Parę nieistotnych uwag na temat „Kurki wodnej“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Ignacy Witkiewicz
Tytuł Parę nieistotnych uwag na temat „Kurki wodnej“
Pochodzenie Teatr
Data wydania 1923
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
PARĘ NIEISTOTNYCH UWAG NA TEMAT „KURKI WODNEJ“.

Przebieg przerdstawień moich sztuk, począwszy od prób aż do krytyk, cudownie określa wierszyk jednego z najlepszych piurblagistów, członka redakcji Papierka Lakmusowego p. I. Polatkiewicza-Blagi:

»Rano, pod górę, bandą wyjeżdża na hipka
Pewien ksiądz znany z kroju zielonej sutanny.
Wieczorem, zjeżdża cicho, wychudły jak rybka,
Dawny kolega szkolny, wypuszczony z wanny«.

T. zw. »eksperyment« zachodzi zawsze w warunkach nienormalnych i dlatego prawdziwym eksperymentem nie jest. Jeżeli ilość prób jest dostateczna i artyści grają bez zarzutu, to rzecz odbywa się późno w nocy, na tle nieodpowiednich dekoracyj (»Pragmatyści« w Elsynorze). Jeśli reżyserja jest doskonałą, to sztuka puszczona jest »na marginesie«, w samym końcu sezonu, przyczem wystawa nie odpowiada zupełnie moim wymaganiom, zawartym w opisie wyglądu sceny, a zbyt mała ilość prób uniemożliwia osiągnięcie jednolitego charakteru całości. Poza eksperymentem artystycznym jest także eksperyment w stosunku do publiczności, który zależy niestety od pory roku i charakteru reklamy.
Z różnych powodów Kurka wodna daleka była od doskonałości. Krytyki podkreśliły wspaniałość wystawy. Jestem zdania wprost przeciwnego. Nawet świetna reżyseria Trzcińskiego traci wartości formalne na tle zupełnie nieodpowiedniem. Słusznie powiedział August Zamoyski (którego skecz Kokaina w wykonaniu Rity Sacchetto i jej szkoły, wśród dekoracji jego pomysłu, miał tak szalone powodzenie w Niemczech), że inny smak ma wino pite z kryształowej czary, a inny — chłeptane z trudem z jakiegoś podejrzanego naczynia. Może ktoś powiedzieć, że nie było to wino, tylko jakiś inny, mniej szlachetny trunek. Ale to już jest kwestja istotna. Artyści robili, co mogli i osiągnęli w pewnych momentach rezultaty doskonałe, a jeśli całość nie wypadła zupełnie po mojej myśli, to tylko wina braku czasu, poświęconego na próby. Nie mogę oczywiście, z powodu »braku miejsca«, wdawać się w szczegółową ocenę. Zachwycili mnie pp. Bracki (szczególniej w II i III akcie), Szymański i Miarczyński. Świetna była p. Kacicka-Gallowa, przeszła wszelkie moje oczekiwania p. Modzelewska, którą znałem tylko z jakiejś dziewczynkowatej roli w »Bagateli«. Pani Żmijewska, która poświęciła się w ostatniej chwili, przyjmując rolę p. Klońskiej, nie czuła się dans son assiete. Mała rola lokaja znakomicie odegrana była przez p. Białoszczyńskiego.
Przechodząc do krytyki muszę stwierdzić, że upał, koniec sezonu i t. p. nieistotne rzeczy uczyniły ją jeszcze mniej istotną niż zwykle. Ogólna odpowiedź rzeczowa zawiera się do pewnego stopnia w artykułach poprzednich. Tu poruszę tylko parę kwestyj ubocznych. A więc: skonstatować muszę polepszenie się stosunku do mnie pp. Haeckera i Szyjkowskiego. Haecker zupełnie dobrze scharakteryzował nieistotną, życiową stronę Kurki wodnej, nie mówiąc oczywiście ani słowa o stronie formalnej. Prof. Szyjkowski starał się coś powiedzieć, ale nie mógł. Trudno. Muszę mu tylko zwrócić uwagę, że drugi raz już miesza pojęcia Czystej Formy i »wstrząsów bebechowych«, które nie są dla mnie równoznaczne, tylko ozaczają rzeczy djametralnie przeciwne. Nieścisłość mimowolna lepsza jest oczywiście od złej woli (ostatni wypadek zachodzi np. u p. Breitera w jego krytyce Szkiców estetycznych w Skamandrze), ale także martwi mnie bardzo. Oświetlanie mojej psychologji w czasie pisania sztuk w ten sposób, jak to czyni prof. Szyjkowski, uważam za nie na miejscu.
»Nienasycenie formą«, a programowe epatowanie są to rzeczy zupełnie różne. A przytem jedna rzecz jest bardzo przykra. Oto najperwersyjniejszy z polskich profesorów, Tadeusz Sinko puścił zaraz w pierwszym antrakcie demonicznego »witza«, że »Kurka« jest moją autobiografją. Z niezrozumiałą skwapliwością podchwycili »witza« tego pp. Haecker i Szyjkowski, umieszczając aluzje na ten temat w swoich wzmiankach. Pomijając to, że hipoteza Sinki jest z gruntu fałszywą i wynika tylko z ducha przekory, wprowadzanie tego rodzaju kwestji osobistych do krytyki uważam za w najwyższy sposób niestosowne, niedelikatne i nietaktowne. Co panów to obchodzi i co to ma wspólnego z krytyką?
Można nie lubić mnie jako artysty, ale twierdzenie, że nie jestem wcale artystą, uważam za nieco przesadzone i obawiam się, że sąd przyszłych pokoleń nie będzie zbyt pochlebny dla niektórych moich krytyków. Jakkolwiek, wskutek nienasycenia formą i wymagań kompozycyjnych, sztuki moje nie są fotograficznem odbiciem życia, jednak nad »banialukami« (jak ośmielił się wyrazić jakiś zarozumialec z Nowego Dziennika) w nich zawartemi pomyślą jeszcze kiedyś przyszli historycy literatury. Jest to oczywiście kwestja nieistotna z punktu widzenia Czystej Formy, ale tem niemniej ważna jako taka. Może kiedyś dojdę do jeszcze większych odchyleń od rzeczywistości, ale na razie ogłaszanie mnie z uporem jako »apostoła nonsensu« rozleniwia tylko i następnie kompromituje na dalszy dystans moich wrogów. Jak zimny kompres na głowę podziałała na mnie łagodna i życzliwa recenzja p. Lewakowskiej. Oczywiście między słowami »Kurka wodna« i »Dzika kaczka« jest pewna analogja znaczeń — oba oznaczają ptaki. Ale co więcej wspólnego ma rzecz moja ze sztuką Ibsena, nie mogę mimo wszystko się dopatrzeć.
W przedmowie do »Tumora Mózgowicza« (Tow. Wydawnicze »Fala«, Kraków), zaznaczyłem, że nie biorę odpowiedzialności za wszystkie wypowiedzenia moich figur. Oświadczam, że nie jestem ani filo- ani antysemitą. Mam wielu przyjaciół żydów, ale przed rasą semicką odczuwam jakiś strach zabobonny, przyczem kobiety z rasy Hetytów (Górale z Małej Azji) o rudych włosach i niebieskich oczach uważam za najpiękniejsze na świecie i najbardziej dla mnie niebezpieczne. Bałem się posądzenia o filosemityzm (równie niesłusznego jak posądzenie odwrotne) — wyszło całkiem coś innego. (Wzmianka p. M. As, w »Nowym Dzienniku«). Jest to zupełnie tak samo jak z kwestją sensu i bezsensu: chodzi mi o Czystą Formę, wszyscy zaś posądzają mnie o programowy nonsens.
Co do problemu nudy, którą rozsiewać mają moje sztuki, to uważam, że krytycy moi są nieszczerzy. Jest to najtańszy sposób zarżnięcia sztuki, jeśli ogłasza się ją za nudną. Nie robię tu aluzji do nikogo, ale dla kompletnego matoła nawet przedstawienie w cyrku może być nudnem, podobnie jak nudnym będzie dla kogoś nie znającego zupełnie fizyki, wykład teorji Einsteina. Że p. X., którego znikąd nie znamy, nudzi się, nie jest zupełnie miarodajne. Na zwierzanie się ze swojej nudy, jak np, p. zastępca z »Głosu Narodu«, trzeba mieć też odpowiednie kwalifikacje. Może p. zastępca mógłby być zastępcą króla Sjamskiego, albo prezydenta rzeczypospolitej Haiti. Dla mnie nie zastąpił niestety Karola Huberta Rostworowskiego, jednego z niewielu uczciwych krytyków i wielkiego znawcy sceny, którego zdania, nawet najgorszego, wysłuchałbym z prawdziwą przyjemnością. Pytałem się paru osobników bardzo szczerych i inteligentnych, a przytem bardzo zblazowanych, czy nudzili się na mojej sztuce. Odpowiedzieli mi, że bawili się świetnie. Może nie doznali wrażeń od Czystej Formy, głównie z powodu nieodpowiedniej wystawy, ale nie nudzili się.
Liczę na to, że może książka ta wywoła istotniejszą dyskusję i kończę te nieistotne uwagi, dziękując serdecznie wszystkim tym, którzy ponieśli trudy przy wystawieniu »Kurki wodnej«.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Ignacy Witkiewicz.