Ostatnia przejażdżka we dwoje

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Browning
Tytuł Ostatnia przejażdżka we dwoje
Pochodzenie Nowy Przegląd Literatury i Sztuki 1920 nr 1
Wydawca Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“ SA
Data wydania 1920
Druk Warszawska Drukarnia Wydawnicza
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zenon Przesmycki
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI

Cały Przegląd

Indeks stron
OSTATNIA PRZEJAŻDŻKA WE DWOJE.
(THE LAST RIDE TOGETHER).
I said — Then, dearest, since ’tis so...
I.

Rzekłem — Najdroższa, skoro tak,
Gdy wreszcie znam swej doli szlak,
Gdy nic nie waży miłość ma,
Gdy życia cel się wali z dna,
Gdy tak być musi i nadszedł czas —
Całe me serce hołd ci, cześć,
Błogosławiąco, rwie się nieść!
Nadzieję daną odbierz — chcę
Tylko pamięci o tym śnie
I nadto — prośby nie bierz za złe —
Jedź ze mną konno ostatni raz.


II.

Pani ma czoło chyli w dół,
Te ciemne oczy, gdzie nawpół
Duma się skrzy i dobroć drga,
Wlepiła we mnie, mgnienie, dwa,
Ważąc śmierć, życie: dobrze! — Ach!
Krew mi zawrzała siecią żył;
Niepróżny więc ten pomysł był:
Z panią mą oto będę mógł
Razem oddychać, mknąć przez smug,
Dzień jeszcze jeden jam znów jak bóg.
W wieczór — snadź runie świata gmach.


III.

Cyt! znasz ten chmur zachodnich pas,
Falisto-pierśnych, które wraz
Słońca, księżyca wieńczy blask
I wieczornicy pełnej łask — ?
Gdyś patrzał w nie w miłosnym śnie,
Uczucie-ś miał, że twój to szał
Tę chmur, słońc, gwiazd wichurę zwiał
I ściągał k’tobie lśnień tych sklep,
Aż ciało mdlało z bliskości nieb! —
Tak, na lęk gnąc się — z szczęścia-m ślepł! —
Mig się o piersi wsparła me.


IV.

Pomknęli-m. Duch znękany mój
Wygładzał się, jak zmięty zwój,
Furkocąc, chłonąc w wiatru tchach,
Rozwiał się dawnych nadziej gmach.
Z chybionem życiem czyż walczyć czas?
Gdybym to zrobił, tamto rzekł,
Wygraćbym mógł, lub przegrać bieg.
Mogłaż mnie kochać? czemuż nie?
Lecz nienawidzieć — też! któż wie?
W razie najgorszym, dziś byłbym — gdzie?
A oto kłusujem, dwoje nas.


V.

Błądziłżem w słowach, czynach sam?
Zabiega każdy — któż rzekł: mam? —
Mknęlim; duch śnił, by zkąd-ś od gwiazd,
Czar nowych krain, nowych miast,
Gdy wkrąg pomykał obszar ziem.
Myślałem: — Wciąż się trudzi człek,
Wciąż dźwiga z toni klęsk na brzeg.
Kres trudów tych? Porównaj-no:
Zamierzeń moc, dokonań źdźbło,
Dziś — i wiar, snów minionych tło!
Jam śnił: pokocha; a oto mkniem.


VI.

Dłoń z mózgiem w parze — widziałż czas?
Któż z nas miał myśl i śmiałość wraz?

Kiedyż pełń ducha wcielił czyn?
Byłż kto, co nie czuł ciała win? —
Jedziem — i widzę, jak pierś jej drga.
Moc wieńców świat ma — jeno dąż!
Pięć słów i w każdem stanu mąż!
Sztandar utkwiony w kości stos,
Żołnierski czyn! Cóż zań da los?
Że go wymieni Opactwa cios?
Darujcie! lepsza przejażdżka ma.


VII.

Co to ma znaczyć, wieszczu? Tak,
Twój mózg drga w rytm, jak skrzydły ptak,
Co czulim ledwie, mówisz nam;
Że piękno wszystkiem, rzekłeś sam
I w rymów pary zakląłeś je.
To coś, to nawet dużo — lecz
Posiadłżeś sam najlepszą rzecz?
Czyś — biedny, chory, łup wczesnych zim —
Bliższy choć krztę wyżynom swym,
Niż my, dla których tajnią rym?
Śpiewaj upojny szał jazd! Ja mknę.


VIII.

A ty rzeźbiarzu wielki — szmat
Sztuce-ś dał życia, rab a rad,
I ot twa Wenus — patrzymż w nią?
Nie — w lica dziew, co w żarach brną!
Godzisz się? mnie-ż podnosić żal?
A cóż, muzyku — włos jak śnieg,
Śród nut, bez słów spędziłeś wiek.
Nagrodą-ż ci tej chwalby chłód:
„Melodyi cud w swych dziełach splótł,
Lecz znamy kres przecie muzycznych mód!”
Jam oddał młodość; lecz mkniem dziś w dal.


IX.

Cóż dobre dla nas? Gdyby los
Zlać szczęście chciał, bym w bezbrzeż wzrosł

Jestestwem całem, — jeszcze wszak
Trzaby żyć nadto tak lub tak;
Szczęście mieć, by z niem mrzeć, czcza to mqła.
Stawiąc, gdzieś, kiedyś, krok u met,
Gdy duch w krainę chwały wszedł,
Jak dostrzedz to? Gdzież dowód, znak?
Drżąc przed zagadką padam wspak.
Ziemia tak dobra? Czemż nieba szlak?
Dziś nią i niebem — przejażdżka ta.


X.

Lecz — ona milczy długo zbyt! —
Cóż — jeśli niebem wieczny świt
Piękna i mocy, wzrok, co tkwi,
Gdzie życia kwiat raz pierwszy lśni,
I opętanie takim snem?
Cóż — gdyby wciąż mknąć przed się tak,
Życiem odwiecznem, wciąż nowem wszak,
Różnem nie treścią, lecz uczuć skrą,
Gdy każdy mig — wieczności dno,
Cóż — jeśli niebem to, że z nią
Mkniem, mkniem we dwoje, na wieki mkniem?

ROBERT BROWNING.
przełożył
Miriam.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Zenon Przesmycki, Robert Browning.