Ordynat Michorowski/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

— Romny palą się! Gorzelnia ordynacka płonie! Parowe młyny! — rozlegały się po okolicy przerażone głosy.
W jaskrawem świetle pożogi bielały w oddali mury bliższych folwarków. Jasność, żar piekący rozdzierał noc na daleką przestrzeń.
Śniegi, leżące blizko ognia, stajały, w brudnych kałużach odbijając gorące łuny. Rozżarzone głownie, warkocze iskier - z sykiem grzęzły w błocie, buchając resztkami ognia, jak zmęczone bestje pianą. Zdawało się, że słońce spadło na ziemię, rozprysło i skłębia się, ciska w górę, rzucając dokoła swe zabójcze pasma, niby macki potworu.
Wyniosłe baszty i wieżyce ordynackiej siedziby rozbłysły w świetle.
Róż wsiąknął w mury; krwawo świeciły szyby okien.
Z wielkiej bramy sklepionej wypadł ostrym galopem mały orszak konnych, i gnał do pożaru fantastyczny, jak hufiec upiórów. Na czele biegł koń czarny, zziajany, z rozwianą gęstwą ogona i grzywy. Pożar grał mu w źrenicach; nozdrza niosły pochodnie. Cwałował naprzód, świecąc marmurową piersią. Unosił na grzbiecie smukłą sylwetkę jeźdźca, w rozniesionej przez pęd burce, spiętej tylko na ramionach.
Już dopadali pożaru, gdy zastąpił im drogę inny jeździec, bez czapki, z osmaloną czupryną i okopconą twarzą. Konie, wstrzymane gwałtownie, stanęły dęba. Zapytania i odpowiedzi skrzyżowały się:
— Jaki powód?
— Podpalone... wszystkie rogi zajęte. Obcy ludzie... dowodzą agitatorzy!
— Wszystkie straże są?
— Tak panie ordynacie.
— Ratować domy robotników i służby; od fabryk odstąpić. Żywo!
— Młyny zgorzały. Ale spirytus, panie ordynacie!...
— Słuchać komendy. Ludzie ważniejsi. Na miejsce Badowicz!
Głos brzmiał spokojnie, lecz stanowczo.
W tej chwili właśnie pękł zbiornik alkoholu. Oślepiająca rakieta, piorunowym grzmotem cisnęła się pod różowy strop nieba i potoczyła z góry, warcząc przeraźliwie, wprost na ordynata.
Olbrzymi strzelec i dwaj inni gwałtownie odciągnęli karego wierzchowca daleko na stronę. Oniemieli z przestrachu, bladzi, wydali okropny okrzyk zgrozy.
— Panie ordynacie... dalej... dalej! — Tu ogień dosięgnie!
— Dziękuję wam. Brunon i Jur do pożaru; ratować mieszkania! Pan do naczelnika straży na pomoc.
Łowczy Urbański skłonił się.
— Ale, panie ordynacie: samemu niebezpiecznie... obcy ludzie... bunt.
— Proszę być spokojnym.
Ordynat został sam. Silnie trzymał rozgorączkowanego konia, lecz Apollo walił kopytami, bryzgając błotem. Chrapał wściekle, przysiadał na tylnych nogach, z nozdrzy ział ogniem.
Z pod czarnej czapki ordynata szare oczy błyszczały jaśnią pożaru. Brwi miał zmarszczone w gęsty łuk. Smagła, szczupła twarz zabarwiła się ogniście. Patrzał w rozpętaną przemoc ognia spokojniej od Apolla, tylko nozdrza latały mu prędko, podniecone wewnętrzną gorączką i swędem spalenizny.
— Co ja im zrobiłem?... Czy to zemsta? Za co... myślał poruszony.
— Agitatorstwo... bunt... Więc fala przyszła i tu?!
Uśmiech ironiczny błąkał się na jego ustach, przemknął po wydatnych rysach i zawieją sarkazmu omglił szare źrenice.
— Bydło! — wyrzuciły skrzywione wargi. — A przecież mają naukę; daję im ją — myślał z goryczą.
— Owczy pęd! I jeszcze słabe mózgi!
Już był podniecony ideą ocalenia zbłąkanych tłumów.
Ostrogami trącił Apolla, ruszył obcesem w huczące masy ludu, w burzę ognia i dymów.
Lecz powstrzymał go olbrzymi Jur, chwytając konia za uzdę.
— Jaśnie panie!... tam nie można.. tam grożą... przeklinają.
Ordynat parł naprzód.
— Kogo przeklinają? Mnie?
— Jaśnie pana... to podlecy!
— No dobrze. Mówiłem ci: ratować mieszkania! Ruszaj do pożaru!
— Jaśnie panie.
— Ruszaj!...
Głos ordynata zasyczał, Jur znikł w tłumie.
— Zabawna historja! myślał Michorowski. — Tego jeszcze nie widziałem. Ciekawym!
I z uśmieszkiem lekceważącym wtłoczył konia w skłębione rojowisko ludzkie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.