Ostatnie dni świata (Bielski, 1910)/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor S. Bielski
Tytuł Ostatnie dni świata
Podtytuł Fantazja powieściowa
Pochodzenie Ostatnie dni świata
Wydawca Nakładem "Kurjera Litewskiego"
Data wydania 1910
Druk Druk Józefa Zawadzkiego w Wilnie
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz nieznany
Tytuł orygin. Под кометой
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ II.
Pierwsza wiadomość o ukazaniu się komety. — Dzienniki przed końcem świata. — Pomnik Venturia. — Plac Wiary. — Świątynia Człowieka. — Śpiący i zmartwychwstali.

Poraz pierwszy usłyszałem o komecie w redakcji „Gazety Południa“, gdzie prowadziłem kronikę i dwa razy na tydzień pisałem feljeton. O godzinie trzeciej siedziałem, jak zwykle, przy swojem biurku i przeglądałem wzmianki reporterów. Jest to zajęcie, zdolne doprowadzić do czarnej melancholii najweselszego pod słońcem człowieka. Przytem robota ta wymagała wielkiej uwagi, ponieważ obyczaje dziennikarzy heljopoliskich były ogromnie zepsute i każdy reporter musiał zręcznie ukrywać wynagrodzenia, jakie otrzymywał od osób, zainteresowanych w zamieszczeniu tej lub owej wiadomości; dzienniki ponosiły skutkiem tego olbrzymie straty, ponieważ połowa dochodów, pobieranych przez dziennikarzy od teatrów, towarzystw asekuracyjnych, banków, restauracji, parlamentu, łaźni i t. d. i t. d. należała się wydawcom. Niepodobna było przeprowadzić żadnej, najdrobniejszej nawet sprawy, zapoczątkować żadnego przedsiębiorstwa, nie wyznaczywszy zgóry pewnej określonej, i to znacznej sumy, na przekupienie gazet i dziennikarskich wyrobników.
W Heljopolisie, przed ukazaniem się komety, wychodziło cztery tysiące wydawnictw codziennych. Wszystkie mieściły się w specjalnej dzielnicy, w zachodniej części miasta, w pobliżu ulic, zamieszkałych przez upadłe kobiety.
Dzielnica dziennikarska była najbardziej ożywioną częścią wszechświatowego miasta. Od godziny dziesiątej rano kolosalne gramofony, ustawione nad drzwiami redakcji, zaczynały wykrzykiwać wiadomości, otrzymane ze wszystkich stron świata, a potem natychmiast je odwoływały.
Setki mniejszych gramofonów wymyślały na konserwatystów, radykałów, republikanów, ministrów, większość i mniejszość parlamentarną, przedsiębiorstwa akcyjne, nowe religje, jednem słowem wszystko i wszystkich na świecie.
Dla zagłuszenia straszliwego ryku mechanicznych głosów, przeciwnicy dziennikarscy puszczali w ruch syreny okrętowe, gwizdanie których rozlegało się po całym Heljopolisie. Kolporterzy uliczni, odziani w jaskrawe, różnobarwne kostiumy, w orszaku akrobatów i ulicznych muzykusów, na całe gardło wykrzykiwali tytuły artykułów i rozrzucali tysiące ogłoszeń, które jak płatki śniegu unosiły się nad ulicami, zaścielając chodniki i bruki. Przed domami przepływała bezustannie gwarna fala ludzi, którzy potrzebowali pomocy prasy, lub pragnęli zdobyć jej względy. Żebracy, dworacy, malarze, mistycy, poeci, bankierzy, wynalazcy, aktorzy, szarlatani, lekarze, adwokaci napływali przez szeroko otwarte drzwi redakcji i wszczynali głośne targi z właścicielami dzienników, ich pełnomocnikami i współpracownikami.
Pisma wychodziły co godzinę w milionach egzemplarzy, rozsyłano je na aeroplanach, a wpływy ich były bezgraniczne.
By dać pojęcie przyszłym pokoleniom o tem znaczeniu, jakie posiadała prasa wszechświatowa w ostatnich dniach swego istnienia, opowiem, jak dzienniki wzniosły pomnik czcigodnemu, znakomitemu Venturio, przywódcy syndykatu handlu żywym towarem.
Nie wiem dokładnie, ile go to kosztowało, ale pewnego rana wszystkie gramofony w dzielnicy prasy jednogłośnie jęły go wychwalać i wynosić pod niebiosa. Mała gazetka „Osa“ próbowała protestować przy pomocy swego gramofonu, który brzęczał, jak komar nad stawem, ale „Głos Prawdy“ wprawił w ruch olbrzymią syrenę, poruszaną przez maszynę o sile stu koni i zmusił „Osę“ do milczenia. Cztery tysiące artykułów, w których była mowa o rozumie Venturia, o hojności Venturia, o szlachetności Venturia, ukazywały się co godzina i za pośrednictwem telegrafu bez drutu rozsyłane były do wszystkich zakątków kuli ziemskiej. Fala dziennikarska unosiła każdego, kto śmiał sprzeciwiać się wysławianiu i wynoszeniu głośnego właściciela wesołych domów. Podczas tej kampanii padły dwa ministerja, a co najsmutniejsze, stary, poczciwy Kempel, przywódzca partji narodowej, skończył samobójstwem, ponieważ co godzinę oskarżano go o wszelkiego rodzaju zbrodnie.
Ale co robić. Venturio płacił, Kempel zaś był biedny, jak mysz kościelna.
Przypominam sobie, że śmierć jego niezmiernie zmartwiła redaktora „Gazety Południa“.
Biedak płakał ze wzruszenia, a równocześnie kolosalny gramofon z dachu redakcji ryczał na pięć mil wokoło:
— Kempel oszust! Kempel łapownik! Nowa zbrodnia Kempela!...
Mała „Osa“ brzęczała: Mordercy!... Mordercy!... ale tuż koło niej wyła syrena „Głosu Prawdy“ i protestu „Osy“ nikt nie brał w rachubę.
By podtrzymać gorliwość dziennikarzy, Venturio pozwolił im bezpłatnie uczęszczać do wszystkich swoich zakładów i nawet do słynnego pałacu wodotrysków, dokąd za olbrzymią opłatą dopuszczana bywała niewielka tylko liczba wybrańców.
Syndykat nietylko, że dostarczał najpiękniejszych kobiet ze wszystkich stron świata, lecz i wychowywał je, przygotowywał w specjalnych szkółkach. Tutaj formowano ciało i psyche dziewczat, a że dzieło to prowadzono pod doświadczonym kierunkiem uczonych psychologów i wybitnych artystów, syndykat po wieloletnich staraniach doszedł do tego, iż wytworzył nową rasę kobiet, na wzór bogiń i nimf świata mitologicznego.
W Heljopolisie kobiety dzieliły ciężką pracę narówni z mężczyznami. Pracowały na ziemi, pod ziemią i w powietrzu. Główny zarząd aeroplanów przyjmował do służby tylko kobiety. W instytucjach rządowych było ich więcej, aniżeli mężczyzn. Po zaciętej walce, kobiety oddawna już zdobyły sobie prawo zajmowania najwyższych stanowisk w zarządzie kraju. Kilkakrotnie ministerjum składało się z samych kobiet, aż wreszcie zewnętrznie i duchowo upodobniły się one najzupełniej do mężczyzn.
Płeć wymierała i powstawała nowa istota, którą w mowie potocznej nazywano man. Można było cały rok przesiedzieć w jakiemś biurze z kolegą, ubranym, jak wszyscy, w granatową bluzę i szerokie spodnie, nie wiedząc, kto jest ów kolega: mężczyzna, czy kobieta. Ustawiczna, wyczerpująca praca, choroby zawodowe, brak ruchu i powietrza, zatruwanie się najrozmaitszemi środkami pobudzającymi, odbiły się na kobietach ciężej, aniżeli na mężczyznach. Późnym wieczorem, gdy many przepełniali labirynt ulic i zaułków, zalanych jaskrawem światłem słońc elektrycznych, zdawało się, jakby wszyscy ci ludzie o szarych twarzach, o znużonych i nabrzękniętych oczach, wykonani byli według jednego i tego samego wzoru, w jednej i tej samej fabryce. Niepodobna było określić ani wieku, ani płci. Miłość, opiewana przez poetów minionych wieków, oddawna już wymarła. Zpoczątku, nakształt bluszczu, wiła się dokoła maszyn, potem liście jej pożółkły, zwiędły i opadły. Miłość, jako przeżytek, wybuchała niekiedy jasnem płomieniem, zdarzało się, iż wywoływała starą zazdrość i doprowadzała nawet do zbrodni, ale zazwyczaj kobiety i mężczyźni schodzili się i rozchodzili, szukając w swem towarzystwie chwilowej przyjemności, gdy nie było innych rozrywek. Venturio wskrzesił dawną kobietę, nieskończenie różniącą się od mężczyzny, tajemniczą, wrogą. On sam — niski, brzydki, z obwisłym brzuchem, podobny do bożka indyjskiego, mawiał, że w każdej robotnicy, — szarej i nędznej, jak wyschła ziemia, są dane do przetworzenia jej w jednę z takich kobiet, jakiemi syndykat zaludniał swe zakłady i pałace.
W miesiąc po otworzeniu przez Venturia ogrodów syndykatu dla przedstawicieli prasy, wszyscy, począwszy od króla, a skończywszy na najostatniejszym żebraku, spostrzegli, że trzeba koniecznie postawić pomnik. Jeden z posłów, przez dwadzieścia lat wyczekujący na tekę ministra, wypowiedział w parlamencie wielką mowę o zasługach Venturia i sposobie uwiecznienia jego nazwiska. Nikt nie protestował. Kandydat na ministra zażądał jawnego głosowania „abyśmy mogli sprawdzić, — jak mówił — nazwiska tych, którzy będą przeciwni chwale narodu“. Wniosek został przyjęty jednogłośnie.
Z sali obrad wyszedł jeden tylko poseł: siemdziesięcioletni starzec, który przed wielu laty wygrał był wielką bitwę w Afryce i ocalił Heljopolis od zguby. Nie chcąc, by imię jego zostało obrzucone błotem, bohater narodowy odebrał sobie życie, wysławszy uprzednio listy do redakcji z prośbą, ażeby o nim nic nie pisano. Ostatnia jego wola była święcie wypełniona, i tylko 69 gazet nazwało go starym, zniedołężniałym idjotą i zwyrodniałym rozpustnikiem.
Za pieniądze, zebrane na listę narodową, właścicielowi domów rozpusty wzniesiono pomnik z bronzu i marmuru. Venturio sam uwieńczył swoją bronzową postać laurowym wieńcem, a gdy ów mały, łysy człowieczek z obwisłym brzuchem, wdrapał się po drabinie na plecy posągu, wielotysięczny tłum, który mówi zawsze to, co mówią dzienniki, krzyczał z radości, sławiąc imię wielkiego Venturia.
Taka to była w Heljopolisie siła prasy. Piszę to nie przez próżność, jak niektórzy mogą pomyśleć, lecz dlatego jedynie, by ludzie przyszłości wiedzieli, jaki to był ostatni, wielki czyn wszechświatowej prasy.
Tego dnia, gdy poraz pierwszy usłyszałem o komecie, konserwatyści pobili się z radykałami i nasz sprawozdawca parlamentarny, profesor uniwersytetu heljopoliskiego, siedząc naprzeciw mnie na rogu biurka, opowiadał o tym wypadku tak, jakby walczyli nie żywi ludzie, lecz wstępowały w bój paragrafy, artykuły i punkty „prawa o konstytucji“. Taki sposób przedstawiania rzeczy nazywał analizą jurydyczną.
— Cały ten skandal wywołał paragraf Nr 27, szczęście tylko, że przypisek do artykułu 94 dawał możność wystawienia kwestii o głosowaniu, ale tutaj zepsuł wszystko punkt 5...
Nudziarz był okropny, a rozmowa z nim nie sprawiała żadnej przyjemności.
Nagle zadzwonił telefon.
— Mówi obserwatorjum. Dokonano właśnie obliczeń elementów komety B; spotkanie, jak się zdaje, jest nieuniknione.
— Spotkanie? z czem?
— Z ziemią. Słucha mię pan? Dnia 25 lub 27 sierpnia przejdziemy... końca zdania nie dosłyszałem.
— O co chodzi? — zapytał profesor. — Zapewne rezultat głosowania?
— Ależ nie! Obserwatorium zawiadamia, że ziemia spotka się z jakąś tam kometą.
— Plotą trzy po trzy. Daj mi pan czterysta wierszy, napiszę artykuł o paragrafie 94.
Naczelny redaktor rzucił wzmiankę o komecie do kosza.
— Znamy się na tem. Niech naprzód zapłacą za tysiąc wierszy po podwyższonej cenie.
— Ależ to obserwatorium.
— Posłuchaj, Vittorino, mnie pan w pole nie wyprowadzisz, — redaktor podniósłszy z nad rękopisu małe, zmrużone oczy. — Na 26 sierpnia wyznaczone są wyścigi aeroplanów. Kto chce zepsuć interes, musi zapłacić.
Z tych, czy też z innych jakich względów, ani jedna większa gazeta nie zamieściła wiadomości o ukazaniu się komety, a gdy gramofony nad oknami tanich pism, nie wywierających wpływu na bieg polityki wszechświatowej, krzyczały:
— Zagląda ziemi! Pożar świata! Pozostaje nam jeszcze sześćdziesiąt dni życia!... Wrzask ich zagłuszał ryk syren „Wiadomości Heljopoliskich“, oraz innych wydawnictw ze znaczeniem.
Mimo to jednak, wiadomości o ukazaniu się komety niesłychanie szybko rozeszła się po całym Heljopolisie.
Przedewszystkiem podnieśli krzyk mistycy, teozofowie i medja.
W Heljopolisie nie było religji panującej; każdemu obywatelowi jednak, w wieku lat 25, prawo nakazywało wybrać sobie którekolwiek z wyznań i trwać przy niem przynajmniej w ciągu jednego roku. Według urzędowych spisów ludności, olbrzymia większość była chrześcijanami, nie mając wszakże najmniejszego pojęcia, na czem polega jego wiara i jakie obowiązki chrześcijaństwo nakłada na człowieka.
Na placu Gwiazdy i na przylegających do niego ulicach i zaułkach, zawsze można było spotkać gwarne tłumy, ściągające tu dla dokonania wyboru wiary. Inni przychodzili tutaj, by przedstawić nową, przez siebie wynalezioną religję, lub znaleźć naśladowców. Świątynie wszystkich wieków i narodów tworzyły tu labirynt, wśród którego beznadziejnie błąkały się tysiące ludzi, szukających bóstwa.
Kapłani Ozyrysa tłoczyli się na stopniach szerokich, marmurowych schodów, które zdobiły dwa szeregi lwów z twarzami kobiet. W świątyni Ozyrysa, dokąd wchodziło się przez wąskie, trójkątne drzwiczki, było ciemno i zimno, jak w opuszczonej studni. W srebrnych wazach stała mętna woda z Nilu, którą chorzy okładali zbolałe członki; opasłe, czarne koty, przeraźliwie miaucząc, biegały pomiędzy szeregami marmurowych trumien, w których spoczywały zabalsamowane ciała bogatych wyznawców starożytnej egipskiej religji.
Kapłani Ozyrysa w długich, białych szatach, ujętych złotymi pasami, kłócili się wciąż z kręcącymi się tu derwiszami, którzy wariowali w okrągłym pawilonie naprzeciw; ostry dach pawilonu podtrzymywały dwa rzędy kolumn, a z ulicy widać było dziesiątki obszarpanych, brudnych ludzi, kręcących się we wściekłym tańcu, albo też z pobladłemi, szaremi twarzami rozciągniętych na wydeptanym piasku.
Na placyku pomiędzy świątynią Ozyrysa, a pawilonem derwiszów nauczał ateusz Ploomper, miarkujący się prorokiem. Nosił on szeroką, czerwoną togę i siadywał pod baldachimem przy stole, założonym stosami książek, broszur i proklamacji, w których negował wszystkie religie, nowe i stare. Taniec derwiszów przechodził niekiedy w jakiś żywiołowy pęd; porywał on widzów, jak wicher porywa i unosi suche liście; koło pląsających gwałtownie się rozszerzało, występując poza kolumny pawilonu; tworzyły się coraz to nowe kręgi i czasem zdarzało się, że i ateusz Ploomper w swojej rozwiewającej się todze i biali kapłani Ozyrysa kręcili się po placyku aż do ostatniego tchnienia.
Olbrzymia, biała świątynia Zeusa Gromowładnego zasłaniała sobą dwa rzędy domów w których mieszkali wierzący w Coś. Lśniące złomy marmuru pokrywały złocone płaskorzeźby, przedstawiające boga bogów, przy wejściu siedzieli prorocy i handlarze amuletów.
Wierzący w Coś dzielili się na 36 sekt i codziennie urządzali publiczne dysertacje na placu za świątynią Zeusa. Odróżniali się oni kolorem odzieży, gdyż inaczej z łatwością można ich było pomieszać, cała bowiem różnica w pojęciach najbardziej nawet krańcowych pomiędzy nimi — zielonych i czerwonych — polegała na tem, iż zieloni uważali Wielkie Coś za poznawalne, a czerwoni nie za poznawalne, lecz za uznawalne. Kapłani ich podobni byli do pieniaczy, toczących wieczne procesy z niebem. Każdemu nawróconemu na ich wiarę otwierali wolny wstęp do swych bibljotek, oraz archiwum zakurzonych rękopisów, pozwalając grzebać się we wszystkich tych sprzecznych dokumentach, ile tylko dusza zapragnie.
W sąsiednim wąskim, ciemnym, krytym szkłem zaułku lokowały się biura medjów i jasnowidzących, którzy za niewielką opłatą podejmowali się skomunikowania ze światem zagrobowym. W zaułku tym panowała szczególna mieszanina żywych i umarłych.
— Kto chce pomówić z duchem młodej dziewczyny, zmarłej przed 200 laty... Z egipcjaninem z czasów pierwszych faraonów! Duch ojca bankiera Girfelda wzywa syna... Może komu jest potrzebny Karol XII?
Wszystko to wykrzykiwały dziesiątki zaaferowanych oficjalistów, ukazując się na balkonach i we drzwiach biur.
W poczekalniach, na wyplatanych kanapach, przy okrągłych stołach, na których leżały porozkładane fotografje duchów, siedzieli zawsze interesanci, czekający na swoją kolej.
Medja często kłóciły się ze sobą, ponieważ codziennie prawie zdarzało się, iż jeden i ten sam duch ukazywał się równocześnie w dziesięciu biurach, ku wielkiemu zgorszeniu odbiorców tej nadprzyrodzonej gałęzi przemysłu. Pieniacze z dzielnicy wierzących w Coś przychodzili również co chwilę do medjów i wszczynali z nimi kłótnie, w których brały udział i duchy zmarłych.
Kryta ulica medjów wychodziła na placyk, wybrukowany różowym marmurem. Na placyku tym wznosiła się świątynia Człowieka. W Heljopolisie było mnóstwo ludzi, którzy uważali się za bogów, ale niewielu z nich jedynie decydowało się przyjmować ofiary i pokłony od pochlebców w świątyni za ulicą medjów. W południowej części świątyni znajdowało się podziemie samobójców. Tutaj, na długim szeregu szarych, marmurowych tafli, spoczywały ciała tych, którzy na pewien czas tylko wycofywali się z życia. Takim samobójcom kapłani w świątyni Człowieka wprowadzali do krwi specjalny eliksir niebytu; sen przychodził nie zaraz, lecz po jakichś dwóch, trzech dniach, a czasem nawet dopiero po miesiącu. W tym czasie samobójca zwolna zamieniał się w trupa; słabł wzrok, słuch, przytępiała się wrażliwość na ból; zupełny bezwład ciała następował wcześniej, a wkrótce potem zamierało życie duchowe. W podziemiu samobójców znajdowało się zawsze kilka trupów, w których błyszczała świadomość, jak promień zachodu w ciemnej fali wodnej. Najczęściej umierano na dziesięć lat, ale byli i tacy, którzy pragnęli zbudzić się dopiero po stu latach — ostatecznym terminie działania eliksiru niebytu. Po przebudzeniu się, samobójcy żyli tak długo, jakby mieli żyć, nie przerywając życia.
Rząd bardzo często mianował urzędników na przyszłe dziesięciolecie tak samo, jakby wysyłał ich z poleceniem na krańce państwa; tacy urzędnicy pobierali całą należną im pensję, dyjety i wiorstowe. W każdem ministerjum była specjalnie dla nich wyznaczana piwnica, gdzie leżały dziesiątki i setki poważnych, nieruchomych ludzi, ściskając w pożółkłych, skamieniałych rękach napakowane papierami portfele i paczki, które mieli przedstawić po swem zmartwychwstaniu. Czasami w papierach znajdowały się rozporządzenia, dotyczące przestępców, którzy zdążyli zażyć eliksiru niebytu i pomieszczeni byli w osobnym oddziale przy centralnem więzieniu. Zdarzało się, że gdy nikt nie wiedział, kiedy zbudzi się jakiś znaczniejszy przestępca, posyłano za nim dwóch lub trzech urzędników, zaopatrzonych w jaknajrozleglejsze plenipotencje. Podczas procesu słynnego Këtmena, który przekupił cały parlament, podsądny w przeddzień ogłoszenia wyroku zasnął na 80 lat. Ze względu na wyjątkowe znaczenie sprawy, w pogoń za oskarżonym wysłano sędziów, obrońców i prokuratora. Wszyscy oni leżeli jeden koło drugiego w bocznym korytarzu pałacu sprawiedliwości, a że jest tam dość ciasno, zatem Këtmena umieścili pod generalnym prokuratorem, a zwierzchu nakładli wszystkie akta jego procesu.
W świątyni Człowieka spoczywały ciała tylko tych samobójców, którzy mogli dobrze zapłacić za miejsce. Kapłani ciągnęli niezłe poboczne dochody z pokazywania trupów zwiedzającym podziemia, a opowiadali przytem o zmarłych niestworzone historje. Pewnego, wielkiej zacności filantropa, który zapragnął na przeciąg stu lat przejść w krainę niebytu, ażeby módz na własne oczy zobaczyć, co się stanie z ufundowanemi przezeń instytucjami, słudzy świątyni obdarli ze czci i wiary do tego stopnia, że nazwisko zmarłego stało się synonimem wszystkich hultai i oszustów.
Zdarzało się, iż przerywali sobie czasowo życie zakochani, z zastrzeżeniem, by aż do zmartwychwstania ciała ich spoczywały koło siebie. Kapłani jednak przez lenistwo poplątali wszystkie miejsca i sam byłem świadkiem, jak pewien młodzieniec, który zasnął był przed pół wiekiem, zbudziwszy się, błagał dozorcę cmentarnego, by mu niezwłocznie odszukał jakąś Elzę, z którą kochanek zasnął ręka w rękę.
— Wszystko jej poświęciłem, — jęczał nieszczęsny, — nie mam dokąd i nie mam poco iść z tej świątyni!
Gruby kapłan, wsunąwszy ręce za złoty pas, obojętnie słuchał żalów młodzieńca.
— Wybierz pan sobie inną; jutro zbudzi się ta oto śliczna panienka, w rogu, pod okrągłem oknem. Cóż? Nie podoba się panu? Ależ przypatrz się pan uważnie. Towarzysza jej już dwadzieścia lat temu przenieśliśmy do piwnicy pod świątynią, ponieważ tutaj obok trzeba było zrobić miejsce dla pewnego jubilera. Wierz mi pan, nie jest nic a nic gorszą od twojej Elzy.
Kochanek ani chciał o tem słyszeć.
— Elzo! Elzo! — wołał, pochylając się nad kamiennemi taflami.
— Zdaje mi się, że napróżno się pan trudzisz. Ona odeszła, jak i tylu innych. Skąd pan możesz wiedzieć, na ile lat miała zasnąć? Teraz twoja ukochana ma pewno dzieci, a kto wie — może nawet i wnuki.
Kapłan zwrócił się do mnie:
— Spójrz pan tam, naprawo, gdzie pada promień słońca; od dwudziestu lat leży tam umarły; jaki ma szczęśliwy wyraz twarzy. Kiedy przyszedł tutaj, miał troje dzieci, dwóch synów i córkę, które wychowywał według jakiegoś specjalnego, przez siebie wynalezionego systemu. Ten dziwak marzył, że jego dzieci wyrosną na świętych, albo na bohaterów i pragnął, zbudziwszy się, usłyszeć o ich sławie i bogobojności. Pamiętam doskonale, jak wszyscy czworo stali tu, w tem samem miejscu, gdzie my teraz stoimy...
Kapłan poprawił osuniętą rękę poety, który zesztywniał na sto lat, by ujrzeć wielkie swoje dzieło, i skierował się ku wyjściu.
— Zaczekaj pan! Zaczekaj! A zakończenie tej historji! — Krzyknąłem za nim.
— Najstarszy syn zapił się na śmierć, młodszy jest lichwiarzem, córka — gdzieś u Venturia...
Grabarze na zwyczajnych cmentarzach nie byli mniej obojętni na ludzkie cierpienia i nieszczęścia, aniżeli kapłani w świątyni Człowieka, ci ostatni bowiem widywali nietylko śmierć, lecz i zmartwychwstanie, które niejednokrotnie bywało stokroć gorsze od samej śmierci.
W Heljopolisie znajdowała się cała sekta zasypiających, którzy czekali na zapanowanie na ziemi państwa Bożego, sprawiedliwości i miłości. Tymczasem jednak, nie mając najmniejszej ochoty mieszać się do biegu historji, zasypiali na trzydzieści trzy lata w suchych i ciepłych piwnicach pod halami targowemi; był to lokal bardzo wygodny, oświetlony dwoma rzędami wąskich okien, opatrzonych żelaznemi kratami. Wyczekujacy nastania państwa Bożego budzili się po to tylko, by zobaczyć, do jakiego stopnia doskonałości doszła już ludzkość.
Przekonawszy się, że wszystko jest po staremu, albo nawet gorzej, niż dawniej, zaczynali wymyślać, prawili kazania, nauki moralne i wszczynali taki gwałt, że trzeba ich było uśmierzać aż przy pomocy policji. Na placu Wiary codziennie można było spotkać kilkunastu takich sekciarzy, którzy zaczepiali przechodniów, namawiając ich do opamiętania się i pokuty. Bladzi, z opuchniętemi twarzami, odziani w białe szaty, w których chcieli się zjawić na święto miłości i sprawiedliwości, ludzie ci wzbudzali powszechną pogardę, będąc przedmiotem złośliwych drwin. Stworzony w ich wyobraźni świat, tak dalece różnił się od rzeczywistego, iż wielu sekciarzy wolało skończyć życie gdzieś w rzece, aniżeli pozostawać wśród mieszkańców Heljopolisu.
Z świątyni człowieka po szerokich, marmurowych schodach o trzystu stopniach schodziło się do dzielnicy, zamieszkałej przez mistyków, magów, proroków, teozofów i wróżbitów.
W tej posępnej dzielnicy, dokąd nigdy prawie nie zaglądało słońce, wygłodniali filozofowie z resztek dawnych wierzeń wykrawali nowe systematy religijne; tutaj można było zamówić sobie bóstwo według własnego gustu, zupełnie tak samo, jak się obstalowuje meble, lub ubranie.
Zgodnie z rozporządzeniem parlamentu heljopoliskiego, cuda wolno było robić tylko w specjalnym lokalu, dokąd widzów wpuszczano za drobną opłatą. Tam, na podwórzu, wybrukowanem czerwonym kamieniem, traciły swą moc wszystkie prawa przyrody. W ciągu kilku minut wyrastały krzaki, a nawet całe drzewa, rzucone w górę kamienie nie wracały na ziemię; w jasny dzień widziało się księżyc i gwiazdy; ludzie unosili się w powietrzu i spacerowali po powierzchni wody w wielkim basenie, który jedną stroną dotykał do muru. Wszystko to były sztuki dla niewymagającego tłumu robotników i majstrów, którzy szeroką falą napływali przez wrota na dziedziniec cudów; dla bardziej wymagających, lub niedowierzających widzów magowie mieli w pogotowiu nierównie bardziej skomplikowane i niepodobne do objaśnienia zjawiska. Jedną z najbardziej zadziwiających sztuk była zamiana osobowości. Pierwszy lepszy biedak za niewielką opłatą mógł się czasowo zamienić, w kogo tylko zapragnął. Znałem pewnego staruszka, buchaltera Zjednoczonego Banku, który każdą wolną chwilę spędzał na dziedzińcu cudów, w nawpółciemnym pokoju, z niskim sufitem, gdzie niepojętym jakimś sposobem, zamieniał się w króla. Ale sztuka magów na tem się jeszcze nie kończyła; mogli oni zamieniać człowieka w jakie kto chciał zwierzę. W ciągu kilku minut gość przeżywał dziwne, niepojęte rzeczy. Widział się to wśród dziewiczych lasów, to wśród pustyni, w głębi oceanu, a nawet na przeróżnych planetach. Wszystkie te obrazy przesuwały się, jak wicher, przed oczyma jego duszy, a gdy zbudził się do rzeczywistego życia, nie chciał wierzyć, iż spał zaledwie dwie, lub trzy minuty.
Nazajutrz po otrzymaniu z obserwatorium wiadomości o ukazaniu się komety, około szóstej wracałem z redakcji i przystanąłem koło świątyni Człowieka, by spojrzeć na niebo. Słońce już zaszło, lecz od zachodu szła srebrzysta światłość tak silna, że wszystkie przedmioty rzucały wyraźne, głębokie cienie. Gmachy za rzeką i aeroplany, krążące nad miastem, wydawały się, jakby spowite w świetlistą mgłę. Komety nie było widać, chociaż w tłumie, który się zgromadził pomiędzy świątynią Ozyrysa, a katedrą ateusza Ploompera, wyciągało się ku niej setki rąk; jedni mówili, że widzą biały ogon komety naprawo, nad linją domów, inni — wprost nad swojemi głowami, inni jeszcze poczytywali za groźną gwiazdę zielone latarnie pocztowego aeroplanu, zwolna lecącego wzdłuż ruin dawnego nasypu kolejowego. Kapłani, teozofowie i inni pośrednicy pomiędzy niebem a ziemią, snujący się po placu, zachowywali się nader dziwnie. Możnaby powiedzieć, że ucieszyło ich ukazanie się złowrogiej komety i niezmiernie szczegółowo, z wielkim zapałem opowiadali o okropnościach, jakich doczekają się ludzie za karę za swoje grzechy. Tuż koło mnie zgromadził się ogromny tłum, by posłuchać, co mówił rozpustny kapłan Klaudiusz, nie mający żadnej religji i służący wszystkim bogom.
— Doigraliście się, — krzyczał Klaudiusz, wymachując czarnym posochem nad głowami słuchaczów. — Zginiecie, boście nie czcili ołtarzy, ani sług nieba, nie pomoże wam teraz ani nauka, ani polityka!... będziecie się modlić i modlitwa was nie zbawi, sąd wydał wyrok i wszyscy jesteście skazani na śmierć w niebieskim płomieniu.
Kapłan zeszedł z pagórka, nie przestając wykrzykiwać bez związku, grożąc i przeklinając. Za nim szła gromada ludzi, z których jedni płakali, drudzy zaś obrzucali Klaudiusza wymysłami, piaskiem i błotem. Jakiś ulicznik, wdrapawszy się na mur, wylał Klaudiuszowi całe wiadro wody na głowę. Idąc dalej placem Wiary, wszędzie widziałem podobne sceny. Tłum widocznie nie zdawał sobie jeszcze dokładnie sprawy z doniosłości przepowiedni, wypowiadanych przez kapłanów, którzy zawsze zresztą mieli zwyczaj straszyć przesądną ludność Heljopolisu okropną zemstą niebios. Ci słudzy ołtarzy podobni byli do właściciela ogrodu zoologicznego, który ma w kieszeni klucz od klatek z drapieżnemi zwierzętami. Każdej chwili można było pootwierać klatki i wypuścić na bezbronną ludność dzikie, wygłodniałe zwierzęta. Przypominając sobie wszystkie wypadki, poprzedzające zagładę ziemi, z wszelką pewnością mogę twierdzić, że panika zaczęła się szerzyć najpierw w dzielnicy Wiary. Kiedy jeszcze w innych częściach miasta, rozłożonego na przestrzeni tysiąca przeszło kwadratowych wiorst, życie szło zwykłym trybem, dokoła świątyni już działy się sceny, przypominające ostatnie dni świata. Olbrzymie tłumy, wśród których przeważały kobiety, rzucały się jak w konwulsjach od jednego ołtarza do drugiego; padano na kolana, tarzano się w prochu na kamiennych płytach, modlono się, lub przeklinano. Miarowe bicie w ogromne, miedziane gongi zlewało się ze śpiewami pogrzebowemi i dzikimi krzykami proroków. Tutaj, u podnóża świątyni Ozyrysa, narodził się ten ślepy strach, który później miljony ludzi popchnął do samobójstwa, zanim jeszcze ziemia spotkała się z kometą.

Pogoda była wciąż prześliczna, a słońce wdzierało się nawet w najbardziej zaciemnione zakątki świątyni. Świetliste plamy kładły się na kamiennych stopniach, na posadzkach i murach, metalowe ozdoby rzucały snopy skrzących się promieni, zalane słonecznem światłem marmurowe posągi wydawały się jakby żywe. Gwarne, barwne tłumy nadawały miastu odświętny wygląd. W świątyni Ozyrysa działy się dziwne sceny; podczas gdy w jednym jej kącie odprawiano uroczyste nabożeństwo, w drugim gromada tkaczów, którzy zbiegli się tu z przedmieścia, rozbijała na drobne kawałki figury bożka, deptała nogami większe złomy i rzucała niemi w kolorowe szyby. Błękitny dym, snujący się z wielkich, bronzowych kadzielnic, mieszał się z ciężką, białą kurzawą, podnoszącą się z rozbitych posągów. Już w tych pierwszych dniach paniki wielu ateuszów znalazło się naraz wśród zastępów wierzących, ludzie religijni zaś zamieniali się niespodzianie w nieprzejednanych wrogów milczących bożków. Zajścia przybrały tak dalece groźny nastrój, iż rząd chciał wysłać do dzielnicy Wiary wojsko i policję; ale że zgodnie z 127 paragrafem praw zasadniczych w Heljopolisie ludziom uzbrojonym nie wolno było wchodzić do świątyń, zatem do parlamentu coprędzej wniesiono projekt do prawa o zniesieniu tego paragrafu „z powodu najzupełniej wyjątkowych okoliczności“, jak było powiedziano w memorjale wyjaśniającym. Na nieszczęście obrady w parlamencie niesłychanie się przeciągnęły, ponieważ leader partji konserwatywnej zamyślił z powodu tej kwestji obalić ministerjum liberalne. Przeciwnicy sprzeczali się tak długo, aż ludzkość została się zupełnie bez religji. Całe miasto zajmowało się wypadkami na placu Gwiazdy więcej, aniżeli kometą, która zresztą dotychczas była widzialną jedynie dla astronomów.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: S. Bielski i tłumacza: nieznany.