Pieśń białego domu/Historja chłopca i dziewczynki/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Szczęsny
Tytuł Historja chłopca i dziewczynki
Pochodzenie Pieśń białego domu
Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1915
Drukarz Drukarnia Naukowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała opowieść
Pobierz jako: Pobierz Cała opowieść jako ePub Pobierz Cała opowieść jako PDF Pobierz Cała opowieść jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


V.

Pod pochmurnem wieczornem niebem stoi w mieście wysoki dom. Blaszane kapturki na kominach obracają się, skrzypiąc, wiatr wpada w głębię małego kwadratowego podwórza i mocuje się z otwartem oknem sieni, a za szybami świecą jeszcze lampy i lampki aż do samego dołu oficyn. Dom pracuje do późnego wieczora, w ciasnem podwórku odbijają się hałaśliwie wszystkie głosy. Z kuchen dobiega szczękanie naczyń, gdzieś turkocze maszyna do szycia, a nizko w suterenie szewc wybija pracowicie młotkiem swój zwykły takt.
Trwa to jeszcze parę godzin, wiatr tymczasem ustaje, chmury się przerzedzają, na niebie, jakby podrzucana na falach, miga między niemi gwiazda. W wielu oknach zrobiło się już ciemno i cicho, tylko stukanie szewca słychać bez przerwy.
Aż oto nagle, gdzieś jakby nad domem rozlega się cicha pieśń.
— To ten młody gra — mówi szewc i przez chwilę nasłuchuje, zamyślając się po swojemu. A skrzypce stają się głosem ludzkim, tylko że głos ten jest cudownym śpiewem. I śpiewają skrzypce o wszystkiem, co mieszka w sercu grajka, niby o czarodziejskim ogrodzie, ukrytym głęboko przed oczami ludzi.
— Pójdź no, żono, powietrze z ogrodu aż tutaj pachnie — mówi szewc i wychodzi na próg swojego mieszkania. Ale szewc się myli, zapach drzew nie dostał by się tak głęboko między mury, ktoś inny poczułby tylko brzydką woń skór, jaka się unosi przez okno z jego warsztatu. To skrzypce teraz właśnie mówią o drzewach, opowiadają o wielkich topolach, z któremi mocuje się wiatr, o małych kwitnących drzewach wiśniowych i o pachnących trawach, na których chwieją się motyle ze stulonemi trwożnie skrzydełkami. — Pójdę kiedy i podziękuję mu — myśli sobie szewc, stojąc na progu. Coprawda gra on nie dla nas, bo któżby dla nas grał, ale raźnie pracować przy takiej muzyce, — poczem wzdycha, siadając znowu na okrągłym zydlu i poprawiając sobie kulę z wodą przed świeczką.
A muzyka w górze trwa jeszcze długo. Wysoko w małym pokoiku gra na skrzypcach chłopiec. Wiele czasu upłynęło od tej chwili, kiedy był w białym domu na wiosnę. Teraz to już dorosły chłopiec. Ale czegóż on nie przeżył, nim tak wyrósł?
Chłopiec przestaje wreszcie grać, siada i myśli. I przypomina mu się wszystko od czasu tamtej jego pierwszej wiosny, tak, jakby mu to opowiadał ktoś dobrze znajomy. Głos opowiadania płynie, dzwięczy niby melodja, więc chłopiec znów powraca do skrzypiec. Policzki mu płoną, palce jakby się zrosły z instrumentem, a posłuszne struny wiernie pomagają jego pamięci.
— Kiedy byłem małym — śpiewają znowu skrzypce — patrzyłem na ziemię i ludzi jak na piękny obraz, ale nie miałem nikogo, ktoby mi go wytłomaczył. Chłopcy wiejscy łowili ptaki w sidła, ludzie ścinali drzewa i deptali kwiaty, woźnice bili konie, a raz widziałem, jak prowadzono człowieka do więzienia. Nie biegłem wtedy za nim z innemi, aby ciskać kamieniami, nie bawiłem się złapanemi ptakami, ani nie męczyłem młodych kociąt. Zdawało mi się, że to robi szkodę pięknemu obrazowi, na który patrzyłem, tylkom nie wiedział dlaczego i nikt mi tego nie wytłomaczył. A kiedy wziąłem do ręki ojcowskie skrzypce, pokochałem je odrazu. Słyszałem w nich matkę i ojca i cała ziemia zaczęła mi mówić przez nie po swojemu. Nie trudno mi było grać, bo słuchały mnie ptaki i drzewa i podpowiadały wszystko. Ale kiedyś chciałem zagrać staremu krzyżowi przy drodze i wtenczas zasmuciłem się, bo skrzypce wtedy zapłakały tak, jak nigdy nie płaczą drzewa i kwiaty i znowu dowiedziałem się, że nie mam nikogo prócz nich, one się smucą. Odtąd myślałem, dlaczego na widok Boga, rozpłakały się skrzypce. A kiedy poszedłem w świat, była zima, Bóg spał na krzyżu, otulony śniegiem, przy drodze zmarzniętej i twardej jak żelazo. Wtedy spotkałem biały dom i na widok ślicznej dziewczynki przypomniały mi się znów wesołe rozmowy drzew i ptaków... Dużo przeszło czasu od tej chwili. Może nikt nie wie o tem, że pamiętam o białym domu. Nie wracałem tam, bom postanowił przedtem wszystko zrozumieć. A teraz mogłyby mi o nim powiedzieć tylko wróble, co świergocą po dachach, bo pewno i tam bywają albo gwiazda, która z wysoka go widzi. Zrozumiałem tymczasem smutek ludzi i to jest moja praca aż do dzisiaj. Bo ludzie często o smutku nawet nie wiedzą, ale wtedy jest on tembardziej na twarzy Boga, przed którym płakały moje chłopięce skrzypce. A przecie nad wszystkiem jest wielkie jasne słońce, tylko ludzie zamało patrzą w nie, chodząc z głowami schylonemi ku ziemi. Trzeba aby je wyżej podnosili, wtedy wyższy też będzie ich smutek i dojrzy słońce, co dla wszystkich świeci.
Czyżbyś mnie rozumiała teraz, dziewczynko? — mówiły dalej skrzypce. Słuchałaś uważnie mojej dziecinnej gry, w której rozmawiały drzewa i kwiaty. Chciałem wtedy, aby białe pióro ptasie powiedziało ci, co to jest muzyka. Ale teraz, gdybym cię widział, opowiedziałbym ci o tych skrzydłach, jakie pragną mieć ludzie, patrzący w słońce... Tutaj skrzypce zaczęły mówić cichutko: jaką jesteś teraz dziewczynko, czyś nie spotkała jakiego smutku, któryby ci kazał płakać często z pochyloną głową? Posłuchaj pieśni o skrzydłach ludzkich, ona cię uzdrowi. — I skrzypce zaczęły śpiewać pieśń o skrzydłach.
Ogromne morze zaszumiało w nich, jakby człowiek był ptakiem i leciał wysoko nad falami, kąpiąc się w słońcu. A potem ujrzał pod sobą ziemię, gdzie krzywe wierzby i pochylone krzyże stoją nad drogami. Skrzydła same kierują się ku dołowi, na piórach lśni słońce jakby po nich spływało. I spada człowiek-ptak na swoją kochaną ziemię, po której kiedyś biegał dziecięciem, słyszy jej skargi i utrapienia. Wtedy w człowieku-ptaku otwiera się serce. Ono jest zakątkiem, gdzie dojrzały ziarna posiane przez słońce. Ziarna padają na kochaną ziemię, a serce ciągle znajduje w sobie nowe... Człowiek skrzydlaty chodzi po ziemi jak anioł i sieje.
I nieraz przyjdzie burza, albo zło niszczy wyrosłe serdeczne ziarna. Wiele z nich umiera, chociaż były do życia przeznaczone. Ale tyle ich posiano, że w zbożu, które ludzie na chleb zbierają znajdzie się ich zawsze trochę. A kiedy człowiek je taki chleb, to podnosi wyżej do góry głowę i smutki jego stają się wyższe a pragnienia piękniejsze. Nie wie często komu za to dziękować. Ale od tego, co potem uczyni, raduje się ziemia.
Chłopiec skończył grać, podszedł do okna i długo patrzył w głąb podwórka. Czas jakiś dobiegało jeszcze z dołu stukanie szewckiego młotka. A potem zrobiło się tak cicho, jak tylko się robi nad ranem, kiedy na wsi już drugie kury pieją. Niebo w górze było czyste zupełnie, tylko gwiazda, świecąca przedtem w obłokach, przygasła i ledwo drgała.
Z za dachu wystawał jeszcze mały rożek „księżyca, a świeży wietrzyk, wpadając w głąb podwórza, kołysał wolno skrzypiące okno ziemi.
Aż wreszcie przypomniało się chłopcu, że jest młodym znanym w mieście skrzypkiem i ma jutro wieczorem grać pierwszy raz na publicznym koncercie. Uczył się oddawna tego, co miał grać, ale teraz wszystko zapomniał. Tak długo przecież skrzypce i on stanowiły jedno, że nie było tam już miejsca na coś innego.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Szczęsny.