Pieśń o Albercie wójcie krakowskim

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
PIEŚŃ O ALBERCIE
WÓJCIE KRAKOWSKIM. — 1311 r.



In fortunas qui spem ponit...


Kto w fortunie ufność kładzie,
Kto nie pomnąc o jej zdradzie,
Wierzył w mary lube,
Ten poznawać rychło zacznie,
Jako płocho i niebacznie
Oddał się na zgubę.
Dola płocha i zwodnicza
To odbiera, to użycza,
Jak dziecię, swawoli.
Dziś się owi cieszą błogo,
Jutro gorzko płakać mogą
Na niestałość doli.
By wykazać losów zdradę,
Ja mój przykład dla was kładę,
Albertem rzeczony.
Miałem skarby, miałem zdrowie,
Byłem wójtem na Krakowie,
Pisałem zakony.
I cześć miałem w każdym razie,
Mnie barony, hrabie, kniazie
Nazywały bratem.
Jam ich wspierał w każdym względzie,
Jam ich bronił na urzędzie
I przed majestatem.
Król, czy baron, czy wielmożę,
Na mej radzie, na wyborze
Polegał zwyczajnie;
I książęta, i panowie,
Powierzali mojej głowie
Najważniejsze tajnie.

Sprawowałem żupy solne,
Miałem miasta, wsi okólne,
Których sam nie zliczę;
Miałem zamki, jak książęce,
Piastowałem w mojej ręce
Władze namiestnicze.
Lecz gdy rośnie moja siła,
Czarna dola pośpieszyła
Z haniebną zatratą.
A ów człek, co tyle znaczy,
Upadł nagle w stan żebraczy, —
Czym zasłużył na to?
Ja wierzyłem w szczęście zdradne,
Anim sądził, że upadnę!
Przeszła moja władza...
Przeszła wielkość znakomita, —
Kniaź Bolesław w plen mię chwyta,
W Opolu osadza.
Skuty w pęta i łańcuchy,
Ledwie miałem chleb mój suchy
W zimnej wieży rogu;
Zamiast komnat i alkowy,
Loch wilgotny i niezdrowy,
I kupa barłogu.
Pięć, lat siedząc w tej katuszy,
Od wszelakiej żywej duszy
Byłem zapomniany.
Grosz więźniowi przyszedł gwoli,
On wykupił mię z niewoli
I skruszył kajdany.
Lecz tu biedy się nie kończą:
Wyzwolony, biegłem rączo
Aż do czeskiej ziemi;
Bo cierpiałem potwarz nową,
Oskarżony przed królową
Czyny niewdzięcznemi.

W cudzym kraju, w ciężkiej dobie,
Tum zamierzył mieszkać sobie,
Tu zakończyć życie.
Tu człek dobry los mój słodzi, —
Niech mu Pan Bóg wynagrodzi
Darami sowicie!
Ile miałem sławy, cześci,
Tyle cierpień i boleści,
Bóg zrównał widocznie.
Gdy wyroki przyjdą Boże,
Tutaj głowę mą położę,
Tu na wieki spoczną.
Tak Fortuna, wiecznie płocha,
Dzisiaj pieści i ukocha,
Jutro kołem strzaska;
Zamorduje ręką wściekłą,
Jeszcze duszę wtrąci w piekło,
I otóż jej łaska!
Gdybym wiedział, co się stanie,
Byłbym wierny niezachwianie
Polskiemu monarsze.
Na cóż wyszła wierność słaba,
Że pragnąłem mieć od Szwaba
Urzędy najstarsze?
Stąd odmiennej doli dzieła,
Stąd się zguba ma poczęła,
Stałem nad otchłanią.
Bóg naukę prędko zdarza,
Że jest pomsta na zbrodniarza, —
Zasłużyłem na nią.
W las mię wiodły wilcze chęci!
Niemiec zawżdy gdzie się wnęci,
Droga mu otwarta;
Chciałby pierwszym zostać zgoła,
A nie dając innym czoła,
K'sobie wszystko zgarta.

Ten obyczaj wszyscy biorą:
Najprzód kłania się z pokorą
I do łask się wkrada,
I wnet siebie, córki, braci
Z możnem gniazdem kolligaci,
Tu już pewna zdrada.
Bo gdy wzrośnie mu potęga,
Dalej patrzy, dalej sięga,
Bierze inną postać;
Idzie z panem w targ zwodniczy,
Tysiąc groszy mu doliczy,
Aby sędzią zostać.
Na sędziowskiej siadłszy ławie,
Zbiera skrzętnie a nieprawie,
Grosz łapczywie szczędzi,
I dziedzictwem kupi wioski,
Bierze w miastach sąd wójtowski
I dziedziców spędzi.
I Czech zginął temi dzieły,
Jego własność pochłonęły
Chytre Niemca paszcze;
Wnet i wszystko mu zagarnie,
Co zostało — pójdzie marnie
Na ciżmy i płaszcze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Szymon Szymonowic i tłumacza: Ludwik Kondratowicz.