Paulina/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Paulina
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1928
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XIII

Kiedy odzyskałam zmysły, znajdowałam się w podziemiu. Hrabia usłyszawszy prawdopodobnie mój krzyk i upadek, korzystając z mego omdlenia, które zapewne trwało parę godzin, przeniósł mnie do tego grobu, pozostawiwszy na kamieniu lampę, szklankę trucizny i list. Co pisał w liście, powtórzę ci dosłownie:
— Czyż wahasz się jeszcze pokazać mi go — zawołałem — czyż mi jeszcze nie ufasz?
— Spaliłam go — odpowiedziała Paulina — lecz bądź spokojny, nie zapomniałam ani jednego słowa. Posłuchaj.
— „Sama chciałaś — pisał hrabia — aby życie moje było jednym pasmem zbrodni, Paulino; widziałaś wszystko, wszystko słyszałaś; nic ci więc nowego powiedzieć nie mogę; wiesz już kto jestem, lub raczej, kim jestem.
„Gdyby tajemnica, którą odkryłaś, była tylko moją, gdyby nie było zagrożone niczyje więcej życie, poświęciłbym wszystko, byłe nie spadł żaden włos z twej głowy! Przysięgam ci to Paulino!
„Mimowolna jednak nierozwaga, nagły znak przerażenia, jedno słówko wymówione we śnie, może zaprowadzić na rusztowanie nie tylko mnie, lecz jeszcze dwóch innych ludzi. Śmierć twoja zapewnia życie trzech istot; musisz więc umrzeć!
„Przez chwilę miałem myśl zabić cię w czasie twego omdlenia, lecz nie miałem na to odwagi: ty jesteś jedyną kobietą, którą kochałem. Paulino! gdybyś była wysłuchała mej rady, lub raczej wypełniła mój rozkaz, byłabyś w tej chwili przy swojej matce. Przybyłaś tu mimo mej woli; do siebie więc miej żal za swoje przeznaczenie.
„Przebudzisz się w podziemiu, gdzie noga ludzka nie postała od lalt dwudziestu, i tyleż dat upłynie, zanim kto zabłądzi w to miejsce. Nie rachuj więc na żadną pomoc, bo ta jest niepodobna. Przy tym liście znajdziesz truciznę. Wszystko, co zrobić mogę dla ciebie — to przygotować ci śmierć prędką, i słodką, zamiast konania powolnego i bolesnego. W każdym razie, cokolwiek postanowisz, wiedz, że już nie żyjesz.
„Nikt cię nie widział i nikt cię tu nie znał; ta kobieta, którą zabiłem, ażeby pogodzić Maksa z Henrykiem, będzie pogrzebana w Paryżu, w grobach twej rodziny, a matka twoja płakać będzie nad jej ciałem, sądząc, że płacze nad swojem własmem dzieckiem.
„Żegnam cię, Paulino! nie błagam cię ani o miłosierdzie, ani o przebaczenie; już dawno jestem przeklęty i twoje przebaczenie nic mi nie pomoże!“
— To straszne — zawołałem — o! mój Boże, mój Boże, jakżeś cierpieć musiała!
— Tak jest: wszystko, cobym ci jeszcze opowiedzieć mogła, byłoby tylko opowiadaniem konania... a zatem...
— Mów, mów dalej — zawołałem.
Przeczytałam list ten dwa czy trzy razy, nic nie rozumiejąc, wątpiąc nawet o rzeczywistości.
Są rzeczy, przeciw którym rozum się buntuje; ma się je przed oczyma, pod ręką, przed sobą, patrzy się na nie, dotyka, a jednak wierzyć im niepodobna.
Poszłam w milczeniu do kraty — była zamknięta; obeszłam dwa czy trzy razy więzienie, pięścią bijąc w wilgotne mury; poczem usiadłam na kamieniu własnego grobowca. Byłam zamknięta. Przy świetle lampy widziałam list i przygotowaną dla mnie truciznę, a jednak wątpiłam jeszcze. Zdawało mi się, że śpię, że za chwilę obudzę się ze snów dręczących.
Siedziałam tak milcząca i nieruchoma do chwili, w której światło lampy drżeć i migotać zaczęło. Wtedy myśl straszna, myśl, która dotąd nie postała mi w głowie, uderzyła mnie: lampa zagaśnie. A wtedy... okrzyk przerażenia wyrwał mi się z piersi. Rzuciłam się ku niej — była prawie pusta.
A więc w ciemności — wśród nocy będę się na śmierć gotować!...
Boże! czego jabym wówczas nie dala zato, by czemkolwiek drżący ów płomień podniecić. Gdybym była wiedziała, że krew moja palić się będzie, zębami rozszarpałabym żyły, by nie zgasło ostatnie to dla mnie światło na ziemi! Płomień drżał ciągle i bladł co chwila; koło otaczających mnie ciemności rozszerzało się, krąg światła malał mi w oczach — i czarna, ciemna przestrzeń coraz to więcej w koło mnie się zacieśniała. Zdawała się przygniatać mnie... dusić.
Uklękłam i ręce moje złożone, oczy wyniesione wlepiłam... nie w niebo, nie... wlepiłam je w drżący płomyk światła. Do niego nie już do Boga modliłam się w tej chwili!
Nareszcie zaczęła się ostatnia walka światła z ciemnością — walka, która wydała mi się walką moją, pomiędzy śmiercią a życiem. Czy mem, modlitwą walkę tę przedłużam? — nie wiem. Zdawało mi się jednak, że światło walczyło upornie z szaloną konwulsyjną siłą przeciw ciemności, przeciw śmierci. Wkrótce rozpoczęło się konanie, były to chwile jasnych niebieskich odbłysków, były światła silne, które jakby wyczerpane walką, gasły, bladły, by za chwilę zajaśnieć chwilowo. Płomień drżał, jak ostatnie tchnienie, biegnące z ust umierającego; nakoniec zgasł, zabierając z sobą światło, które połową jest życia.
Upadłam w głąb mojej ciemnicy: od tej chwili już nie wątpiłam, bo rzecz dziwna, że dopiero wtedy, gdy przestałam widzieć list i truciznę, uwierzyłam w ich istnienie.
Cisza grobowa nie przerażała mnie przy świetle; gdy ono zagasło, wydała mi się okropną nie do zniesienia.
Zresztą otoczenie moje było tak ponure, tak przerażające, że gdybym nawet miała nadzieję być usłyszana, nie zdobyłabym się na odwagę wydobycia głosu z piersi.
Dziwna rzecz, że przy zbliżającej się śmierci, zapomniałam zupełnie o tym, który był jej powodem; myślałam o położeniu mojem pogrążona w trwodze; o nim jednak nie myślałam, ani też nie przeklinałam go. Wkrótce zaczęłam uczuwać męczarnie głodu.
Nie umiem oznaczyć czasu, jaki upłynął. Niezawodnie jednak musiał minąć dzień cały i noc już nastała. Wkrótce zajaśniało słońce i promień jego oświecił podstawę kolumny, na której wspierało się podziemie. Wydałam okrzyk radości, jakgdyby promień ten nadzieję mi przynosił.
Wpatrywałam się w niebo tak upornie, że nakoniec doskonale zaczęłam rozróżniać przedmioty, które oświecał; było tam kilka kamieni, stos wiórów i kępka mchu; słonce zawsze ogrzewające jedno miejsce, wyciągnęło na koniec z ziemi tę biedną i nędzną roślinkę. Oh, cóżbym dała za to, aby się znajdować w miejscu tego kamienia, tych wiórów i tego mchu, aby choć raz jeszcze dojrzeć nieba kawałek.
Gwałtowne pragnienie zaczęło mi dokuczać, myśli moje zaczęły się mieszać; od czasu do czasu czerwona pomroka zasłaniała mi oczy, a zęby ściskały się, jakgdyby w kurczu nerwowym; mimo to oczy ciągle zwrócone miałam ku światłu. Otwór, którym wpadało do ciemnicy, musiał być bardzo mały, bo kiedy słońce obniżyło się cokolwiek, promień przyćmił się i zaledwie już był widoczny. Zniknięcie to odjęło mi resztę nadziei; wiłam się z rozpaczy i łkałam konwulsyjnie.
Głód mój zamienił się w gwałtowny kurcz żołądka; usta pałały; doświadczałam chęci gryzienia, pochwyciłam zębami splot moich włosów. Wkrótce opanowała mnie silna gorączka, chociaż puls bił zaledwie. Pomyślałam o truciźnie, padłam na kolana, złożyłam ręce, aby się pomodlić. Modlitwy jednak zapomniałam; przypomniałam sobie zaledwie słów kilka bez związku. Myśli najsprzeczniejsze przebiegały mój umysł; jakaś muzyka brzęczała w uszach; czułam sama, że to już początek delirjum. Padłam twarzą na ziemię.
Odrętwienie, sprowadzone wzruszeniem i zmęczeniem, jakie doświadczyłam, opanowało mnie zupełnie, zaczęłam wpadać w senność nie tracąc świadomości położenia. Wówczas rozpoczęła się serja snów, jedne po drugich dziwaczniejszych. Sny te, zamiast mnie pokrzepić, odjęły mi resztę sił. Obudziłam się z głodem i pragnieniem pożerającem; wówczas po raz drugi pomyślałam o truciźnie, stojącej obok mnie, a obiecującej mi koniec szybki i słodki Pomimo osłabienia, nieprzytomności, pomimo gorączki drgającej w moich żyłach, czułam, że śmierć jeszcze daleka, że jeszcze wiele godzin na nią czekać muszę, i że godziny najstraszniejsze jeszcze nie przeszły; wówczas postanowiłam raz jeszcze zobaczyć ten promień słońca, który w dniu wczorajszym odwiedził mnie, jak pocieszyciel wciskający się do wnętrza więzienia. Usiadłam z oczyma wlepionemi w miejsce, gdzie się miał ukazać; oczekiwanie to i zajęcie złagodziło trochę straszliwe cierpienia, jakich doświadczałam.
Nakoniec promień oczekiwany zajaśniał. Ukazał się naprzód blady i przyćmiony... w tym dniu słońce zapewnie było pokryte chmurami. Wówczas wszystko, co oświecało na ziemi, przedstawiło się mojej wyobraźni: drzewa, łąki, woda, Paryż, którego już nie zobaczę nigdy, matka moja, którą opuściłam nazawsze — matka moja, która już może w tej chwili zawiadomiona o śmierci mojej, opłakuje swą córkę, żyjącą jeszcze.
Na wszystkie te wspomnienia, serce moje się ścisnęło; załkałam i rozpłakałam się rzewnie, po raz pierwszy w podziemiu. Powoli uspokoiłam się, łkania gwałtowne ustały, łzy spływały zwolna. Postanowiłam wypić truciznę; jednakże cierpiałam mniej.
Siedziałam tak samo jak dnia poprzedzającego, z oczyma wlepionemi w promień światła, widziałam je bledniejące i niknące... Pożegnałam je skinieniem ręki, bo byłam zdecydowana już go więcej nie oglądać.
Wówczas zaczęłam badać moje sumienie. W całem mojem życiu, czy jako młoda dziewczyna, czy jako mężatka, nie popełniłam złego czynu; umierałam bez uczucia zemsty i nienawiści. Bóg przyjmie mnie za córkę, ziemię zamieni na niebo. Była to jedyna pocieszająco myśl, której się uczepiłam.
Wkrótce zdawało mi się, że ta myśl nietylko mnie zajęła, lecz i to wszystko co mnie otaczało. Zaczęłam doświadczać tego świętego uniesienia, które odwagę męczenników stanowi. Stanęłam prosto z twarzą zwróconą ku niebu i zdawało mi się, że wzrok mój przebije sklepienie i dojdzie do tronu Boga. W tej chwili uniesienie religijne przemogło fizyczne cierpienia, postąpiłam do kamienia, na którym stała trucizna. Widziałam ją wśród ciemności; wzięłam szklankę do ręki, słuchałam czy nie dojdzie mnie jaki odgłos, patrzałam czy nie dojrzę światła; odczytałam w myśli list, który mi mówił, że od dwudziestu lat nikt nie zeszedł do tego podziemia i lat dwadzieścia minie, zanim kto do niego zejdzie. Przekonałam się w duszy o niepodobieństwie uniknięcia cierpień, jakie mnie jeszcze czekają, wzięłam szklankę z trucizną, poniosłam do ust i wypiłam, łącząc razem z ostatnim szeptem pożegnania, żalu i nadziei, imię mej matki, którą opuszczałam i — imieniem Boga, do którego dążyłam. Poczem upadłam na ziemię.
Widzenie niebieskie znikło, zasłona śmierci rozciągnęła się między nim a mną. Boleści głodu i pragnienia ustały, oczekiwałam cierpień, które sprowadzić miała trucizna. Oczekiwałam tego zimnego potu, który miał mi oznajmić ostatnie chwile... Nagle usłyszałam wymówione moje imię: otworzyłam oczy i ujrzałam światło. Ty byłeś tam, stałeś przy kracie mojego grobowca!... ty — to jest światło moje, życie i wolność!...
Wydałam okrzyk i rzuciłam się ku tobie... Wiesz resztę...
A teraz — mówiła dalej — przypominam ci przysięgę twoją na honor, że nie odkryjesz tego straszliwego dramatu, dopóki choć jeden z trzech żyć nie przestanie.
Ponowiłem moją przysięgę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.