Oliwer Twist/Tom I/Rozdział XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIV.

Krótki, lecz bardzo ważny na przyszłość.

Kobieta, która spokojność i błogość pani Corney tak niemiło przerwała, niebyła niestósownym zwiastunem śmierci. Wiek postać jéj nagiął, nachylił, udar członki jéj poraził, władzy pozbawił, a oblicze wykrzywione, poorane, dziwnie pomarszczone, zdawało się być raczéj utworem dziwacznym jakiegoś dzikiego pęzla, jak dziełem twórczéj przyrody.
Boże! jakżeż mało twarzy mamy, któreby nas tą pięknością rozweselały, jaką przyroda je pierwotnie ustroiła!
Troski, zgryzoty, dolegliwości najrozmaitsze świata zmieniają je w krótce, podobnie jak i serca nasze; i tylko wtedy, gdy namiętności zasną, i władzę swoję na zawsze utracą, owe chmury posępne się rozpraszają, i błękit nieba czysty, pogodny, za sobą zostawiają.
Jest to widowiskiem bardzo zwyczajném, że oblicza umarłych w tym stanie śmiertelnego otrętwienia, pewnego wyrazu nabierają, który je bardzo dawno, w czasach marzącego jeszcze dziecieństwa zdobił, i przez to wiele podobieństwa do pierwszych lat swéj młodości na powrót zyskują. One się wtedy tak spokojne, tak miłe i łagodne na powrót stają, że ci, którzy ich z czasów błogiéj młodości jeszcze znali, z czcią i uszanowaniem koło zwłoków ich klękają, i w nich samych aniołów na ziemi upatrują.
Stara kobiecina szła tedy jak tylko mogła najśpieszniéj przez kilka sieni i parę schodów do góry, mrucząc sobie coś pod nosem niezrozumiale, w odpowiedzi niejako na ciągłe zrzędzenie swéj towarzyszki, oddała jéj świece, gdy się na chwile zatrzymać musiała, aby cokolwiek odetchnąć i sił nabrać, i pozostała w tyle, chcąc się za nią wtedy dopiero udać, gdy do sił przyjdzie, a żwawa jeszcze dozorczyni roboczego domu żywo tymczasem daléj pośpieszała, i ku izbie, w któréj konająca leżała, kroki swe zwróciła.
Była to izba na poddaszu, nędzna, zimna, o jednéj, lichéj lampie, tlejącéj w kącie.
Koło łóżka siedziała druga staruszka, a uczeń gminowego lekarza stał przy kominku, zarzynając sobie piórko do zębów.
— Noc bardzo zimna, pani Corney!
Ozwał się ten młody człowiek, gdy do izby weszła.
— Prawda, że bardzo zimna!
Odpowiedziała mu jak najgrzeczniéj i dygnęła.
— Powinnibyście się o lepsze węgle postarać, — mówił daléj uczeń lekarza, tłukąc parę stopionych kawałków węgla końcem zardzewiałéj łopatki od ognia; — te węgle na nic się nie zdadzą przy takim mrozie.
— Ja się nimi wcale nie trudnię, mój panie; — odparła gospodyni domu roboczego; — zbór je sam wybiera i godzi. Jeżeli coś dla nas uczynić może, to chyba to, żeby nas przynajmniéj ciepło trzymał, gdyż nasze obowiązki są i tak dosyć uciążliwe.
Jęk stłumiony konającéj przerwał téj chwili rozmowę.
— A!
Zawołał młodzieniec, obróciwszy się do łóżka, jakby sobie teraz dopiero konającą przypomniał.
— Już dogorywa, pani Corney!
— Doprawdy? — spytała zacna gospodyni.
— Mocno by mię dziwiło, gdyby jeszcze kilka godzin pożyła, — odpowiedział uczeń lekarza, kończąc piórko do zębów. — Już wszystkie władze jéj ciała ustają. Czy zasnęła może, stara?
Staruszka zagadnięta nachyliła się na łóżko i kiwnęła głową na znak potwierdzenia.
— A więc może w tym śnie i na tamten świat się przeniesie, jeżeli nie będziecie robić hałasu i jéj więcéj nieprzebudzicie, — odpowiedział młodzieniec. — Postawcie światło na podłodze, aby jéj w oczy nie biło.
Stara dozorczyni uczyniła to natychmiast co jéj nakazano; lecz głową przytém wstrząsnęła, chcąc niby przez to dać do zrozumienia, że ta kobieta tak prędko nie skona, jakby się zdawało; poczém na swojém miejscu obok drugiéj dozorczyni na powrót usiadła, która podten czas także powróciła.
Pani Corney otuliła się mocniéj w swoję chustkę wełnianą z wyrazem wielkiéj niecierpliwości i usiadła sobie u nóg łóżka.
Uczeń lekarza, dokończywszy robotę swego piórka od zębów, stanął blizko przed ogniem, i zrobił natychmiast użytek ze swego wyrobu, przekłuwając sobie nim zęby przez dziesięć minut blizko; poczém mu się zapewnie spać zachcieć musiało, gdyż panią Corney pożegnał, życząc jéj dobréj zabawy i dobréj nocy, i na palcach się z izby wyniósł.
Obie dozorczynie stare przesiedziawszy przez czas niejaki przy łóżku w milczeniu, wstały nakoniec, zbliżyły się do kominka, przyklękły koło ognia, i zaczęły sobie grzać przy nim ręce wyschłe, pomarszczone. Przy tym płomieniu sinym, niebieskawym, twarze ich zapadnięte, starością wycieńczone, okropnie wyglądały, niby oblicza duchów, strachów nocnych;.... w téj postawie rozpoczęły międzą sobą po cichu następną rozmowę:
— No i cóż Hanno, czy nic więcéj nie powiedziała, kiedym po panią Corney chodziła?
Zapytała towarzyszki ta, którą po gospodynię domu roboczego wysłano.
— Ani słówka, — odpowiedziała jéj towarzyszka. — Zaczęła tylko drżyć i skubać się po rękach i piersi przez czas niejaki,.... ale ja ją za ręce chwyciłam, a ona się wkrótce uspokoiła. Już nie wiele sił ma w sobie;.... mogłam jéj przeto wnet dać radę. Nie jestem ja jeszcze tak słaba na moje stare lata, przy tém życiu nędzném na koszta Gminy!.... oj nie! nie!
— A czy wypiła to wino przygrzane, które jéj lekarz przepisał? — zapytała pierwsza.
— Chciałam go w nią wlać, — odpowiedziała druga, — ale ona miała zęby tak mocno ścięte, i szczęki zaciśnięte, że niepodobna było ani kropelki w usta jéj przecedzić. Wypiłam go zatém sama i spodziewam się, że mi na złe nie wyjdzie.
Obejrzawszy się potém ostrożnie na około, aby się zapewnić, że ich nikt słyszeć niemoże, te dwie czarownice bliżéj jeszcze do ognia się przysunęły, i serdecznie rozśmiały.
— Pamiętam ja dobrze te czasy, — rzekła pierwsza, — kiedyby ona sama to była uczyniła, i jeszcze się dobrze z tego naśmiała.
— Oj to prawda!.... to prawda! — odpowiedziała druga; — ona bardzo lubiła podobne żarciki! Nie jedno ciałko ładne ona już wyciągnęła, a takie toczne i krągłe jakby z wosku.... Widziałam to nieraz na moje własne stare oczy, a te ręce stare ich się także dotykały, gdyż ja jéj nieraz w téj pracy pomagałam.
Stara czarownica to mówiąc, palce swoje drżące przed siebie wyciągnęła, podniosła je równo z twarzą, pokiwała niemi kilkakrotnie, a potém zatopiwszy je do kieszeni, dobyła z niéj staroświeckiéj, wytartéj, wypłowiałéj tabakierki, z któréj kilka ziarnek tabaki na dłoń swéj towarzyszcze, a kilka więcéj na dłoń własną wysypała.
Kiedy się te dwie staruszki w taki sposób z sobą zabawiały, pani Corney, zniecierpliwiona nadzwyczajnie tém długiém czekaniem na ocknięcie się owéj kobiety umierającéj ze swego snu i otrętwienia, zbliżyła się do nich do ognia, i zapytała opryskliwie: jak długo jeszcze będzie czekać musiała?
— Nie długo, moja pani, nie długo! — odpowiedziała druga staruszka, podnosząc na nią swe oczy. — My wszyscy nie długo mamy na śmierć naszą czekać. Cierpliwości tylko, cierpliwości! Już ona dość wcześnie wszystkich nas dosięgnie!
— Milcz lepiéj, głupia babo! — zawołała pani Corney surowo. — Powiedzcież mi wy Marto, czy ona już poprzód kiedy w takim stanie leżała?
— Oj i bardzo często! — odpowiedziała zagadnięta staruszka.
— Ale to się już więcej razy nie stanie, — wtrąciła druga, — gdyż ona tylko raz jeden jeszcze z tego otrętwienia się opamięta,...... i to nie na długo, proszę o tém pamiętać, moja pani.
— Czy na długo, czy nie na długo, — odpowiedziała pani Corney porywczo, — ona mię więcéj tutaj nie zobaczy, gdy się obudzi, a wy obydwie miejcie się na baczności, jeżeli mię raz jeszcze kiedy po nic wołać będziecie. To nie należy wcale do mojego obowiązku być naocznym i niepotrzebnym świadkiem, jak wszystkie stare kobiety w całym domu roboczym umierają; a wreszcie ja tego nie chcę,.... ja tego nie potrzebuję..... Zapiszcież sobie to za uchem, wy stare, bezczelne czarownice! Jeżeli mię jeszcze raz kiedy za dudka mieć będziecie, to ja się wam za to wypłacę, spuśćcie się na mnie.
Już się do wyjścia zabierała i oddalić chciała, gdy ją nagły okrzyk obu staruszek dozorujących, które do łóżka obrócone, konającą na oku miały, wstrzymał i do obejrzenia zniewolił. Wtedy spostrzegła, że kobieta umierająca na łóżku się zerwała, usiadła i ręce do nich wyciągnęła.
— Kto to jest? — zawołała grobowym głosem.
— Cicho! cicho! — zawołała jedna z dozorczyń starych, zbliżywszy się do niéj, i nachylając nad nią, — połóżcie się, połóżcie, i leżcie spokojnie!
— Już ja się przy życiu nigdy więcéj nie położę! — odpowiedziała konająca, broniąc się jéj; — ja chcę z nią mówić!.... Zbliżcie się da mnie,.... bliżéj!.... bliżéj!.... Niech wam coś do ucha powiem!
Chwyciła panią Corney za ramię, i zmuszając ją do tego, aby sobie na krześle koło niéj usiadła, już się mówić do niéj zabierała, kiedy okiem koło siebie potoczywszy dostrzegła, iż obie staruszki dozorujące ku niéj nachylone stały, i głowy wyciągnąwszy ciekawie i chciwie nadsłuchiwać się zdawały.
— Każ się im oddalić! — ozwała się wtedy konającym głosem; — tylko żywo!.... tylko żywo!
Obie stare czarownice, widząc że je wypędzano, zaczęły jednogłośnie rzewne płacze i żale rozwodzić, skarżąc się głosem najżałośniejszym, iż z biedną ich towarzyszką tak daleko już doszło, że najlepszych swoich przyjaciółek więcéj nie poznaje, i oświadczyły na kilka zawodów otwarcie, iż tego na sercu nie przeniosą, aby ją w ostatniéj życia godzinie opuścić miały; lecz przełożona, niezważając na te ich jęki i tak wielkie przywiązanie, wytrąciła je za drzwi, które za niemi zamknęła i napowrót koło łóżka usiadła.
Staruszki, widząc że je z izby wypędzono, zmieniły nagle swoje postępowanie, i zaczęły głośno przez dziurkę od klucza wrzeszczeć, że się stara Sally upiła, a to nie było w istocie tak niepodobném do prawdy, jeżeli na to uwagę zwrócimy, że staruszka umierająca nietylko znaczną ilość opium przez lekarza przepisanego zażyć musiała, ale i skutki sporéj szklanki wódki z wodą, którą ją owe obie dozorczynie stare w szczerości swego serca, jako dawną przyjaciółkę potajemnie na dodatek uraczyły, jeszcze nie przeminęły.
— A teraz chciéj mnie wysłuchać!
Zawołała konająca tak głośno, jakby ostatnich sił swoich dobywała, aby ostatnią iskierkę dzielności swojéj ukrytéj obudzić.
— Słuchaj mnie!.... W téjże saméj izbie,.... na tém samém łóżku,.... pielęgnowałam przed laty młode, ładne dziewcze, które z nogami rannemi od dalekiéj podróży, zapylone, zakrwawione, do tego domu przywiedziono. Tutaj porodziła chłopczynę i umarła.... Może sobie..... rok jeszcze przypomnę?.... zaraz!.....
— Niechaj się tam kiedy chce stało, o rok nam wcale nie chodzi! — ozwała się niecierpliwa z ciekawości pani Corney; — mów lepiéj, co się daléj stało?
— Co się daléj stało? — mruknęła konająca kobieta, wpadając na nowo w swoje dawniejsze otrętwienie i ospałość; — o tak, co się daléj stało!.... ja wiem,.... wiem,.... co się daléj stało!.... — wrzasnęła, zrywając się powtórnie i przychodząc do siebie; rumieniec pokrył jéj lica, a oczy lśniące omal że jéj z głowy nie wyskoczyły; — ja ją okradłam!.... tak jest,.... okradłam ją! zrabowałam!.... Ona jeszcze nie zastygła!.... jeszcze nie zastygła, powiadam ci! kiedym jéj skradła,.... zrabowała!
— Cóżeś jéj skradła? powiedz na miłość Boga! —
Zawołała pani Corney z ruchem, jakoby o pomoc zawołać chciała.
To!
Odpowiedziała konająca i rękę na ustach pani Corney położyła.
— Jedyne, co miała. Nie miała odzieży, aby się ciepło otulić, nie miała żywności, aby się od głodu uchronić;.... a jednak to troskliwie przechowała, i w zanadrzu swojém ukryte trzymała...... Było to złoto!.... mówię ci, złoto!..... szczere złoto, którém by się od śmierci była okupić mogła!
— Złoto! —
Powtórzyła pani Corney, nachyliwszy się szybko na umierającą kobietę, która się téj chwili, sił pozbawiona, na łóżko wywróciła.
— Mówże,..... mów daléj!..... na miłość Boga, mów!..... co się daléj stało?..... co ta kobieta była za jedna?.... zkąd była?.... kiedy się to stało?
— Kazała mi to ukryć i troskliwie przechować, — odpowiedziała konająca z żałośnym jękiem; — i zwierzyła się mi, jako jedynéj kobiecie, która się przy niéj znajdowała. Skradłam jéj to wtedy jeszcze w mojéj myśli, w sercu, kiedym ono po raz pierwszy na jéj szyi zawieszone zobaczyła. I chłopca mam także może na sumieniu!..... Byliby się może z nim lepiéj obchodzili, gdyby o tém wszystkiém byli wiedzieli?
— O czémże wiedzieć mieli, o czém? — zawołała pani Cornéj. — Mówże, mów, na miłość Boga!...... o czém?
— Ten chłopczyna był tak podobnym do swéj matki, — odpowiedziała konająca, która coraz bardziéj przytomność tracąc, na pytanie nie zważała; — żem ją zawsze przed oczyma widziała, gdym się na niego spojrzała.... Biedna dziewczyna!.... tak była jeszcze młoda!... takie jagnię łagodne, miłe!.... Ha!.... ja wam jeszcze coś więcéj mam powiedzieć! a możem wam już wszystko powiedziała,.... co?
— Nie, nie! —
Odparła pani Corney, pochyliwszy głowę, aby jéj słowa uchwycić, które konająca coraz słabiéj, coraz to niezrozumialéj wymawiała.
— Mówże, mów prędzéj, co masz mówić, aby potém już za późno niebyło.
— Matka, — odpowiedziała konająca, z większém daleko natężeniem jak dotąd; — matka mi szepnęła do ucha, gdy śmiertelne poty na nią występowały, że gdy się jéj dziecko narodzi i wyrośnie, to chwila owa może przyjdzie, że się niebędzie potrzebowało wstydzić, jeżeli nazwisko jego matki kłoś wyrzecze.... „Wielki Boże!“.... dodała, złożywszy swe wyschłe rączęta,.... „czy to będzie chłopiec lub dziewczyna, ujmij się za tą dzieciną, wzbudź jéj przyjaciół na tym świecie smutnym, i ulituj się nad tą samotną, opuszczoną sierotą, niemającą nikogo prócz ciebie!“
— Jakżeż temu chłopcu na imie? — zapytała pani Corney.
Nazwali go Oliwer! — odpowiedziała konająca głosem słabym. — A złoto,.... które skradłam,.... był to....
— No i cóż?.... cóż? — zawołała gospodyni.
Żywo się nad konającą nachyliła, aby odpowiedź jéj uchwycić; mimowolnie jednak z odrazą od niéj odskoczyła, spostrzegłszy, że ta raz jeszcze zwolna, wyprężona, się podniosła, usiadła, z okiem w słup postawioném, konającém, kołdrę oboma rękoma chwyciła, kilka słów niezrozumiałych po cichu szepnęła, i bez duszy na łóżko na powrót opadła.

· · · · · · · · · · · · · · · ·

— Umarła! —
Zawołała jedna z owych starych dozorczyń, wpadłszy do izby, skoro tylko drzwi otworzono.
— A przy tém wszystkiém nie miała nawet nic do powiedzenia!
Odpowiedziała na to pani Corney, oddalając się spokojnie.
Obie staruszki były widocznie za nadto troskliwie swém smutném zatrudnieniem koło zwłok zmarłéj zajęte, aby cośkolwiek były na tę uwagę swéj przełożonéj odpowiedzieć mogły, i pozostały niebawem same, krzątając się pilnie koło ciała zmarłéj.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.