Strona:Aleksander Szczęsny - Pieśń białego domu.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


V.

Pod pochmurnem wieczornem niebem stoi w mieście wysoki dom. Blaszane kapturki na kominach obracają się, skrzypiąc, wiatr wpada w głębię małego kwadratowego podwórza i mocuje się z otwartem oknem sieni, a za szybami świecą jeszcze lampy i lampki aż do samego dołu oficyn. Dom pracuje do późnego wieczora, w ciasnem podwórku odbijają się hałaśliwie wszystkie głosy. Z kuchen dobiega szczękanie naczyń, gdzieś turkocze maszyna do szycia, a nizko w suterenie szewc wybija pracowicie młotkiem swój zwykły takt.
Trwa to jeszcze parę godzin, wiatr tymczasem ustaje, chmury się przerzedzają, na niebie, jakby podrzucana na falach, miga między niemi gwiazda. W wielu oknach zrobiło się już ciemno i cicho, tylko stukanie szewca słychać bez przerwy.
Aż oto nagle, gdzieś jakby nad domem rozlega się cicha pieśń.
— To ten młody gra — mówi szewc i przez chwilę nasłuchuje, zamyślając się po swojemu. A skrzypce stają się głosem ludzkim, tylko że głos ten jest cudownym śpiewem. I śpiewają skrzypce o wszystkiem, co mieszka w sercu grajka, niby o czarodziejskim ogrodzie, ukrytym głęboko przed oczami ludzi.
— Pójdź no, żono, powietrze z ogrodu aż tutaj pachnie —