Pamiętnik dr Z. Karasiówny/Prywatny wyjazd do porodu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Karasiówna
Tytuł Pamiętnik
Pochodzenie Pamiętniki lekarzy
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
Data wydania 1939
Drukarz Drukarnia Gospodarcza Władysław Nowakowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały pamiętnik jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Prywatny wyjazd do porodu.

W odległości 12 kilometrów od Suchej rodzi kobieta. Wie, że poród będzie ciężki, bo tamte cztery porody też były nie lekkie. Ledwie z nich z życiem wyszła. Pierwsze dziecko rodziła dwa dni chociaż było bardzo malutkie. To jedno jej żyje. A te późniejsze, jak to zwykle bywa, coraz większe. Dwoje przyszło na świat nieżywych przy akuszerce. Trzeciemu doktór dziurę w głowie zrobić musiał.
Więc jest przygotowana na wszystko co najgorsze. Już babka przy niej siedzi. Egzaminowanej akuszerki nie weźmie, bo do chorej kasy nie należy. Zażądałaby 10 albo i 20 zł. A babce 5 zł. wystarczy. Ona 6-cioro dzieci urodziła, to się na tym zna. O rodzącą troszczy się jak może. Co chwila palcami wchodzi i coś rusza, żeby się otwór w macicy powiększył. A taka egzaminowana nie chciałaby otworu robić, ino by się myła i myła. Raz ma człowieka dotknąć, to się tyle czasy do tego myć musi. I mydła szkoda i izba się zachlapie. A po porodzie egzaminowana akuszerka ręcznik maczany w zimnej wodzie kobiecie na brzuchu kładzie. Jeszcze macicę przeziębi. Z babką to jakoś weselej. Swoja, znajoma, na weselu była. Pierwsze dziecko do chrztu trzymała. Jak tylko dowiedziała się, że sąsiadka rodzi, zaraz przyszła. Prosto od roboty, bo gnój z pod bydła wybierała.
Bóle idą jedne za drugimi od wczesnego rana, kobieta jęczy i stęka. Babka robi otwór w macicy i pociesza. Już wieczór nadchodzi, dziecka nie widać. Jeszcze przed południem woda z kobiety odeszła. „Trzeba posłać po egzaminowana akuszerkę — mówi babka — bo ja tu nic nie poradzę.“ „Widać, się dziecko skręciło we środku“. Więc mąż idzie szukać koni. Za niecałe dwie godziny są konie. Po następnych czterech godzinach przyjeżdża egzaminowana akuszerka. Niedaleko nawet mieszka, ino ją trzeba było po domach szukać. Egzaminowana szuka drzewa, pali w piecu i grzeje wodę na mycie rąk. Piec zły. Woda będzie za 2 godziny.
Już od sześciu godzin zamiast pojedynczych bólów porodowych — co to jak zwykle jeden za drugim idą a w przerwie kobieta choć na chwilę może odetchnąć — jest jeden ciągły ból; macica grozi pęknięciem. Rodząca krzyczy, krzyczy okropnie bez przerwy. Teraz chcą wszyscy z domu uciekać i mąż i babka. Nie mają serca na to patrzeć. Egzaminowana nie czeka na wodę z pieca. Myje ręce w brudnej wodzie z konewki i bada. „Kobieta ciasno zbudowana — mówi — a dziecko ma dużą główkę, ta główka nie przejdzie. Tu potrzebny będzie doktór“. „To pocóż pani szkołę kończyła — mówi mąż — kiedy pani nic nie potrafi poradzić i pani płacić i doktorowi, to za dużo. Poczekajmy jeszcze, może się urodzi“. Ale egzaminowana czekać nie chce. „Chcecie posyłać po doktora to zostanę — a nie — to nie mam tu co robić — powiada — kiedyście wiedzieli, że kobieta źle rodzi, trzeba mi ją było przed porodem do badania przyprowadzić. Byłaby do szpitala zawczasu pojechała. A przynajmniej mogliście mnie wcześniej zawołać. Byłabym posłała po doktora w swoim czasie, a nie teraz, kiedy kobieta ledwie żyje“.
Więc chłop szuka po nocy drugich koni, bo te co jeździły po egzaminowaną akuszerkę są zmęczone. Za godzinę konie są. Za cztery godziny przyjedzie lekarz. Droga w jedną stronę trwa przeszło 1½ godziny, a narzędzia też trzeba pozbierać. Zapomni się o najmniejszym drobiazgu, cały lekarz na nic. Palcem zabiegu nie zrobi. Jeżeli nie weźmie dostatecznej ilości spirytusu do palenia, nie wygotuje narzędzi. Gotowanie na wiejskim piecu może trwać 3 godziny. Za 3 godziny kobieta umrze. Bo już przeszło od 9 godzin grozi pęknięcie macicy.
Zabieg prawie beznadziejny. O odesłaniu do szpitala nie ma mowy. Szukanie nowych koni zajęłoby godzinę. Pakowanie kobiety na wóz półtorej godziny. Droga do stacji kolejowej jedną godzinę razem 3½ godzin. A najbliższy pociąg odchodzi za pół godziny. Następny za 14 godzin. Ani zdążyć na pierwszy — ani dożyć do drugiego. Trzeba zacząć robić wymóżdżenie. Przy grożącym pęknięciu macicy należy pracować w narkozie. To zmniejsza niebezpieczeństwo pęknięcia. Kto będzie dawał narkozę, kiedy akuszerka musi pomagać przy zabiegu? Trzebaby mieć dwie kwalifikowane osoby do pomocy. Jedną do narkozy, drugą do asysty. Więc rezygnujemy z narkozy. Zresztą eter wiadomo łatwo palny materiał — a baby świecą lampką naftową. Podejdzie która bliżej i spłonie położnica wraz z lekarzem i asystą.
Więc akuszerka ma trzymać głowę przez powłoki brzuszne. Lekarz ma wymóżdżać główkę. Każdy ruch główki pod naciskiem narzędzia, które ma przebić kość czaszki naciska na mięsień maciczny grożący od dawna pęknięciem. Od akuszerki która unieruchamia główkę zależy życie rodzącej. Nie łatwo jest akuszerce trzymać główkę poprzez napięty aż do ostatnich granic mięsień. Pęknięcie następuje przed ukończeniem zabiegu: bóle ustają zupełnie. Kobieta blednie coraz bardziej. Ciemno jej w oczach. Przez kilka minut drgawki i śmierć.
Winien jest lekarz, winna egzaminowana akuszerka.
Najlepsza jeszcze babka. Póki ona była przy porodzie, to było dobrze. Kiedy tylko przyszła egzaminowana, już się kobiecie pogorszyło. A przez doktora dopiero na dobre umarła...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Karaś.