeździe!
Nasi profesorowie Szkoły Głównej niech żyją!

„Kurjer Warszawski“, r. 1903, nr. 155.






PRZEMÓWIENIE
Podczas procesji narodowej w Warszawie, d. 5 listopada r. 1905 (z balkonu w Alejach Ujazdowskich).
Bracia rodacy!

Po długich latach kajdan, bólu i męczeństwa nadszedł wreszcie dzień, w którym powiały nam nad głowami nasze narodowe chorągwie z naszym drogim Orłem Białym, który był zawsze, jest i będzie symbolem miłości, tolerancji, sprawiedliwości i wolności.
Tak jest! zajaśniał nam pierwszy brzask wolności — i oto czekamy, aby weszło jej słońce.
Ale pamiętajmy, że wolność, dając prawa, wkłada także obowiązki.
Pamiętajmy, że po narodowych świętach powinny i muszą nadejść powszednie dni pracy dla ojczyzny.
Więc bierzmy się do pracy w zgodzie, w jedności i miłości bratniej. To dziś nasz pierwszy obowiązek.
Ludu polski! W twojem ręku twoja przyszłość, lecz pomnij, że wolność, zdobyta przez ból, utwierdza się tylko przez pracę.
Ludu polski! Ty masz swą pracą odbudować ten twój ukochany dom, który ci zburzono w czasach klęski — i nad bramą jego położyć napis, wyryty we wszystkich naszych sercach: „Jeszcze Polska nie zginęła!“
Niech żyje lud polski! niech żyje miłość bratnia! niech żyje praca! — niech żyje Polska!

„Gazeta Polska“, r. 1905; nr. 289.






W SZTOKHOLMIE NA UROCZYSTOŚCI ROZDAWNICTWA NAGRÓD IMIENIA NOBLA.

Ci, którzy mają prawo ubiegać się o nagrodę, ustanowioną przez szlachetnego filantropa, nie należą do ludzi jednego szeregu i nie są mieszkańcami jednego kraju. Wszystkie narody świata idą w zawody o tę nagrodę, w osobach swoich poetów i pisarzów. Dlatego też wysoki areopag, który tę nagrodę przyznaje i dostojny monarcha, który ją wręcza, wieńczą nietylko poetę, ale zarazem i naród, którego synem jest ów poeta.
Stwierdzają oni tem samem, że ów naród wybitny bierze udział w pracy powszechnej, że praca jego jest płodna, a życie potrzebne dla dobra ludzkości.
Jednakże zaszczyt ten, cenny dla wszystkich, o ileż jeszcze cenniejszym być musi dla syna Polski!... Głoszono ją umarłą, a oto jeden z tysiącznych dowodów, że ona żyje!... Głoszono ją niezdolną do myślenia i pracy, a oto dowód, że działa!... Głoszono ją podbitą, a oto nowy dowód, że umie zwyciężać!...
Komuż nie przyjdą na myśl słowa Galileusza: E pur si muove!..., skoro uznana jest wobec całego świata potęga jej pracy, a jedno z jej dzieł uwieńczone.
Więc za to uwieńczenie — nie mojej osoby, albowiem gleba polska jest żyzna i nie brak pisarzów, którzy mnie przewyższają, — ale za to uwieńczenie polskiej pracy i polskiej siły twórczej, wam, panowie członkowie akademji, którzy jesteście najwyższym wyrazem myśli i uczuć waszego szlachetnego narodu, składam, jako Polak, najszczersze i najgorętsze dzięki.

„Tygodnik Mód i Powieści“ r. 1905, nr. 52.






NA JUBILEUSZU
STANISŁAWA TARNOWSKIEGO.
Dostojny panie!

Gdy się czci człowieka twych zasług i twego charakteru, to mimowoli jednakie przychodzą ludziom myśli, tak, jak jednakie uczucia ożywiają ich serca. Z tego powodu wybacz mi, jeśli słowa, któremi do ciebie przemawiam, podobne będą do tych, które już słyszałeś i które jeszcze usłyszysz. Ale, ponieważ wypowiadam je z całego serca, ufam, że przyjmiesz je, jako hołd szczery, a zarazem należny ci i głęboki.
Przed chwilą wspomniano o twych ojcach, a poprzednio czytałem, iż już na ostatniem posiedzeniu Akademji powiedziano, że, odziedziczywszy po nich świetną tradycję rycerską, przez całe życie wstępowałeś w ich ślady. I powiedziano słusznie. Jeśli bowiem oni walczyli za wiarę i ojczyznę, to ty od lat czterdziestu bojujesz w imię tych dwóch ideałów — i zasługa twoja nie jest od zasług twych przodków mniejsza. Ale z jak różnem uczuciem i w jakże odmiennych warunkach walczyli twoi ojcowie! Oni, rycerze wielkiej i potężnej Rzeczypospolitej szli w bój z gromkim okrzykiem na ustach, przy odgłosie surm wojennych, z rozkołysaną duszą, z radością i wiarą, że jeśli zginą, to nieśmiertelna sława opromieni ich grobowce, — jeśli zwyciężą, to król i stany rzucą im senatorskie delje na ramiona, obdarzą ziemią, dostojeństwy i zaszczytami. Twoja walka była inna: — dłuższa, cichsza, smutniejsza. Tyś przyszedł w czasach, gdy potęga ojczyzny snem tylko mogła się wydawać i gdy można było powtarzać bez końca słowa starej pieśni:

Ach, nieprzyjaciel, wziął sobie na cel,
O nieszczęśliwa dola!
Z tak znamienitej Rzeczypospolitej
Uczynić głuche pola!

Aleś ty walki się nie wyrzekł, bo jednak nie wszystko przepadło. Została tradycja, została wiara w lepszą przyszłość, została cudna mowa polska, została pieśń, została literatura. I wnet stanąłeś na straży tych ostatnich dóbr narodowych.
Lecz w ciągu tych czasów nadeszła jednak chwila bardziej pomyślna, gdy przez ciemne zawały chmur przedarł się jakby jasny promyk słońca i gdy wielkoduszny monarcha, władca większej części naszej wielkiej ziemi, zwrócił uniwersytetowi tutejszemu jego jagiellońską tradycję i język ojczysty. Wówczas stanąłeś na katedrze literatury, jak na szańcu, by bronić czystości duszy polskiej, czystości myśli, czystości pieśni, czystości piór Białego Orła.
I życie zbiegło ci w tej obronie — i szron pobielił twe włosy, i spracowan a utrudzon jesteś bardzo — i nieraz dolegają ci rany. Bo gdym nazwał tę twoją walkę tylko cichszą, dłuższą i smutniejszą — tom niedość powiedział. Bywała ona i gorzka bardzo i tragiczna, bo przecie te pociski, które godziły w pierś twoją, często i najczęściej nie z obcej wychodziły ręki. Aleś ty wytrwał i zwyciężyłeś! Zwyciężyłeś wiedzą, talentem, szlachetnością myśli, dobrą wolą i miłością. I oto głowy chylą się dziś przed tobą — i oto ci nawet, którzy odmiennemi szli drogami, mówią, że twoja prosta była i jasna i żeś na niej wytrwał do końca. Ale źle mówię, żeś wytrwał, bo ty trwasz dotąd. Odchodzi profesor z katedry, ale zostaje nauczyciel narodu, zostaje przewodnik, zostaje narodowy chorąży. I ty tej chorągwi nie złożysz, póki sam Bóg nie wyjmie jej z twej dłoni! Dajże ci Boże dożyć po wielu, wielu jeszcze latach drugiej takiej chwili, w której głowy znów pochylą się przed tobą i w której inny, młodszy ode mnie żołnierz, z pod tego samego znaku Orła, powtórzy słowa, które wypowiadam w tej chwili: cześć pracy, cześć zasłudze, cześć szlachetnej duszy, cześć służbie, czystej, jak łza!

„Czas“, r. 1909, nr. 117.






NAD MOGIŁĄ JEŻA.

Brak mi dat, żałobni słuchacze, bym mógł wam, skreślić dokładnie jego życie, jego walki, czyny i zasługi. Ale nie brak mi woli do wypowiedzenia kilku słów nad trumną tego patrjoty — bojownika. Kilku słów, mówię, albowiem przędziwo jego żywota w dwóch niemal całe zamknąć można: żołnierz i pisarz! — Lecz w tej podwójnej służbie, jeżeli człowiek włożył w nią wszystkie siły ciała i duszy, jakiż ogrom zasługi! Jak zaś ją spełniał T. T. Jeż, wiecie najlepiej żałobni słuchacze! Ilekroć zawrzała walka za ojczyznę, niósł jej w ofierze życie; gdy walka gasła chwytał za pióro i tworzył dzieła znakomite, których sława przekraczała często granice Polski. Nigdy nie tracił wiary w przyszłość narodu, nigdy nie przestał miłować ziemi i ludu. I tak, w ogniu, w pracy, w ubóstwie i na tułactwie, przeżywszy całe prawie stulecie, mógł mówić i zapewne mówił często Bogu i ojczyźnie: „Puśćcie waszego sługę w pokoju, bo oto utrudzon jest bardzo i spoczynek mu się należy.“
Po wrzawie i grzmotach bitew — cisza; po pracy nad siły — wieczysty spokój; po tułaczce — mogiła, na którą padnie promień sławy i którą otoczą bluszcze i pamięć ludzka. Tak — to ci się należy, polski pisarzu i polski rycerzu, w boju mężny, w boju cierpliwy, w pracy wytrwały, prawy i wierny synu Matki bolesnej. Śpij więc cicho w gościnnej, choć obcej, ziemi, dopóki polskie ramiona nie przeniosą cię do tej naszej, którąś tak ukochał, że ostatnia twoja myśl niechybnie do niej była zwrócona i ostatnie twe westchnienie ku niej uleciało. I jeszcze jedno: Niech Bóg i ta „Panna święta, co jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie“, dadzą twej duszy tę moc i tę łaskę, aby zawisła, jak szary skowronek, nad szarą, a dziś krwawą, polską glebą — i z wysokości mogła oglądać świt dnia nowego i upragnioną wiosnę zmartwychwstania.

„Polonja“ (Paryż, 1915), nr. 4.






Przypisy

  1. Biskup Ruszkiewicz, któremu jednemu pozwolono przemówić do Sienkiewicza; inni wręczali mu tylko adresy — milcząc. (Przyp. wyd.)
  2. Przemówienie to ukazało się we wszystkich dziennikach warszawskich w opisie jubileuszu (np. w „Gazecie Polskiej“, nr. 294), ale z pewnemi, drobnemi zresztą, zmianami: tutaj wydaje się je z autografu. (Przyp. wyd.)
  3. Przypis własny Wikiźródeł Wiersz Adama Mickiewicza Polały się łzy me...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.