Pan starosta kaniowski

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan starosta kaniowski
Podtytuł z papierów po Glince
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Pan starosta kaniowski.
(z papierów po glince)


Dostało mi się przeżyć te czasy, gdy się do syta było można ludzi napatrzyć, którzy do pospolitych nie byli podobni, a mieli fantazyę, czy złą, czy dobrą, ale swoję. Późniéj już nastała moda pewna, do któréj młodzież z dzieciństwa naginano, aby kubek w kubek jeden do drugiego przystawał, i poczęto miéć to za przyzwoitość największą, gdy kto jak pieniądz z pod stępla wyszedł z edukacyi... podobniusieńki do modnego wzoru. Za naszych czasów, choć z pewnych reguł nikt się nie wyłamywał i one szanował, w innych sprawach miał sobie za obowiązek nie kłamać ani postawą, ani gębą, ani peruką, ani zębami przyprawnemi, ani łagodnością, jeśli jéj nie miał, ani męstwem, jeżeli mu go Pan Bóg nie dał. A już to rzec mogę śmiało, że ludzi osobliwych inne-by może czasy tylu nie okazały, co ostatnie lata rzeczypospolitéj. Niech mi kto okaże takiego pana jak książę nasz, wojewoda Panie Kochanku, jak pan starosta kaniowski, jak Gozdzki, brat przyrodni księżnéj de Nassau, jak Jabłonowski, że innych pominę... bo pomniejszych nie zliczyć. Na małych zagrodach téż było podostatkiem mniejszych takich oryginałów, co na małą skałę i tamtym nie ustępywali. Com się ja ich napatrzył! Ale ktoby tam o chrząszczach pisał, kiedy się o orły ocierał.
O panu staroście kaniowskim chodziło historyj dużo, nie wszystkie prawdziwe, bo na karb takich ludzi kładną często, co im nie należy; ja tylko tu o jednéj awanturze powiem, w któréj kosa trafiła na kamień, jak to pospolicie mówią, i ów kawaler renomowany jaśnie wielmożny wojewodzic Gozdzki... starł się ze starostą kaniowskim. Gozdzkiemu że szczęście we wszystkich jego awanturach służyło dziwnie, bo téż męstwa był nieustraszonego; tak go to uzuchwaliło, że się gotów był porwać na samego dyabła. A miał to do siebie, że gdy słyszał o równym sobie śmiałku, korciło go niezmiernie guza nabić lub napytać. Naturę miał zawżdy niespokojną, a w spoczynku długo trwać nie potrafił.
Gozdzki już naówczas — na pniu sprzedawszy za bezcen przyszły spadek, bodaj po Humieckich — okupił się na Rusi, nabywszy miasteczko Jaryczów. Żył po części tu, czasami we Lwowie, gdzie awantury wyprawiał, bo był krewki z natury, szczególniéj do pięknych kobiet, a o te we Lwowie nigdy nie było trudno i miały, też Bóg raczy wiedziéć czy słusznie, famę, iż hołdów nie odrzucały.
Pan Bazyli Potocki, starosta kaniowski, naówczas się był właśnie, wedle swéj fantazyi kozaczéj, ożenił. Nie znalazłszy panny w magnackim domu, któraby za niego iść chciała, — bo się go wszyscy obawiali, szczególniéj gdy siwuchy się napił, — rzucił okiem na ubogą szlachciankę, córkę ekonoma, który u niego rządził jednym folwarkiem. Biedny Dąbrowski ów miał to sobie za wielkie szczęście, że taki pan zażądał od niego dziecka, a choć dziewczyna z płaczem do nóg mu padała, wypraszając się od szczęścia tego, nic nie pomogło, musiała ślubować panu staroście. Kobieta była dziwnie piękna, skromna, łagodna, a jak się to nieraz zdarza u nas, choć edukacyi wielkiéj nie miała, ledwie czytać i pisać od matki się wyuczywszy, rozumu jéj nie było brak, ani téj szlachetności jakiéjś, którą, niech mówią, co chcą, człowiek z sobą na świat przynosi. Kto jéj nie ma, choćby się złotem obszył cały, będzie na chłopa wyglądał, a komu ją Bóg dał, panem musi być, choć w łachmanach. Panna tedy Dąbrowska do takich wybranych istot należała, co to w zgrzebnéj koszuli do królowych są podobne. Starosta kaniowski raz ją u ojca zoczywszy na folwarku, nie uspokoił się, aż, tentując różnie, do ślubu z nią iść musiał. Poczęło się tedy życie, zrazu znośne, a daléj, przy zalanéj pałce, okrutne i nielitościwe. Bywało, jak powiadano, że ją i kijem skropił i rózgami karał i do kordegardy między kozaków swoich odsyłał za urojone przewinienie. Kobieta była zacna, uczciwa, ale fantazyom szalonym, uwłaczającym jéj ulegać nie mogła. Dziwy tedy prawić zaczęto o tyranii starosty, który jak z innemi, tak z żoną, podczas się obchodził, jakby nie Potockim był, ale prostym chamem.
Chodziły o tém wieści po kraju, rozpowiadano, może i dorabiając, osobliwe przygody, a wszyscy się nad nieszczęśliwą starościną litowali. Doszły te plotki do Lwowa, gdzie je na pytel wzięto. Więc jéjmoście lwowskie nad losem biednéj kobiety płacząc, pomsty bożéj na okrutnika wzywały.
Była naówczas mieszczanina pewnego żona, niejakiego Janasza, jeśli dobrze pomnę, kobieta fertyczna, języka doskonałego, wyszczekana, śmiała, którą Gozdzki polubił, i, proszony czy nie proszony, do niéj jeździł, choć mąż się krzywił na to. Jemu to było wszystko jedno, bo żeby słówko pisnął, wypłazowałby go niechybnie. Mieszczanin, spokojny człek, wreszcie łaskę pańską znosił, acz kwaśno, tyle tylko czyniąc, że ile razy mu gościa tego licho wniosło, zawsze z respektem wielkim asystował, na krok od jéjmości nie odchodząc. Gozdzki go poić probował, bo głowę miał, jak wiadomo, co antał węgrzyna znieść mogła, ani zawróciwszy, ale Janasz téż ciągnął nie gorzéj. Więc się w końcu ściskali, i mieszczanin jeszcze wojewodzica do powozu sadzał, sam potém pod studnię idąc, aby pochmielu zbyć.
Raz u pani Janaszowéj będąc Gozdzki, pod dobry humor, gdy różne rzeczy opowiadała zabawiając go, posłyszał o starościnie kaniowskiéj, jaki los jéj zgotował pan Potocki. Że to było przy kieliszku, wziął do serca — choć jak żyw nigdy owéj pani w oczy nie widział. Janaszowa po kobiecemu dosypywała do powieści pieprzu i soli. Gozdzkiemu nie trzeba tego było, aby w ferwor wpadł.
— A to łotr! a to niegodziwiec! rozbójnik! — począł... — nie wart takiéj żony... kto poczciw, odebrać mu ją powinien.
— Jeśli kto, to pan wojewodzic jeden uczynić by to mógł — odezwała się Janaszowa — boć nikt inny nie podoła staroście... ani się z nim mierzyć może. Ale to i dla pana wojewodzica twardy orzech do zgryzienia, boć to żona... mąż i żona jedno ciało, ktoby między małżeństwo chciał się mieszać... albo ważył?.. I panbyś na to nie poradził...
Gozdzki wąsa pokręcił.
— Tak asińdźka myślisz? — zapytał.
— Nie inaczéj — rzekła Janaszowa.
— A co-byś asińdźka powiedziała, gdybym ja mu ją odebrał?
— To nie może być — odezwała się piękna mieszczka.
— Parol, że to uczynię — krzyknął Gozdzki.
— Nie chcę wojewodzica wyciągać na słowo, bo co niemożliwe, to trudno... Naprzód żoną jego jest, a powtóre, on starosta kaniowski, a o niego ocierać się, choćby tak rezolutnemu kawalerowi, za jakiego pan jesteś znany, niebezpiecznie.
Podbiła mu baba bębenka, jakby naumyślnie; Gozdzki się zaciął.
— Jéjmość mnie nie znasz — zawołał — ja gdy co postanowię, gdyby dyabeł na dyabła siadł, albo życie stracę, lub na swém postawię.
Pan Janasz, który konwersacyi przytomnym był, zmiarkowawszy, iż poczciwa jego żona bodaj naumyślnie wojewodzica ku staroście wysyłała, aby sama się od jego natrętności uwolniła — zwąchawszy pismo nosem — jął téż ze swéj strony przydawać, na jak wielkie niebezpieczeństwa naraziłby się Gozdzki. A temu w to graj — świerzbiała go skóra... więc tak się na niewidziane rozkochał w starościnie, jakby ją jednę w sercu nosił.
Janaszowa się go zbyła... ale powróciwszy do Jaryczowa, nie mógł już usiedziéć, aż się zaraz rozwiedział o starościnie, gdzie, co i jak... co się z nią działo. Znaleźli się ludzie, którzy ją widywali, inni, co słyszeli o tyraniach, potwierdziło się w znacznéj części przywiezione ze Lwowa. Gozdzki mocne powziął postanowienie starościnę z rąk męża wyrwać.
Taki on był, wmówił sobie, że to bohaterstwo być miało i sprawa honoru, ująć się za pokrzywdzoną i uciemiężoną niewiastą.
W Jaryczowie koło siebie chował zawsze dworzan i niby milicyi głów do stu. Bywało mniéj lub więcéj, bo z nim wytrwać długo była sztuka, a kto się tam zgłaszał, pewnie więcéj miał szaleństwa niż statku. Ludzie jego jak on sam, desperaci, musieli iść ślepo za nim, w ogień i wodę, gdzie dał komendę... a pierzchnął który lub zawadzał mu, nie miał już po co powracać. Karmił i poił co się zowie, pieniędzmi obsypywał, lecz téż gdy huknął, wiara! za mną!.. nie było się co oglądać i ryzykować. Zaraz tedy z całą tą siłą jaryczowską Gozdzki się jął wybierać na starostę, nie wypowiadając mu wojny, jak ów Fryderyk II pruski na Saksonię, czasu siedmioletniéj. Sam naturalnie dowodził tą bandą.
Poszły naprzód szpiegi, ażeby się dowiedzieć, na którym folwarku przebywała starościna i rekognoskować pozycyą i siły nieprzyjaciela. A nad nim miał ten awantaż Gozdzki, że pan kaniowski znał jego nienawiść ku sobie (odgrażali się wzajem oddawna), ale spodziewać się immiksyi w swe domowe sprawy, nie mógł. Na to tylko potrzeba było takiéj szalonéj pałki jak wojewodzica. Już z Jaryczowa wybierać się mieli, gdy wypadkiem tam przytomny przyjaciel Gozdzkiego, pan Przyłuski, któremu się wyspowiadał z zamiaru, zreflektował go.
— Bój się Boga — rzekł — tak się nie czyni, to inwazya i rozbój. Honor nawet twój wymaga, abyś przynajmniéj kaniowskiego wprzódy monitował, nim się porwiesz.
— A gdzie ja go będę szukał? — rzekł Gozdzki.
— We Lwowie jest... łatwo go zdybiesz.
U wojewodzica wszystko szło piorunem. Dawaj konie do Lwowa... Tu przybywszy, do starosty się dostać nie było łatwo, zamykał się w kamienicy, a kozactwo drzwi pilnowało. Czatował na niego wojewodzic w rynku i przydybał, gdy z kościoła powracał. Zaszedł mu drogę. Ludzie, co to zdala widzieli, stanęli patrzéć. Gozdzki był olbrzymiéj postaci, jak dąb, ramiona szerokie, co się zowie piękny mężczyzna, głowa zawsze do góry, czapka zawsze na bakier, ręka w boki. Starosta wysoki, chudy, kościsty, niepozorny, twarz żółta, oczy wpadłe i koso patrzące, trochę przegięte, więcéj miał minę franta niż zawadyaka. U Gozdzkiego noga i ręka pańska, u starosty stopy ogromne, ręce kościste, czarne. Z wojewodzicem straszno się było spotkać, bo albo zabił lub zapoił; z tamtym się rozdraźnić, człek spać nie mógł spokojnie, mógł kazać podpalić, na rękę nie wyzwał, ale do śmierci nie przebaczył. Znali się i z twarzy i z reputacyi. Starosta chciał minąć bokiem, Gozdzki mu w oczy zaszedł.
— Czołem, panie starosto, parę słów.
— Ja waszmości nie znam.
— To może poznasz, Gozdzki jestem, Humiecka mnie rodzi. Naturę mam taką, że trutniów nie znoszę.
— A ja téż i junaków w dodatku.
— Mam was, panie starosto, przestrzedz.
— Przestróg nie potrzebuję.
— Życzę je wziąć, gdy daję, bo mogę naukę dać, a ta będzie mniéj strawną. Ożenił ci się waszmość z biedną szlachcianką, a obchodzisz się z nią jak z niewolnicą, popraw się lub źle będzie.
— Kto ci dał prawo mnie upominać?
— Prawo mam od Boga i natury, z miłości bliźniego. Nieszczęśliwą kobietę uciemiężoną każdy uczciwy człowiek ratować powinien.
Starosta się rozśmiał i ramionami ruszył mrucząc:
— Waryat.
Gozdzki rękę podniósł i krzyknął:
— Poznasz mnie, com zacz...
I rozeszli się; a starosta tegoż dnia do Zbaraża odjechał.
W Gozdzkim już wszystko wrzało. Wnet téjże nocy swojego zaufanego posłał, aby się rozwiedział w Zbarażu, co się tam za powrotem Kaniowskiego dziać będzie; ten powrócił donosząc, iż starosta żonę na chleb i wodę posadził w ciemnéj izbie, a na ojca, którego posądzał, że się skarżył, miał wyprawić kozaków, aby go rugowali z folwarku.
Niewiele myśląc, Gozdzki ludzi zebrał i poszedł na Zbaraż. Tu go się nikt nie spodziewał, bo w głowie nie było nikomu, aby się wojewodzic ważył dom napaść. Kozacy nadworni, wedle zwyczaju, na straży byli, ale połowa spała, a druga bez broni około dworu baraszkowała. Gdy Gozdzki nagle natarł na domostwo z wystrzałami i hałasem, kozacy przelęknieni ani się nawet porwali ku obronie; kto żył nogi za pas wziąwszy, zmykał w konopie, w krzaki, pod szopy, nie wyjmując starosty, bo i ten zemknął za dwór i schował się do rowu. Wojewodzic z tryumfem wtargnął do mieszkania i przetrząsłszy całe, nierychło w ciemnéj izbie na klucz zamkniętą jéjmość wyszukał. Ta przestraszona tąż napaścią, nie wiedząc kto i co, sądząc, że rozbójnicy jacy naszli, padła mu do nóg błagając, aby jéj życia nie odbierał.
— Ale ja w obronie jéj życia przybyłem — podnosząc ją, zawołał Gozdzki — proszę się uspokoić. Zasłyszałem o jéj męczeństwie i znęcaniu się starosty, i w pomoc jéj przychodzę. Napominałem go próżno; trudno się po nim poprawy spodziewać, a pani godną jesteś lepszego losu. Zabieram więc ją z sobą do Lwowa, i procesem rozwodowym się zajmę, a na opiece uczciwego człowieka pewnie acani dobrodziejka nie stracisz.
Piękna postać starościnéj, jéj łzy, nieszczęście, wszystko to razem Gozdzkiego poruszyło, iż gotów był dla pomocy jéj choćby życie i majątek stawić. Opierała się długo, obawiając zemsty starosty, lecz w końcu ją przekonał i poprzysiągł, że na honor jego i uczciwość zdać się może.
— Ja pani starościnéj w szponach jego zostawić nie mogę... Towarzyszę jéj do Lwowa, gdzie przystojne i bezpieczne dla niéj schronienie znajdziemy.
Z płaczem tedy musiała jéjmość honor i życie powierzyć temu, jakby z nieba spadającemu obrońcy. Że Gozdzki z ludźmi konno przybył, kazał ze stajni powóz i brykę wyciągnąć, konie starosty zaprządz, rzeczy starościnéj spakować, swoich dwóch ludzi na kozły wsadził i sam towarzysząc w eskorcie, natychmiast zawiózł jéjmość do Lwowa. Tu do klasztoru panien benedyktynek wprost kazawszy zajechać, sam do przełożonéj poszedł i jéj panią starościnę zdał na opiekę. Nazajutrz zaś w imienin jéj, pozwy podał do rozwodu, w których wszystkie prześladowania, złe obejście, znęcania się, bicie i t. p., były wymienione.
Gdy po odjeździe Gozdzkiego pan Kaniowski z konopi wyszedłszy, dowiedział się o wszystkiém, naprzód kozactwo, które się nie broniło, srogo ukarał, zmienił ludzi, potém zebrawszy nowych, natychmiast na Dąbrowskiego, ojca żony, posądzając go o skargi, napadłszy, z folwarku go precz wygnał i na gościniec wyrzucił. W furyi niesłychanéj dzień i noc chodząc, zemstę począł knować, a tak rozpasyonowany będąc doznaném upokorzeniem, iż do ludzi nie gadał, — i przystępu do niego nie było. Ostrzegano Gozdzkiego, iż nie lada zemstę gotuje; ten sobie to lekceważąc, poświstywał.
Zeszło tak tygodni kilka, a o zemście jakoś słychać nie było. W Jaryczowie ludzie ciągle w pogotowiu stali do odparcia wszelkiéj napaści; co do osoby swéj Gozdzki nie miał zwyczaju się lękać i gotów był sam stanąć przeciw dziesięciu. Chodził zawsze zbrojny, a na animuszu nigdy mu nie zbywało. Tymczasem wypadła potrzeba do Kamieńca jechać i wojewodzic samoszóst się wybrał, nic złego nie przeczuwając. Na to tylko czyhał starosta. Napaść go w drodze się nie ważył, lecz ludzi swoich przodem dwoma partyami co najpewniejszych wysławszy do Lwowa, sam wreszcie tu nocą nadjechał, i, jak świt, obstawiwszy klasztor benedyktynek, w pogotowiu powóz mając i ludzi, do furty kazał bić, grożąc wyłamaniem, jeśliby mu żony nie wydano. Zakonnice się wylękły, o pomoc nie było do kogo się udać, strach o klauzurę i kozactwo taki je ogarnął, że wreszcie nieszczęśliwą starościnę w ręce męża wydały. Udała się więc sztuka i kaniowski odzyskawszy jéjmość, téjże chwili do Zbaraża ruszył.
Aliści szczególna jakaś opatrzność nad nią czuwała, bo téjże godziny, gdy do Jaryczowa znać dano o wypadku, Gozdzki z Kamieńca wracał. Ani chwili nie mieszkając, ludzi zebrawszy, puścił się w pogoń za starostą, który się nie spodział, iż go ścigać może. Właśnie dla znużenia koni o cztery mile za Lwowem na popas w karczmie stanęli, mając się jednak na baczności, gdy wojewodzic nadążył ze swemi desperatami. Że karczma, w któréj się to działo, na uboczu stała, nim dobiegli do niéj, już Potockiego ludzie czas mieli za broń pochwycić. Wrota zatarasowano, w oknach rozsadził starosta kozaków ze strzelbami, i do formalnego przyszło oblężenia i szturmu. Sam Gozdzki nim kierował, zapowiedziawszy swoim, że nieszczęśliwą kobietę, dla któréj zemsty się lękał, wyzwolić musi, choćby miał życie postradać. Starosta téż zajadle się postanowił bronić. Gdy pierwszy szturm przypuszczono, padły strzały z za okiennic tak nieszczęśliwie, że kula Gozdzkiego w lewe ramię trafiła, a choć się krwią zalał, tém zajadléj rzucił się na oblężonych. Ludzi mu ubito kilku, ale z boku téż okiennicę wyłamano, i Potockiemu zginęło z milicyi trzech. Nareszcie z tyłu do słabszych wrót wtargnął Gozdzki ze swemi, i w progu począł się krwawy bój, który trwał z pół godziny, póki starościńskich nie przemogli. Mimo rany, z pistoletami w ręku samotnie wojewodzic wpadł wewnątrz, i od izby zamkniętéj drzwi wywaliwszy, starościnę znalazł z przestrachu napół umarłą. Kaniowski z ludźmi cofnął się był w drugi koniec domu odstrzeliwając, ale go nie napastowano, jak tylko jéjmość miano w ręku. Trupów z obu stron padło podobno kilkunastu, lecz starościna była ocaloną i Gozdzki puścił się z nią razem do Lwowa, Potockiego na pobojowisku zostawiając.
W mieście już się awantura była rozeszła i panny benedyktynki klasztor zamknęły tak, że gdy do nich znowu przybył wojewodzic, chcąc im panią powierzyć, za nic w świecie już się téj niebezpiecznéj opieki podjąć nie chciano. Jeździł z nią tak cały dzień od klasztoru do klasztoru, obiecując sowitą nagrodę, straż i opiekę, ale żaden mu się nie otworzył. Koniec końców trzeba było jéjmość w Jaryczowie umieścić, co ani dla niéj, ani dla Gozdzkiego nie mogło być miłém. Szło zatém, iż salwując honor, gdyby rozwód stanął, żenić się musiał, o czém nigdy nie myślał, bo był wietrznik i bałamut, i cale mu to nie szło na rękę. A choć piękna i dobra starościna podobać się mogła, wszelako nie była to żona dla wojewodzica i szczęścia sobie przynieść się nie spodziewali. Co jednak cale inaczéj się stało, jak zobaczymy, bo nigdy człowiek nie wié, gdzie znajdzie, co dla niego dobre, tak jak często szkodliwego nie dojrzy i właśnie się go napiera. Na tém nie koniec; uparł się wojewodzic, stał przy odzyskaniu żony starosta, aby na swojém postawić. W Jaryczowie dwór cale obronny nie był, chyba go męstwo i czujność osłaniały. W tydzień potém, starosta, ludzi zebrawszy niemałą bandę, nocą naszedł na dom. Zastał wszystko tak przysposobione, że na niego jeszcze wycieczkę zrobił Gozdzki i o mało we dwa ognie ich nie wzięto, tak, że napukawszy nadaremnie a strachu się najadłszy, odciągnąć musieli starościńscy.
Drugi raz w biały dzień, spodziewając się znaléść mniéj czujnych, wtargnęli ogrodami z tyłu na dwór, bo im snać szpiegi doniosły, że z téj strony miała apartament starościna i czasem do ogrodu wychodziła na przechadzkę. Ten drugi napad jeszcze gorzej wyszedł staroście, kozaków rannych i zabitych było z dziesięciu, a milicya Gozdzkiego tak ich ścigała spędziwszy, że konie im padały w ucieczce, a przerażone chłopstwo w rowy i krzaki się pozaszywało.
Nie było już co czynić. Posłał pan Kaniowski pismo do Gozdzkiego, które nocą mu w Jaryczowie do drzwi przybito, grożąc jeżeliby żony dobrowolnie nie oddał, że mu Jaryczów na cztery rogi podpali i w popiół obróci.
Nazajutrz w Zbarażu kazał Gozdzki kartę przylepić.
— Żony ci nie oddam, boś ty jéj nie wart, a ja groźbom ulegać nie zwykłem. Spalisz ty mi Jaryczów, który u mnie jeden jest, ja ci z dymem puszczę pięć twoich miasteczek dla pokwitowania.
Wojna tedy a wojna. W Jaryczowie formalną palisadę i rowy trzeba było dawać dokoła dworu, a na wałach posadzono dwa działka, więcéj dla postrachu, niż dla skutku, bo niebardzo z niemi się kto obejść umiał. W kilka tygodni ledwie się nieco uspokoiło. Starosta napadał na Gozdzkiego, a ten już na baczności się zawsze mając, bo go to bawiło — stawał w obronie i prochu napsuwszy, często ludzi nakaleczywszy sobie, rozchodzili się ad videndum. Dla wojewodzica to było rozrywką, przyczém, że punkt honoru mu nakazywał nieszczęśliwą starościnę bronić, a na nikogo téj obrony zdać nie mógł, zmuszonym był dawne swe życie bałamutne porzuciwszy, doma siedziéć i swemu gościowi atentować. Że z tego stalszy afekt po raz pierwszy w życiu w człowieku rozbałamuconym się wywiązał, było już w przeznaczeniu. Wojewodzic powziął szacunek dla starościnéj, amory swe lwowskie porzucił, stał się więcéj domatorem i nie skarżył się na to. Proces rozwodowy szedł tępo, choć na powodach do niego nie zbywało, a Gozdzki na to nie żałował. Lecz w konsystorzu i Potocki téż miał swoich obrońców, a grosza nierównie więcéj od wojewodzica, któremu na nim zawsze zbywało.
Trudna do wiary, a przecież prawdziwa rzecz, że się ta sytuacya lat dwa przeciągnąć mogła, a ani starosta się nie wyrzekał żony, ani Gozdzki obrony jéj.
Przyszło do tego, że gromadnie raz naszedłszy na Jaryczów nocą, Potocki owe dwie armatki stojące na wałach, które żadnego strzału nie dały, zabrał i cofając się, uprowadził z sobą w tryumfie.
Gozdzkiego to tak obeszło, iż z całą gromadą puścił się w pogoń, gotów znowu życie stracić, aby dyzhonoru nie miéć. Starosta się mężnie bronił, ale naciśnięty armatki porzucił. Więc je zieleniną poobwiązawszy, z wielkim hukiem i krzykiem nazad na wały zaprowadzono, gdzie spokojnie sobie drzemać mogły, bo im wartowników dodano.
Gozdzkiego przyjaciele różnemi racyami przekonać się starali i skonwinkować, żeby do jakiéj zgody i kompromisu ze starostą przyszło, bo mu to wistocie życie zatruwało, nie dał się jednak złamać.
— Kobiety nieszczęśliwéj nie rzucę, na łup jéj rozbójnikowi nie dam. Gozdzki nigdy nikogo nie zawiódł i nie zdradził. Co będzie to będzie, Kaniowski beknąć musi. Gdyby już nie o kobietę mi szło; to o honor idzie. Nie dam mu się przechwalać, że mnie w kaszy zjadł.
Starosta do zgody był skłonniejszy może, bo spokoju chwili nie miał, ani w domu, ani za domem, ruszyć się nie mógł bez kilkudziesięciu z milicyi; nocami stawić musiał straże i choć czasem jaki miesiąc spokojnie upłynął, Gozdzki zasadzał się na niego, czatował, i gdy się go najmniéj spodziewano, napadał.
Postanowił sobie bowiem, że starostę w jakikolwiekbądź sposób ująć musi w niewolę i dopiéro z nim traktat pokoju podpisze. Niełatwo to było, miano się bowiem na baczności. Z obu stron szpiegów sobie nasyłano. Ruszył się pan Kaniowski do dóbr swoich, na drodze go pilnowano, a czasem nocą, choć bez nadziei skutku, alarmowano. Zrywało się co żyło na nogi, do samopałów, a nieprzyjaciela już nie było. Tak go draźnił, męczył i irytował Gozdzki, póki nareszcie wypadek końca nie położył téj utrapionéj wojnie.
Obadwa już bez dobréj komitywy ludzi zbrojnych z domu się nie ruszali. Jakoś jesienią Potockiemu wypadł nocleg w Glinianach. Roztasował się był tylko co w gospodzie, gdy z drugiéj strony aspirant wojewodzic nadciągnął. Żyd, do którego miał zajechać, ze strachu i aprehensyi, aby mu domu nie zniszczono, począł wołać, że starosta Kaniowski jest w mieście.
W to mu graj. Nie dając czasu tamtym zebrać się ku obronie, nie zsiadając z koni, téjże chwili rzucił się Gozdzki i karczmę otoczyć kazał. Ponieważ mu razy kilka Potocki sam tyłami uszedł i salwował się pieszo, a kozaków darmo wybijać już mu się sprzykrzyło, wojewodzic część swoich odłączył i na tyłach gospody zasadzkę w chmielniku urządził. Na dany znak rzucono się na karczmę ze trzech stron, czwartą, jakby z pośpiechu i nieoględności zostawując wolną. Więc po staremu, z okien starościńscy ognia dają, a tu w okna i bramy Gozdzkiego milicya szturmuje. Nie obeszło się bez krwi rozlewu, bo z obu stron dzielnie się nauczyli napadać i bronić. Aliści, jak zawsze, ludzie wojewodzica górę wzięli, niéma tu już nic do czynienia tylko z życiem umykać.
Dano znać staroście, że na tyłach od chmielnika przesmyk wolny. Pan Kaniowski samotnie z furtki wyskoczywszy, wprost do gąszczów chciał smyknąć, gdy z rowu zasadzeni ludzie, którym sam niemal się w ręce rzucił, pochwycili go.
Okrzyknięto zdobycz i wojewodzic podbiegł, aby się oczyma własnemi o niéj przekonać.
— No! panie starosto — zawołał — jesteś w moich rękach, nic nie pomoże... każ ludziom broń złożyć. Wojna skończona, niéma tu już co tergiwersować, trzeba się poddać. Nie jeden raz i królowie bywali do niewoli brani. Honor mój ręczy, iż mu się żaden despekt nie stanie...
Ustało strzelanie. Starosta rad nie rad poddał się losowi swojemu. Szli tedy razem do izby karczemnéj, a wojewodzic wino i gorzałkę kazał przynieść, aby i ludzie i oni po boju się pokrzepili. Wszakże straże stały dokoła. Z wielkich rankorów i straszliwych zaciętości, jako przyszło zaraz do osobliwéj komitywy.
— Nie mogę zaprzeczyć — odezwał się Gozdzki do więźnia — żeś mi waszmość porządnie téż zalazł za skórę. Łatwiéj było wojnę prowadzić panu staroście niż mnie, który krociów w skrzyniach nie mam i milicyę utrzymywać musiałem ostatkami goniąc, aby się nie dać. Zatém traktat i przymierze zawrzemy, a warunki, jakie podyktuję, podpiszecie, inaczéj będzie źle.
Starosta milczał.
— Pisz asińdziéj warunki, zobaczymy.
— Ja z kałamarzem i piórem miewam rzadko do czynienia — rzekł Gozdzki — brzydzę się niemi, poślemy po jakiego gryzipiórka.
Starosta téż w pisaniu nie był mocny. Delegowano do miasteczka, które całe stało na nogach, aby człeka piśmiennego wyszukać... właśnie od tego, trafem narzuconego lwowskiego kauzyperdy, niejakiego Atamanowicza, te szczegóły z własnych ust jego słyszałem. Znajdował się on podówczas w Glinianach na noclegu, i miał pożywać rybę faszerowaną po żydowsku, gdy na niego wskazano i do starosty proszono... Niebardzo mu się chciało między drzwi kłaść palca, ale dwu barczystych drabów byliby go pod ręce wzięli, choćby się i opierał. Szedł więc Atamanowicz do gospody... Dwaj antagoniści już u stołu jednego siedząc pili, jeden drugiemu przypominając różne zajścia i wypadki dwuletniéj wojny...
— Jak się asińdziéj zowiesz? — zaczął Gozdzki.
— Atamanowicz.
— Nieciekawe nazwisko, pachnie kozakiem, ale co robić! umiesz pisać?
Ten się uraził.
— Mecenasem jestem.
— To nic nie dowodzi — rzekł Gozdzki — mecenasowi tylko gęba potrzebna.
— I głowa — dodał Atamanowicz.
Tém go sobie zjednał, dali mu lampkę wina.
— Otóż widzisz asińdziéj — odezwał się Gozdzki — jest rzecz taka: Ja z panem starostą kaniowskim prowadziłem wojnę lat dwa, nie o piękną Helenę, ale o zacną niewiastę, którą on miał za żonę. Summa summarum, gdy się prochu dużo napsuło, pana Potockiego wziąłem w niewolę... Zawieramy traktat, a asińdziéj zajmiesz się spisaniem go, żeby to było mocném i niewzruszoném.
Atamanowicz, człowiek przezorny, który miał ten dobry zwyczaj, że z sobą zawsze nosił inkaust w rogowym kałamarzyku, pióro i papier... milcząc poszedł na róg stołu i rozłożył się ze swym warsztatem... poczynając, aby czasu nie tracić, od aryngi. „Między Jaśnie wielmożnym JMPanem Mikołajem Bazylim Potockim starostą kaniowskim z jednéj, a Jaśnie Wielmożnym Józefem hr. Gozdzkim.
Sine titulo — wtrącił wojewodzic. — Stanęła na dniu dzisiejszym dnia, miesiąca, roku, w miasteczku Glinianach, wobec świadka uproszonego...
— Pięknie mnie prosili — wtrącił Atamanowicz — bo mnie dwóch drabów popychało...
Rozśmiał się Gozdzki.
— To się w honoraryach zlikwiduje... następująca dobrowolna umowa...
— Pięknie dobrowolna — przerwał starosta — kiedy mi milicya JMP. Gozdzkiego nad karkiem stoi.
— Ale do niczego nie przymusza — odezwał się Gozdzki — wolisz pan starosta w Jaryczowie siedziéć w ciupie, nie bronię.
— Nie doczekanie twoje — odparł starosta — kat cię bierz... podpiszę.
— Dobrowolnie — dodał Gozdzki — i kląć nie trzeba, bo to się na nic nie zdało, a krew psuje.
Tu Gozdzki punkt po punkcie dyktować zaczął.
— JW. Pan starosta kaniowski na rozwód z żoną swą de domo Dąbrowską... zezwala...
— Którą mu gwałtem Gozdzki odebrał — dodał starosta.
— Bo się starosta z nią źle obchodził...
Atamanowicz ze zwieszoném piórem, czekał roztropnie rozkazów.
— Te wszystkie particularia w kontrakcie stać nie powinny — rzekł Gozdzki. — Zezwalasz pan?
— Kiedyś ją lat dwa trzymał... to ją sobie trzymaj i daléj, zgoda.
— Drugi punkt. JW. Potocki pokrzywdzonemu ojcu żony swéj, Dąbrowskiemu, którego na honorze i majątku oprymował, oświadcza się wypłacić tysiąc czerwonych złotych i puścić mu dożywotnią dzierżawą wieś Słomiankę, do starostwa kaniowskiego należącą.
Ofuknął starosta.
— Czemu nie dwie albo trzy wsie?
— Jeśli wola i łaska, choćby pięć — odparł Gozdzki.
— Pal was dyabli ze Słomianką.
To powiedziawszy, czekał pan starosta kaniowski, będąc pewnym, że sobie Gozdzki straty na majątku policzy i koszta wojny zlikwiduje, ale się w tém omylił.
— Punkt ostatni — rzekł wojewodzic. — Warunki opisane pan starosta obowiązuje się najdaléj w przeciągu czterech niedziel dopełnić, sub nullitate niniejszego kontraktu, a spór w takim razie ma się rozstrzygać między nim a JMP. Gozdzkim, osobistém wyzwaniem na rękę i bojem... judicium Dei.
— Mości panie wojewodzicu — mruknął Potocki — ja co przyrzekam, to mam zwyczaj dotrzymywać.
— I ja téż — ofuknął Gozdzki.
— Tandem owa groźba wyzwania na rękę superflua, ale mniejsza o to, probuję tylko, żeś waszmość nie delikatny... ale i ja nim nie jestem. Kwita byka za indyka... co napisał, niech stoi. Dla honoru mojego przecie nie obejdzie się obustronny kontrakt, abym i ja nie postawił punktów moich...
— A proszę — rzekł Gozdzki — i ciekawym.
Primo — począł ponuro starosta, patrząc w oczy Atamanowiczowi, a dając mu znak, aby nie mieszkając pisał: — JMPan wojewodzic, hrabia Gozdzki, wnet po rozwodzie, ma się ożenić z panią starościną Potocką.
Spojrzał na Gozdzkiego.
— Zgoda — rzekł zimno zagadnięty.
— Przed ślubem zaś zapisze jéj na dobrach swych prostym długiem, wziąłem, pożyczyłem, do rąk własnych odliczyłem, bez żadnego kondyktu, sto tysięcy złotych.
Gozdzki, jako był zawsze animuszu wspaniałego, choć po niéj ani grosza nie brał, a jeszcze go kosztowała sporo, ani zmarszczył się wcale.
— Pisz waćpan — rzekł do Atamanowicza.
Tertio — dodał Potocki — broń i armatki w ewentach wojny zabrane, obie strony sobie wzajem, zwrócić wszystkie solennie niniejszém przyobiecują.
Gozdzki śmiać się zaczął, aż się za boki wziął.
— A to mi się podoba — zawołał — to mi się podoba, bo dowcipne, ja ani jednego karabinka dzięki Bogu, nie postradałem, więc idzie o to, abym oddał, cośmy zdobyli na panu staroście... honor salwowany kontraktem.
— Czy to już koniec? — spytał spoglądając na kaniowskiego.
— A nie — rzekł Potocki — ekscypuję sobie pozwolenie waszmości, abym moję żonę w obecności jego pożegnał... i aby na przyszłość pomiędzy nami stała i niezmienna przyjaźń została zawartą na wiekuiste czasy, aby nieprzyjaciele moi stali się nieprzyjaciołmi wojewodzica et vice versa.
— Dla mocniejszego zaś wrażenia w pamięć traktatu pacificationis — dodał Gozdzki — strony kontraktujące wymianą swych portretów dokumentować go się zobowiązują, ad aeternam belli pacisque memoriam. Pisz acan — dodał Atamanowiczowi, który pióro był zatrzymał.
Poczém wstawszy podali sobie ręce i uściskali się, a Gozdzki w ręce klasnął, wołając na swojego marszałka, aby przyjęcie gotował, nietylko dla starosty, ale dla obu milicyi, żeby one téż zapomniawszy nieprzyjaźni dawnéj, kielichem zgody pokój zapiły.
Zleciało się całe miasteczko patrzéć na to widowisko, gdy po świeżéj batalii, poczęto traktat obchodzić tak hucznie z samopałów waląc i okrzykując go, iż się zdało, że wojna jeszcze trwała... Strach brał o strzechy słomiane. Starosta z Gozdzkim, poprosiwszy Atamanowicza, jak siedli pić, różne sobie dzieje i dykteryjki opowiadając, tak dopiéro nazajutrz wstali — i to na niepewnych nogach. Instrument pokoju na dwie ręce spisany i pieczęciami obu korroborowany, własnemi rękoma podpisawszy, rozjechali się dopiéro nazajutrz po śniadaniu. Kauzyperdzie lwowskiemu, któremu osobliwie tego dnia posłużyło szczęście, dostało się za skrypturę po piętnaście czerwonych złotych od obu, a późniéj jeszcze Gozdzki mu młodego źrebca podarował, za którego, jak powiedział, wziął, wyhodowawszy go, pięćdziesiąt czątych.
W kilka dni potém starosta z kawalkatą swą kozacką przybył do Jaryczowa, kędy na niego już oczekiwano, przyjmując z wszelkiemi honorami, ale nie chciał nic tylko żonę swą, niegdy pokrzywdzoną widziéć; przyczém Gozdzki, przez delikatność nie chciał być, i z drugiego pokoju całéj się scenie przypatrywał. Starosta wszedłszy, z jakiegoś sentymentu opóźnionego, do nóg upadł jejmości, upraszając ją, aby mu wszelkich uraz zapomniała i one przebaczyć raczyła. Na to biedna kobieta, oczywiście rada, że się uwolniła, odpowiedziała, iż ile chce, aby jéj Bóg własne winy przebaczył, tak panu staroście za wszystko dobre uczynione, jest i będzie wdzięczną, złego nie pamiętając.
Potocki chcąc się po pańsku okazać, w podarunku jéj złożył trzy sznury pereł uryańskich piękne z zapinką dyamentową i tysiąc czerwonych złotych jednego stępla, jak rodzeni bracia... Wszystkie téż warunki umowy święcie dotrzymane zostały. A że wojewodzic ani wspomniał o kosztach wojny i procesu rozwodowego, chciał starosta wspaniałym być i z dobréj woli ofiarował półtorakroć sto tysięcy złotych, które wojewodzic jako własność przyszłéj żony na majątku ewinkował. Tandem po rozstaniu natychmiast pro forma, pojechała starościna do benedyktynek na rezydencyę, gdzie ją już teraz chętliwie przyjęto; rozwód stanął wprędce i Gozdzki wziął z nią ślub.
Kobieta była dobra, łagodna, piękna — i gdyby się człek taki jak on ustatkować mógł, byłby się przy niéj ustatkował, ale to była natura gorąca, niespokojna i nigdy tém kontentować się nie mogąca, co jéj Bóg dał. Pożycie więc, choć na oko dobre, opłakaném było dla jéjmości, która o wszystkich niestatkach mężowskich zawiadamianą bywała i cierpliwie je ignorować musiała. Prawda, iż jéj Pan Bóg dał dwu mężów z rodu znakomitego, jakich się prosta szlachcianka, ekonomska córka, spodziewać nie mogła, lecz co po tém, gdy przy tytule i powadze szczęścia brakło.
Szanował ją wojewodzic i obchodził się grzecznie, a na stronie szalał i niepokojem ją karmił, bo i życie narażał co chwila i nieprzyjaciół mnożył. Nierychło się to nieco ustało i ukołysało. Wypadek zrządził, iż wojewodzicowa w jednéj kompanii będąc we Lwowie, zmuszona do tańca, nieszczęśliwie w nim na wznak upadła, a że była dosyć słuszną i w miarę ciała miała, całą wagą padłszy na krzyże, tak szwankowała, iż po kilku miesiącach słabości, mimo najbieglejszych lekarzy, zmarła, któréj Gozdzki rzeczywiście żałował, i opłakał ją, nie przestając do późnego wieku wspominać z utęsknieniem...

1875.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.