Pieśń o starym żeglarzu/Część pierwsza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Samuel Taylor Coleridge
Tytuł Pieśń o starym żeglarzu
Część pierwsza
Pochodzenie Poeci angielscy
Wydawca Księgarnia H. Antenberga
Data wydania 1907
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Cały poemat
Pobierz jako: Pobierz Cały poemat jako ePub Pobierz Cały poemat jako PDF Pobierz Cały poemat jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
CZĘŚĆ PIERWSZA.

Powstrzymał krok jednego z nich,
Powstrzymał żeglarz stary.
«Na siwy włos twój! czego chcesz?
Czego chcą ócz twych żary!


Stary żeglarz, spotkawszy trzech na uroczystość weselną zaproszonych młodzieńców, zatrzymuje jednego z nich.

«Na oścież, patrz, drzwi rozwarł swe —
Otworzył dom pan młody:
Ma gości rój ten krewniak mój,
Weselne sprawia gody».


Położył nań swą chudą dłoń
I «był raz okręt» — rzecze...
«Precz starcze! precz z tą ręką twą!
Puść mnie, szalony człecze!»


Puścił, lecz wlepił weń swój wzrok.
I na tę moc żeglarza

Weselny gość, pod wpływem oczu starego podróżnika morskiego, zmuszony jest słuchać jego opowieści.

Weselny gość na głazie siadł
I musi bez odwłoki
Słuchać, co mówi stary człek
Żeglarz płomieniooki:


«Okrętu przód pruł bezmiar wód,
Niemasz jak na głębinie!
Znikł kościół już, szczyt góry znikł,
Latarnia morska ginie.


Po lewej hen! z odmętu fal
Wznosi się słonko boże
I pnie się, pnie i blaski swe
Z prawej zatapia w morze.


Stary żeglarz opowiada, jak, dobry mając wiatr i toń sprzyjającą, okręt płynie ku południowi, aż dosięga równika.

I pnie się, pnie, w południa czas
Nad masztem lśniąc najświetniej» —
Ma starca dość weselny gość:
Usłyszał granie fletni.


Weselny gość słyszy muzykę weselną, atoli żeglarz opowiada mu dalej.

Jak róży kwiat, w świąteczny dom
Oblubienica wchodzi,
Wesoło przed nią głowy swe
Chylą grajkowie młodzi!


Ma już go dość weselny gość,
Lecz musi bez odwłoki
Słuchać, co mówi stary człek,
Żeglarz płomieniooki:


«Lecz potem wichr rozpoczął dąć,
A wichr to był szalony,
Walił skrzydłami w okręt nasz,
W południa pędził strony.


Okręt, zapędzony burzą do bieguna południowego

Z masztami wskos, w pianach po brzeg,
Jak niby on ścigany człek
Na wroga cień, gdy pędząc, wbiegł,
Przed się schyliwszy głowę,
Tak okręt mknął, a wicher dął
Na wody południowe.


I przyszedł śnieg, i straszne mgły,
I mróz jął wstrząsać nami,
Nad masztu szczyt zielony lód
Przypływał k’nam falami.


I śnieżny zwał bladawe siał
Promienie przez szczeliny:
I wzdłuż i w szerz ni człek ni zwierz,
A tylko lód był siny.


dotarł do kraju lodów i głosów straszliwych, gdzie żadnego nie było żywego stworzenia.

Gdzie padnie wzrok, tam lodu tłok,
Zrąb piętrzy się na zrębie,
Za złomem złom, z hukiem, jak grom,
Krajał te morskie głębie.


W tem wzbił się ptak na górny szlak,
Na mgliste hen! niebiosa:
Jakby to był żyjący człek,
Witamy albatrosa.


Wtem wielki ptak morski, zwany albatrosem, przedarł się przez męty i śnieżne zamiecie; przyjęto go z wielką uciechą i gościnnością.

By druh czy brat, on z rąk nam jadł,
Wciąż krążył nad okrętem.
I rozpękł lód i statku przód
Morzem popłynął wzdętem.


Na tyłach wiatr z południa wiał,
Nad nami ptak się waży
I codzień w mig na majtka krzyk
Zlatuje do żeglarzy.


I oto albatros okazał się ptakiem dobrej wróżby i towarzyszył okrętowi, śród zamieci i olbrzymich kier lodowych płynącemu już w kierunku północnym.

Na masztach on swój miewał schron
Przez mglistych dziewięć nocy,
A z poza gór skłębionych chmur
Lśnił księżyc w białej mocy».


«Skąd taki wzrok? żeglarzu mów!
Niech strzegą cię niebiosa»
«Ukarz mnie Bóg! Do ręki łuk —
Zabiłem albatrosa»


Stary żeglarz wbrew prawom gościnności zabił zbożnego ptaka, który z dobrą przyleciał wróżbą.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Taylor Coleridge i tłumacza: Jan Kasprowicz.