Pięć minut do północy/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pięć minut do północy
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia Sp. Akc.
Ilustrator Tadeusz Lipski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.

Krwawa wojna pozycyjna wciąż trwała w Argonnach.
Wszyscy rozumieli, że niemiecką armję wstrzymano w jej pierwotnym pędzie i że losy wojny zależą odtąd od dobrego zaopatrywania wojsk i od ich wytrzymałości nerwowej.
Broniono tu każdej piędzi ziemi. Po bitwach posuwano się lub cofano o kilkanaście metrów zaledwie. Okopy nieprzyjacielskie leżały nieraz tak blisko od siebie, że ludzie codziennie zasypywali się wzajemnie ręcznemi granatami.
Była to krwawa wojna, pełna zaciętego uporu i ofiarności niebywałej w dziejach rodu ludzkiego. Setki rannych zwożono codziennie do szpitali pierwszych linij, a długie szeregi automobilów i furgonów Czerwonego Krzyża sunęły ku stacjom kolejowym, skąd ofiary wojny wyprawiano w głąb kraju.
W przyfrontowych szpitalach sanitarjuszki i lekarze pracowali bez wytchnienia, mdlejąc nieraz podczas wykonywania swych czynności.
Zewsząd żądano zwiększenia personelu, obsługującego rannych.
Do jednego z wysuniętych na sam front szpitali przybyła w lutym 1915 r. nieduża grupa sanitarjuszek.
W godzinę później wszystkie już stanęły do pracy.
Oczekiwano ataku. W szpitalach i na punktach opatrunkowych wszyscy byli na swoich miejscach.
Istotnie po krótkiej, lecz ożywionej walce na karabiny i kulomioty, Niemcy porwali się do ataku.
Znużone drażniącą nerwy wojną pozycyjną wojska francuskie, nie czekając nieprzyjaciela w okopach, wybiegły z nich i rozpoczęły bitwę na bagnety.
Odparto piechurów niemieckich, zapędzono do ich transz, wybito z nich i pędzono do drugiej linji szańców, chociaż z flanków prażyły kulomioty nieprzyjacielskie, nie szczędzące ni Francuzów, ni Niemców.
Francuscy piechurzy, dobijając w niepohamowanym porywie resztki oddziałów, uczestniczących w ataku, wrywali się już do okopów drugiej linji. Chociaż padali gęsto, zdobyli nową pozycję i bronić jej zaczęli, wystawiwszy swoje kulomioty.
Niemiecka artylerja przystąpiła natychmiast do wybijania nieprzyjaciela. Z wyciem i hukiem leciały szrapnele i granaty. Żygając ogniem, dymem i setkami odłamków metalu, rwały się nad okopami.
Z posterunków obserwacyjnych widziano rannych, usiłujących podnieść się i wyczołgać z szalejącego dokoła piekła. Ten i ów padał, rażony kulą lub kawałkiem pękającego pocisku armatniego.
Nareszcie telefonicznie dano rozkaz wynoszenia rannych z pola wrącej wciąż bitwy.
— Nikt nie wykona tego rozkazu, — zauważył jeden ze sztabowych oficerów, — bo przejść tego terenu żaden szaleniec nie zdoła! Nieprzyjaciel zasypuje ogniem pas, leżący pomiędzy naszą pozycją, a zdobytemi okopami, obawiając się nadejścia posiłków z naszej strony...
Jak gdyby na potwierdzenie tych słów pociski niemieckie zaczęły padać coraz gęściej, wyrzucając do góry slupy ziemi i gryzącego dymu.
Trzech sanitarjuszów wybiegło jednak z okopów, lecz nie zdążyli jeszcze wyjść poza kolczasty drut, gdy huknął rozrywający się szrapnel i zmiótł śmiałków.
Z pola tymczasem dolatywały rozpaczliwe krzyki rannych.
Nagle z okopu wysunęła się głowa sanitarjuszki. Obejrzała teren i wdrapała się na krawędź szańca.
Stanęła. Zaczęła poprawiać wiszącą na ramieniu torbę i naczynie z wodą.
Miała w ręku rydel i, opierając się na nim, poszła ku najbliższemu z rannych.
— Bohaterka!... — szeptano w okopach i na punktach obserwacyjnych, z trwogą patrząc na sunącą ciężkim krokiem postać sanitarjuszki.
Wyły i pękały z hukiem pociski, gwizdały kule, lecz kobieta spokojnie posuwała się naprzód.
Szrapnel ryknął i pękł z trzaskiem w pobliżu. Dym i kurz przysłoniły na chwilę idącą, a gdy rozproszyły się, ujrzano ją spokojnie dążącą naprzód.
Jakiś kulomiot nieprzyjacielski skierował ku niej swoją paszczę i zionął kulami. Z francuskich szańców widziano, jak siekły ziemię kule, podnosząc obłoczki kurzu i rozbijając kamyki.
Kobieta szła, ciężko opierając się na rydlu.
Nareszcie doszła do rannego i przyklękła przy nim.
Szybkiemi, wprawnemi rękami rozwiązała torbę, zrobiła opatrunek, napoiła leżącego i zaczęła okopywać go, usypując przed nim niewysoki wał.
Skończywszy, szła dalej, zatrzymując się przy każdym rannym, spokojna, niewzruszona.
Kilku zachęconych jej przykładem sanitarjuszów wygramoliło się z okopów, lecz po chwili już się cofali, pozostawiając dwóch zabitych i unosząc rannego towarzysza.
— Bohaterka! — krzyczano z okopów. — Kule jej się nie imają! Święta!
Tymczasem sanitarjuszka, opatrzywszy wszystkich rannych, usiadła znużona, wcale się nie kryjąc przed kulami.
Wetknęła obok siebie rydel, zdjęła ciężką torbę i zaczęła poprawiać czarną chustkę na głowie.
Piękna, napiętnowana bólem, blada twarz i duże, posępne oczy podniosła ku zadymionemu, pożółkłemu niebu.
Zacisnęła cienkie, chude palce i zagryzła blade wargi.
— Śmierci! śmierci! — szepnęła.
Szrapnel ze zgrzytem wybuchnął nad jej głową, odurzył ją hukiem i dymem, obrzucił ziemią i suchemi pędami zdruzgotanego krzaku, roztrzaskał aluminjową butlę z wodą, lecz nie tknął jej.
Podniosła się i stanęła wyprostowana.
— Śmierci! — szeptała. — Boże, jeżeli jesteś miłosierny, daj śmierć!
Zbliżać się ku niej zaczęły biegnące po ziemi obłoczki kurzu, podnoszone kulami szczękającego w oddali karabinu maszynowego.
Nie dobiegły jednak i skierowały się ku okopom.
Wciąż stała wyniosła i nieruchoma, ponure oczy wbijając w mętne niebo.
Trzy razy powracały do niej mknące i skaczące tuż nad ziemią obłoczki, lecz, nie dobiegłszy, uciekały w inną stronę.
— Chcesz, Boże, dosięgnąć mnie ręką karzącą? — pytała zrozpaczonym, bolesnym i groźnym zarazem szeptem. — Chcesz rzucić mnie na mękę rozpaczy i hańby?
Nikt nie odpowiadał na jej pytania, chociaż czekała długą chwilę, patrząc w niebo i na zbroczoną krwią ziemię szeroko rozwartemi, męczeńskiemi oczami.
Zarzuciła torbę na ramię, ujęła bladą dłonią rydel i poszła ku zdobytym okopom.
Wieczorem tego dnia dowodzący generał zażądał stawienia do sztabu odważnej sanitarjuszki.
Przyszła spokojna, milcząca i ponuro patrzyła przed siebie:
— Jak się pani nazywa? — pytał generał.
— Sanitarjuszka 43-go ruchomego szpitala, Manon de Chevalier — odpowiedziała cicho.
— W imieniu Francji dziękuję pani za bohaterską pracę. Zostanie pani przedstawiona do krzyża Legji Honorowej. Wszyscy podziwialiśmy odwagę pani i jej ofiarność! — mówił generał, z szacunkiem i współczuciem patrząc na piękną, zamarłą w bólu twarz młodej kobiety.
Nic nie odrzekła i odeszła, obojętna, ociężała.
Obecny przy rozmowie szef szpitala, objaśnił:
— To panna de Chevalier, studentka medycyny, którą na froncie Chemin des Dames porwali Niemcy i...
— Ta—ak! — zawołał generał. — Czytałem o tym wypadku, tylko nazwiska nie pamiętałem.
— Nazwisko, na prośbę poszkodowanej, nie było podane, — meldował doktór.
— Nieszczęśliwa dziewczyna! — westchnął generał. — Taka piękna i taka odważna! Przecież to, co uczyniła, było prawdziwem bohaterstwem, panowie!
— Patrząc na nią, idącą wśród pocisków i kulomiotowego ognia, czułem, że siwieję... — dodał jakiś sztabowy podpułkownik, wzdrygnąwszy się na to wspomnienie. — Zdawało się, że szukała śmierci...
— To bardzo prawdopodobne — dorzucił adjutant. — Stała, wystawiając się na cel, gdy oglądała teren pomiędzy okopami. Straszne to było!
— Tak! — zauważył generał. — Inna rzecz, gdy pada mężczyzna, lecz nie mogę obojętnie widzieć kobiety podczas bitwy. Jest w tem coś potwornego!...
Był to zaledwie jeden epizod z działalności sanitarjuszki de Chevalier. Wszędzie, bowiem, stawała w najniebezpieczniejszych miejscach, zawsze spokojna i ponura.
Świadomie szukała śmierci, a śmierć omijała ją.
Zrozumiała nareszcie, że los, czy przeznaczenie oszczędzają jej życie.
Jaki był w tem cel?
Odpowiedzi nie znajdowała. Od dwóch miesięcy już wiedziała, że jest w ciąży.
Została matką dziecka, poczętego z nieznanym, zdziczałym człowiekiem, wrogiem, w zimnymi mroku nocnym na zmiętem łożu, na które patrzyły blade bielma szronem powleczonych okien. Myśl ta napełniała ją wstrętem, nienawiścią, bezdenną rozpaczą, wstydem...
— Umrzeć! Umrzeć! — błagała kogoś niewidzialnego podczas nocy bezsennych lub wtedy, gdy śmierć szalała dokoła.
Nie mówiła z nikim, odpowiadając tylko na niezbędne pytania służbowe. Nigdy nie uśmiechała się, nie czuła głodu i znużenia, bo wewnątrz zastygłego w niemym bólu ciała płonęła gorąca żądza śmierci. Do rodziców pisała krótkie, zdawkowe listy, starając się uspokoić ich opisem zupełnie bezpiecznej i nie ciężkiej pracy po szpitalach.
Sztab nie podał jej nazwiska przy ogłoszeniu wypadku ohydnego gwałtu i o tem wiedziała zaledwie mała grupka osób, trzymających imię Manon w tajemnicy.
Przed Wielkanocą na pozycje przybył ksiądz dla dokonania posług religijnych.
Nawet ci z żołnierzy i oficerów, którzy od dzieciństwa zdradzali zupełną obojętność dla kościoła, teraz garnęli się do młodego, o otwartej, pełnej zapału twarzy kapłana.
W obliczu śmierci, zagrażającej co chwila, ludzie ci wyczuli obecność Boga, niewidzialnie osłaniającego ich w chwili niebezpieczeństwa. Opowiadano sobie chętnie o cudownych wypadkach uniknięcia groźnego niebezpieczeństwa, o dziwnem przeczuciu, ostrzegającem przed nieoględnym czynem. Nikt wtedy nie mędrkował, nie rozwodził się nad fatalizmem lub nad nieznaną logiką przypadku. Mówiono krótko i z przekonaniem:
— Bóg tak zrządził...
Obok różnych talizmanów wojny nabierały szczególnego rozpowszechnienia i poszanowania obrazki św. Teresy, zakrystjanki z Karmelu.
Wobec takich nastrojów żołnierze i oficerowie spowiadali się i przystępowali do świętej komunji przed małym ołtarzykiem, urządzonym w cementowanej celi zdobytego okopu niemieckiego.
W Wielki Piątek do siedzącego przed ołtarzem księdza podeszła Manon de Chevalier.
Ksiądz spojrzał na nią badawczo. Pracował na froncie od pierwszych dni wielkiego żniwa śmierci, słyszał i widział otchłań ludzkiej nędzy, bólu i tęsknoty bezmiernej, dotknął tajników serc i dusz, więc zrozumiał mękę, nurtującą kobietę o surowej twarzy i ponurych oczach, która zbliżała się do konfesjonału.
— Uklęknij, siostro, i w obliczu utajonego Boga-Człowieka wyznaj swoją troskę i mękę — rzekł do niej ksiądz.
Bezdźwięcznym głosem, patrząc przed siebie nieruchomo, opowiedziała o wszystkiem, co złamało jej życie, o tem, że próżno szuka śmierci i o tem, że stoi na rozdrożu, nie wiedząc, co ma ze sobą czynić.
Gdy skończyła, młody kapłan długo milczał skupiony i przejęty rozpacznem opowiadaniem.
— Co mam robić? — pytała namiętnym szeptem. — Śmierć oszczędza mnie, tymczasem zbliża się dzień, gdy stanę się matką... Czy mam zrodzić to dziecko gwałtu i ohydy, czy pozbyć się go?
Ksiądz milczał długo.
Odjął nareszcie stułę od twarzy i opuścił się na kolana przed ołtarzem. Modlił się żarliwie, aż rumieńce wykwitły na wychudłych policzkach, a w oczach migotały iskry podniecenia.
Szeptał głośno:
— Doradź, Ojcze na wysokościach, abym tej miotającej się duszy radę zbawienną dał! Doradź... doradź, Boże Sprawiedliwy w wyrokach swoich. Boże w mądrości swej niezgłębiony! Błaga Cię o to kapłan Twój, słaby i nieudolny, lecz rękę pomocy wyciągający do tej siostry swojej, która upada w zwątpieniu i rozpaczy!
Długo się modlił młody ksiądz.
Powstał nareszcie i, zakrywszy twarz stuła, szeptać zaczął:
— Gdybyś zabiła, siostro moja, gwałciciela, Bóg wybaczyłby zbrodnię i ja dałbym ci rozgrzeszenie. Zabić niemowlę niewinne — nie wolno, siostro! Wielki to grzech! Nawet w zamęcie walki wojownicy oszczędzają dziatki, a cóż dopiero ty — matka? Daj mu życie i oświeć drogi jego! Niech pozna jasność życia i, zrodzone w gwałcie dzikim, w przemocy zbrodniczej, niech się stanie wzorem cnót! Życie twe, siostro moja, będzie może pasmem męki, lecz Bóg Wielki natchnął mnie myślą, iż niemowlę twoje osłodzi ci gorycz istnienia i razem z tobą podąży ku szczytnym celom. Siostro, siostro moja! Niech Bóg Miłosierny rozkaże czarnym myślom odstąpić od ciebie nazawsze, niech pozwoli ci znaleźć siły do życia i ukojenia do chwili wyzwolenia i radości!... Pomódlmy się, siostro, przed Ukrzyżowanym! Pomnij o Jego łzach krwawych, męce i śmierci w pohańbieniu, pomnij o cierpieniu duszy Jego boskiej, gdy spogląda na nieprawości tego świata, za który umęczon został! Wierz, że nastąpi dzień radości i triumfu, gdy zmartwychwstanie w ludziach duch Boży! Módlmy się! Nieznane są drogi, wskazane nam przez Stwórcę, i nie widzimy prawdziwego celu naszego istnienia, naszych radości i cierpień...
Uklękli przed ołtarzem i wznieśli oczy na czarny krucyfiks.
Manon przez dłuższą chwilę nie mogła się modlić. Klęczała wyprostowana i nieruchoma, patrząc na odcinającą się od czarnego tła krzyża białą figurę Chrystusa.
Nagle usłyszała cichy szept księdza:
— Niech będzie błogosławione imię Twoje przez wieki wieków, żeś raczył spojrzeć na nas miłościwie, Synu Boży!
Przyjrzała się uważnie postaci Chrystusa i chciała już przymknąć oczy, znużona i słaba, gdy nagle palące się świece rozgorzały jaśniej i na zbolałem, umęczonem obliczu Ukrzyżowanego zapłonęły żywym ogniem półprzymknięte oczy.
Trwało to nieuchwytnie krótką, błyskawiczną chwilę, lecz natychmiast twarz Chrystusa nabrała wyrazu bezmiernej łagodności i cichego rozradowania, niby ukryty pod warstwą popiołu ogień, niby słońce, świecące za zasłoną czarnych chmur.
Pierwszy raz od nocy, spędzonej w porzuconym domu wieśniaczym w okolicy St. Erme, szlochać zaczęła Manon.
Kapłan położył dłoń na jej głowie i czekał cierpliwie.
Rozumiał, że w tej chwili zbolała dusza dzieliła się z niewidzialnie obecnym Bogiem troską swoją i męką.
Już wiedział, że ta zbiedzona, skrzywdzona kobieta będzie uratowana, gdyż zrozumienie bólu i krzywdy zamieniło się w niej na dotkliwe, bolesne poczucie cierpienia, żądającego ujścia w łzach, skardze i współczuciu bliskich.
Mijały miesiące.
Sanitarjuszkę Manon de Chevalier, kilkakrotnie udekorowaną orderami, znali na całym froncie, bo wszędzie się odznaczyła pełną zaparcia się pracą i odwagą bezprzykładną.
Manon czuła się znacznie spokojniejszą. Można było przypuścić, że pogodziła się z losem i z rezygnacją oczekiwała chwili decydującej.
Nikt jednak nie wiedział, jakie myśli nurtowały milczącą zawsze i spokojną dziewczynę.
Istotnie, powoli doprowadziła do porządku swoje myśli i przeżycia. Oceniła z całą ścisłością sytuację, która się wytworzy po przyjściu na świat dziecka, obmyśliła dalszy plan swego życia.
Jednego tylko nie mogła odzyskać.
Utraciła sen. Odleciał od niej nazawsze. Nie nużyło jej to i nie osłabiało. Żyła jakąś nagle przebudzoną wewnętrzną siłą. Za sen wystarczały jej krótkie chwile odrętwienia i zapomnienia.
W nocy jednak, gdy usłyszała cichy chrobot gryzącej podłogę myszy, nagle wypływały z ciemności mętne bielma okien, patrzących w mrok zimnej izby, niby jakiś nieznany potwór, przyczajony za ścianą w ciszy bladej nocy.
Wtedy odrazu siadała i chwilę za chwilą przypominała sobie cały straszny obraz rzeczywistości, która dotknęła ją nielitościwą ręką z taką brutalnością i ohydą.
Widziała pole pomiędzy Craonne i St. Erme, zryte granatami i usiane poszarpanemi krzakami, z leżącemi wśród nich skulonemi, niekształtnemi postaciami zabitych i rannych; dwa wetknięte na małym kopcu bagnety z zawieszonemi na nich hełmami; padającego wieśniaka; jego twarz, wykrzywioną bólem i przerażeniem śmiertelnem; wynurzających się z pod ziemi żołnierzy niemieckich, krzyczących: „halt;“ powolną jazdę drogą pomiędzy wydmami; ogniki w zburzonym zamku i dwa oświetlone okna dużego domu, stojącego w polu.
Jasne, nieprzytomne, szalone od nadmiaru straszliwych wrażeń oczy młodego oficera, jego gorący oddech na jej twarzy, silne, zimne palce, zaciskające jej gardło i usta i targające na niej ubranie...
Znowu szyderczo wyzierają z mroku blade, mętne szyby.
Wzdrygała się cała i drżącemi rękami ściskała sobie skronie, czując, jak serce zrywało się, nagle i straszliwie długo zapadało w otchłań bez dna, bez dźwięku, bez czasu i przestrzeni...
Zgrzytała zębami z nienawiści, ze wstrętu dla siebie i dla tamtego, nieznanego, ojca jej dziecka.
Szeptała:
— Jeżeli to będzie syn — wychowam go na mściciela za krzywdę moją! Włożę mu w ręce całą broń i potęgę wiedzy, aby mógł zemstę doprowadzić do zwycięstwa... O! potrafię wzbudzić w nim nienawiść dla krzywdzicieli!...
A wtedy zwykle zjawiała się łagodna, natchniona twarz młodego księdza.
Słyszała jego głos:
— A co uczynisz, gdy zrodzisz dzieweczkę, siostro moja?! Zaiste, powiadam ci, nieznane są drogi, wskazane nam przez Stwórcę, i nie widzimy prawdziwego celu naszego istnienia, naszej radości i cierpień!
Wtedy płakać zaczynała, cicho i gorzko, bezradna i samotna, jak łódź, zbłąkana na burzliwem morzu.
Była też samotną. Do innych sanitarjuszek nie zbliżała się, przyjaciół nie miała, jak nie mają ich zwykle ci, co obowiązek nad wszystko wywyższają, lub ci, którym ból serce zmroził nazawsze.
Do rodziców pisała krótkie listy, nie wtajemniczając ich w swoje ciężkie przeżycia.
Nie mogła tego uczynić, gdyż wiedziała, że pogrążyłaby ich w rozpacz i sprawiłaby im cierpienie ponad siły.
Na tydzień przed porodem, pojechała do pobliskiego miasta, gdzie ulokowano ją w szpitalu.
Bez krzyku i jęku, w milczeniu obojętnem i zaciętem, rozumiejąc, że największy ból — ból duszy został już przeżyty, wydała Manon na świat syna.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy mimowoli, bezwiednie uśmiechnęła się na widok drobnej, nieznanej istoty i, zaglądając dziecku w zamglone, jeszcze niewidzące oczy, — szepnęła:
— Pójdziemy w życie razem, mścicielu, do końca!...
Niemowlę zaczęło płakać.
Nieznane współczucie dla tej bezbronnej istoty, trwoga o jej życie wypełzły z zagadkowych tajników kobiecego serca, pod którem zapaliła się pierwsza iskra życia, zjawiło się pierwsze drgnienie w drobnem, słabem ciele płodu.
Przytuliła syna do piersi i zapłakała rzewnie nad sobą, nad nim...
Czuła jednak jakiś przypływ nowych sił.
Wiedziała, że było ich teraz dwoje na świecie i że przed nią otwiera się trudna droga walki o los nowej istoty, dla której w myślach miała już cel życiowy, straszny cel — zemstę.
Nie chciała rozumować, w jaki sposób dojdzie jej syn do słodkiej chwili pomszczenia matki, bo wzburzona dusza żądała tego z całą namiętnością i bezwzględną surowością, jak gdyby dokonania wyroku sprawiedliwego.
— Wiedz, że nastąpi dzień radości i triumfu, gdy zmartwychwstanie w ludziach duch Boży! — doszły zdaleka słowa kapłana, klęczącego przed ołtarzem w zdobytym niemieckim okopie w Argonnach.
— Co to znaczy? — spytała, oglądając się dokoła.
Dziecko zakwiliło żałośnie.
Manon z troską wpatrywała się w jego czerwoną, pomarszczoną twarzyczkę, w rzadkie jasne kosmyki włosów i w mętne, niebieskie oczy, pełne ufności i skargi niewypowiedzianej.
Udekorowana wszystkiemi bojowemi orderami sanitarjuszka, Manon de Chevalier, została zwolniona ze służby i, mając wyznaczoną sobie emeryturę, zajęła się wychowaniem syna. Po trzech miesiącach jednak postanowiła wrócić do rodziców...
Z ciężkiem brzemieniem, świadoma nowego bólu i męki, jechała do domu, aby zacząć nowe życie, prowadzące do celu.
Siedząc w wagonie kolejowym, myślała o rodzicach, widziała ich zrozpaczone twarze, źle udawaną radość z powodu jej powrotu, ich spojrzenia, rzucane na dziecko, a w warkocie kół słyszała powtarzające się bez przerwy słowo:
— Zemsta... Zemsta... Zemsta...
— Czy dobrze robię, że powracam? — zadawała sobie pytanie.
Odpowiedziało jej wspomnienie cementowanej izby okopu z czarnym krucyfiksem i Chrystusem o ożywających nagle oczach.
Dopłynęły z nurtów przeszłości jedyne radosne słowa, pełne przejmującej dreszczem wiary:
— Niemowlę twoje osłodzi ci gorycz istnienia i razem z tobą podąży ku szczytnym celom!
A koła wozu wciąż turkotały natrętnie:
— Zemsta... Zemsta... Zemsta!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.