Paulina/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Paulina
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1928
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XII

Obudzona zostałam przez Malajczyka pukającego do drzwi, które zamknęłam na zasówkę. Odsunęłam ją. Służący otworzył okiennice i ujrzałam w moim pokoju dzień i słońce.
Pobiegłam do okna.
Był to jeden z tych pysznych poranków jesiennych, w których niebo, zanim się pokryje chmurami, rzuca ziemi ostatni uśmiech. W parku było tak cicho i spokojnie, że sama zaczęłam wątpić o sobie. A przecież wypadki nocne żywo utkwiły w mem sercu; każda miejscowość przypominała mi ich szczegóły. Przecież z pewnością widziałam otwierającą się kratę, dla przejścia trzech mężczyzn, widziałam kobietę, widziałam ich idących tą aleją; ślady ich kroków teraz jeszcze widoczne były na piasku, a widoczniejsze w miejscu, gdzie ofiara się opierała, bo ci, którzy ją unosili, musieli się zatrzymać, ażeby zwalczyć jej szamotanie się. Kroki ich widoczne były i ginęły w alei kasztanowej.
Chciałam je widzieć, aby, jeżeli to być może wzmocnić jeszcze swe przekonanie, jakgdyby nowe jakieś dowody potrzebne mi były. Weszłam do bibljoteki. Okiennica była nawpół uchylona, tak jak ją pozostawiłam; na środku pokoju leżał przewrócony stołek, którego upadek słyszałam; zbliżyłam się do ściany i dojrzałam szparę, przycisnęłam listwę — odsunęła się, w tej chwili otworzono drzwi do mojego pokoju... Zaledwie miałam czas zasunąć listwę i wziąć pierwszą lepszą książkę z bibljoteki.
Był to Malajczyk; przychodził dać znać, że śniadanie gotowe. Wchodząc do sali jadalnej, zadrżałam zdziwiona. Pewną byłam że ujrzę Horacego, lecz nietylko że go nie zastałam, ale zobaczyłam, iż tylko jedno nakrycie było przygotowane.
— Hrabia nie powrócił? — zawołałam.
Malajczyk dał znak przeczący.
— Nie — zawołałam osłupiała.
— Nie — potwierdził ruchem głowy.
Upadłam na krzesło. Hrabia nie powrócił, a jednakże widziałam go; przyszedł do mego łóżka, podniósł firanki, w godzinę później, kiedy ci trzej ludzie... Ależ ci trzej ludzie... Tak — to był Horacy ze swemi przyjaciółmi — Horacy, Maks i Henryk, którzy porwali kobietę!... Oni tylko sami mogli mieć klucz od parku, mogli wejść nie będąc widzianymi i bez przeszkody. Tak, to oni, bezwątpienia! Dlatego to widać hrabia nie chciał, abym przyjechała do zamku, dlatego przyjął mnie tak zimno, dlatego wymyślił to polowanie! Porwanie tej kobiety było postanowione przed moim przyjazdem; porwanie to było spełnione. Hrabia już mnie nie kocha; kocha inną i ona jest w zamku, zapewne w pawilonie...
Tak — a hrabia, ażeby się przekonać, że nic nie widziałam ani słyszałam, przyszedł przez schody do bibljoteki, przycisnął sprężynę w futrynie, odsunął firanki mego łóżka, a pewny że śpię, powrócił do swych miłostek. Wszystko to nareszcie zrozumiałam, jakbym na to patrzała. W jednej chwili zazdrość oświeciła ciemności — zwaliła mury — wszystko wiedziałam.
Wyszłam na powietrze, bo czułam, że się duszę.
Spostrzegłam, że ślady kroków już zatarto, piasek zrównano gracą. Postępowałam aleją kasztanową i doszłam do gęstwiny z dębów, do pawilonu, obeszłam go wokoło, zdawał się niezamieszkały i zamknięty, tak jak dnia poprzedniego. Powróciłam do zamku, a wszedłszy do mego pokoju, rzuciłam się na kanapkę, na której w dniu zeszłym tyle strasznych przybyłam godzin.
Dziwiłam się memu przestrachowi... Byłże to cień, byłyż to ciemności, lub raczej byłaż to nieprzytomność, gwałtowną spowodowana namiętnością, która tak złamała me serce?
Przepędziłam część dnia w moim pokoju, przechadzając się, otwierając i zamykając okno, oczekując wieczora z równą niecierpliwością, jak dnia poprzedniego się go lękałam. Dano mi znać, że obiad już gotów. Zaszłam do sali jadalnej i ujrzałam tak jak rano jedno nakrycie; przy nim leżał list. Poznałam pismo Horacego, żywo zerwałam pieczątkę.
Tłumaczył się, że przez całe dwa dni tak mnie pozostawia samą, lecz nie mógł powrócić dawszy słowo przed moim przyjazdem, którego musi dotrzymać, chociaż wiele go to kosztuje. Zgniotłam list i wrzuciłam go do ognia, nie doczytawszy do końca; obiad jednak jadłam, aby odwrócić podejrzenie Malajczyka. Po obiedzie powróciłam do swego pokoju.
Polecenie, dane dnia poprzedzającego, było i dziś wykonane. Znalazłam duży ogień na kominku, lecz tego wieczora, co innego mnie zajmowało. Miałam coś postanowić. Usiadłam więc, aby się namyślić. O wczorajszym strachu zupełnie zapomniałam.
Hrabia i jego przyjaciele weszli przez kratę, bo oni to byli o tem nie wątpiłam. Zanieśli tę kobietę do pawilonu, poczem hrabia powrócił ukrytemi drzwiami do zamku; aby się przekonać, czy śpię i czy nic nie widziałam, ani słyszałam. Powinnam więc pójść tąż samą drogą — umyśliłam wyjść przez tajemne drzwiczki.
Spojrzałam na zegarek — było wpół do dziewiątej, zbliżyłam się do okiennic — nie były zamknięte. Zapewne więc tej nocy nie było nic do ukrycia, ponieważ zaniedbano wczorajszej ostrożności. Otworzyłam okno.
Zanosiło się na burzę. Słyszałam zdaleka odgłos grzmotu, a szum bałwanów uderzających o brzegi morza, dochodził aż do mnie. Lecz w mojem sercu wrzała stokroć większa burza, niż w naturze, a myśli ciemne i duszące rozrywały mi głowę, jak wody oceanu.
Dwie godziny upłynięto, zanim zrobiłam pierwsze poruszenie i oczy moje odwróciły się od małego pośród drzew stojącego posągu, którego wcale, co prawda, nie widziałam.
Nakoniec — pomyślałam — już chwila właściwa nadeszła; nie słyszałam żadnego szmeru w zamku. Deszcz, taki sam, jaki w nocy z 27 na 28 października kazał mi szukać schronienia w ruinach, zaczął i wówczas padać gwałtownie. Wystawiłam nań głowę, aby ją ochłodzić, poczem zamknęłam okno i okiennice.
Wyszłam z mego pokoju na korytarz. Nikt nie czuwał w zamku. Malajczyk spał, lub usługiwał może swemu panu w innej części mieszkania... Powróciłam więc do siebie i zasunęłam rygle. Było wpół do jedenastej i wciąż było słychać wycie huraganu, który wyśmienicie mi dopomagał do zagłuszenia hałasu, jaki mogłam zrobić mem wyjściem. Wzięłam świecę chcąc pójść do bibljoteki; była na klucz zamknięta.
Widziano mnie w niej zrana, lękano się więc, abym nie odkryła schodów i dlatego ją zamknięto. Szczęściem, hrabia sam mi wskazał inne przejście.
Odsunęłam łóżko, przycisnęłam ruchomą ścianę, otworzyła się i wyszłam.
Szłam prosto, krokiem pewnym, bez wahania się, ku drzwiom ukrytym, wyjęłam książkę zasłaniającą guzik, przycisnęłam sprężynę — drzwi się otworzyły...
Znalazłam się na schodach tak wąskich, iż jedna tylko osoba przejść po nich mogła. Przebyłam trzy piętra, na każdym się zatrzymując, lecz nic nie usłyszałam.
Przy zejściu z trzeciego piętra, znalazłam drugie drzwi. Były zasunięte tylko na rygiel, otworzyłam go łatwo.
Znalazłam się pod sklepieniem, ciągnącem się prosto; postępując dalej blisko przez pięć minut, doszłam do trzech drzwi, te również otworzyłam bez trudności. Prowadziły one na schodki takie same jak z bibljoteki, lecz te ciągnęły się tylko przez dwa piętra.
Doszedłszy do końca, usłyszałam głosy.
Zagasiłam święcę i położyłam ją na ostatnim schodzie; potem, zobaczywszy zrujnowany komin, wsunęłam się przez otwór i weszłam do małego gabineciku, słabo oświeconego maleńkiem okienkiem we drzwiach, prowadzących do sąsiedniego pokoju i zasłoniętym małą, zieloną firanką. Co do okien, te były tak szczelnie zamknięte, że zapewne wśród dnia nawet żadne światło tu się przedostać nie mogło.
Nie omyliłam się; słyszałam wyraźnie czyjeś głosy. W sąsiednim pokoju prowadzona była głośna rozmowa. Poznałam głos hrabiego i jego przyjaciół. Przystawiłam stołek do drzwi, weszłam nań i tym sposobem widziałam wszystko.
Horacy, Maks i Henryk siedzieli przy stole. Uczta widocznie bliska była końca. Malajczyk im usługiwał, stojąc za krzesłem pana. Wszyscy biesiadnicy ubrani byli jednakowo w niebieskie bluzy, za pasem mieli myśliwskie noże, przy każdym, na stole, leżały pistolety. Horacy powstał, jakby chciał odejść.
— Odchodzisz? — zapytał Maks.
— Cóż chcesz abym tu robił? — odpowiedział hrabia.
— Pij! — zawołał Henryk, podnosząc swoją szklankę.
— Piękna przyjemność pić z wami — odrzekł hrabia — po trzeciej butelce jesteście pijani, jak tragarze.
— Grajmy!...
— Nie jestem szachrajem, ażeby zabierać wam pieniądze; kiedy nie jesteście w stanie ich bronić — odrzekł wzruszając ramionami.
— A więc! — zawołał Maks — staraj się pozyskać łaski u naszej pięknej angielki. Twój służący umiał wziąć się do rzeczy, ażeby nie była zbyt okrutna. Słowo honoru, tęgi zuch! Masz w nagrodę.
I rzucił Malajczykowi garść złota.
— Wspaniałomyślny... jak złodziej — powiedział hrabia.
— No, no, niema co na to odpowiadać — odrzekł Maks powstając. — Chcesz tę kobietę, czy jej nie chcesz?
— Nie chcę.
— Więc ja ją wezmę.
— Za pozwoleniem! — zawołał Henryk, wyciągając rękę — zdaje mi się, że i ja coś tu znaczę, i mam takie same prawo, jak każdy z was. Kto zabił jej męża?
— To prawda, poprzednika! — zawołał, śmiejąc się hrabia.
Na te słowa jęk dał się słyszeć. Zwróciłam głowę w stronę skąd pochodził. Związana kobieta leżała na łóżku. Moja uwaga była dotąd zwrócona na jeden tylko przedmiot; nie dojrzałam jej więc zupełnie.
— Tak — odpowiedział Maks — ale kto na nich czekał w Hawrze? Kto tu przybył galopem, aby wam dać znać.
— Do djabła! — przerwał hrabia — rzecz zaczyna być zawikłana, i sam król Salomon nie mógłby rozsądzić, kto ma mieć więcej praw: szpieg czy morderca?
— Musi jednak raz temu być koniec — odpowiedział Maks. — Zaczynam na serjo myśleć o tej kobiecie i widzę, że się w niej zakochałem.
— I ja także — wtrącił Henryk. — A więc jeżeli ty o nią nie dbasz, oddaj ją jednemu z nas dwóch.
— Tak, aby pozostały, po uczcie poszedł mnie zadenuncjować; teraz już sami nie wiecie, co robicie. O! nie panowie. Jesteście młodzi, piękni, bogaci; daję wam dziesięć minut czasu do oświadczenia się. Idźcie, moi Don Juani...
— Prawdę mówiąc, masz słuszność, dobra myśl — rzekł Henryk — niech sama wybierze tego, który jej się lepiej podoba.
— Dobrze, przystaję — zawołał Maks — ale niech się spieszy. Wytłumacz jej to, ty, co mówisz wszystkiemi językami.
— Bardzo chętnie! — odpowiedział Horacy.
Poczem odwracając się do nieszczęśliwej kobiety.
— Milady — rzekł najczystszym angielskim akcentem — widzisz przed sobą dwóch rozbójników, moich przyjaciół; obydwaj potomkowie szlachetnych rodzin, czego dowody na pergaminie złożyć ci mogą, jeżeli sobie tego życzyć będziesz; wychowani w zasadach sekty platonicznej, to jest podziału dóbr, zaczęli naprzód od zjedzenia własnego dziedzictwa, poczem widząc, że wszystko źle jest urządzone w społeczeństwie, powzięli cnotliwą myśl zaczajania się na gościńcach, przez które przechodzą jego członkowie i przez to poprawiać zaczęli, co było niesprawiedliwością, prostować pomyłki i równoważyć nierówności. Od pięciu lat, z największą chwałą dla filozofji i policji, zajmują się z całem poświęceniem tą misją, zapomocą której mogą odgrywać w paryskich salonach role ludzi uczciwych i która im dozwoli, tak jak mnie się to zdarzyło, dobrze się ożenić i nakoniec poprzestać grać rolę Karola Moor, lub Jana Sbogara. Tymczasem jednak, ponieważ w tym zamku niema innej kobiety, prócz mojej żony, której im ustąpić nie chcę, błagają cię usilnie, abyś wybrała jednego z nich. Czy dobrze wyraziłem się po angielsku, i czyś mnie pani zrozumiała?
— Jeżeli masz pan odrobinę litości w sercu — zawołała biedna kobieta — zabij mnie! zabij!...
— Co ona mówi? — szepnął Maks.
— Mówi, że to podłość, odpowiedział Horacy — a ja przyznaję, że jestem tegoż samego zdania.
— A więc? — zawołał Maks i Henryk, razem powstając.
— A więc, róbcie jak chcecie — odpowiedział Horacy siadając, a napełniwszy szklankę szampańskiem winem wypił ją duszkiem.
— O! zabij mnie, zabij! — wołała młoda kobieta...
W tej chwili Maks i Henryk rozgrzani winem, stojąc naprzeciw siebie, spoglądali z gniewem.
— Nie chcesz więc mi jej ustąpić? — zapytał Maks.
— Nie — odpowiedział Henryk.
— A więc, do mnie ona należy?
— Zobaczymy!
— Henryku! Henryku! — wołał Maks zgrzytając zębami — przysięgam ci na honor, że ta kobieta do mnie należyć będzie.
— A ja klnę się na życie, że będzie moja; wiesz zaś, że ja więcej cenię życie, niż ty honor.
Wówczas obadwaj razem cofnęli się wtył i wydobyli swe myśliwskie noże.
— Przez litość! przez litość w imię nieba, zabij mnie! — zawołała po raz trzeci kobieta...
— Co mówicie — przemówił zwolna Horacy tonem pana, zwracając się do dwóch młodych ludzi.
— Powiedziałem już — odrzekł Maks rzucając się z nożem na Henryka — że ta kobieta będzie moja.
— A ja odparł Henryk, zamierzając się również — utrzymuję, że nie do niego, lecz do mnie należeć będzie.
— A więc! — szepnął Horacy — dowiodę wam, że obaj kłamiecie; ani jeden ani drugi mieć jej nie będzie.
Po tych słowach powstał, wziął ze stołu pistolet, podniósł go zwolna w kierunku łóżka i wystrzelił. Kula przeszła pomiędzy dwoma walczącymi i ugodziła kobietę w samo serce.
Na ten widok, wydałam straszliwy okrzyk i padłam zemdlona, napozór martwa, jak ta, którą dosięgła zabójcza kula.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.