O treść teatru chłopskiego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Jędrzej Cierniak
Tytuł O treść teatru chłopskiego
Podtytuł (Streszczenie referatu, wypowiedzianego w dniu 19 kwietnia 1937 r. w Zawodowym Związku Literatów Polskich w Warszawie, z udziałem przedstawicieli organizacyj wiejskich)
Data wydania 1937
Wydawnictwo Drukarnia Współczesna sp. z.o.o.
Druk Drukarnia Współczesna sp. z.o.o.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JĘDRZEJ CIERNIAK
O TREŚĆ
TEATRU CHŁOPSKIEGO
(Streszczenie referatu, wypowiedzianego w dniu
19 kwietnia 1937 r. w Zawodowym Związku
Literatów Polskich w Warszawie, z udziałem
przedstawicieli organizacyj wiejskich)

ODBITKA Z N-ru 5 „TEATRU LUDOWEGO“ 1937 ROKU




Drukarnia Współczesna, Sp. z o.o., Warszawa, Szpitalna 10.

Trudno było nie tylko mówić, ale i myśleć o teatrze chłopskim za czasów niewoli pańszczyźnianej, kiedy chłop żył w najpośledniejszych warunkach ludzkiego bytowania. Dopiero po uwłaszczeniu i jakim takim odprostowaniu się tej warstwy społecznej w końcu ubiegłego stulecia zjawiła się potrzeba życia kulturalnego, a więc i potrzeba własnej, choćby w formach bardzo prostej sztuki, jaką jest teatr.
Nie odrazu jednakże wieś mogła się zdobyć na swój własny teatr, tak w treści, jak i w wyrazie artystycznym. Stąd zgodnie z owoczesnymi poglądami zaczęto pisać różne „sztuczki“ i „komedyjki“ dla ludu, przeważnie były to obrazki z życia wsi, odpowiednio podlane sosem oświatowo-sielankowym. Wzorem stały się obrazki ludowe Wł. Anczyca, jak „Błażek opętany“, „Łobzowianie“, „Flisacy“, „Gorzałka“, „Chłopi arystokraci“. I to jest — trzeba otwarcie powiedzieć — do dziś główna strawa dla zespołów teatralnych na wsi. Bowiem w kierunku komedyjek i obrazków poszli niemal wszyscy następni dramatopisarze popularni z Pobratymcem na czele. Do dziś odgrywa się różne „Makolągwy na urlopie“, „Walkowe kochania“ i t. p.
Zapewne, tego rodzaju „sztuczki“ nie są tylko nieszczęściem, zwłaszcza, jeżeli stoją na poziomie poprawności literackiej (język, budowa dramatu, postaci, myśl przewodnia), bo i taka strawa może głodnego cośkolwiek pożywić. Ale bądź co bądź jest to w przeważnej ilości strawa, przygotowana jako akt miłosierdzia kulturalno-społecznego dla ludu, a więc bardzo często o charakterze dobroczynnej papki oświatowej, bo powszechnie jeszcze i dziś uważa się lud za niemowlę kulturalne, które nie ma rozwiniętych zębów, by można mu dać coś twardszego do gryzienia.
A jednocześnie ta popularna literatura dramatyczna najczęściej przedstawiała i przedstawia chłopa jako charakterystyczny typ nieokrzesanego Maćka czy Wojtka, co w malarstwie tak wybitnie ujawniło się nawet w obrazach Stryjeńskiej, a czego ustrzegł się dopiero Skoczylas, który poprzez charakterystyczne rysy i strój uzewnętrznił w chłopie jego duszę i jego piastowską dostojność.
Tak bowiem patrzano na wieś z okien dworków, z wagonów kolejowych, a i dziś patrzy się z letniska lub na wycieczce turystycznej. I to zaciążyło na wszystkich działach sztuki, biorącej przeważnie chłopa zewnętrznie. A już w „komedyjkach“ ludowych to używano sobie na tak płytkiej tematyce chłopskiej do przesytu. Nic dziwnego, że sama wieś bardzo często traktuje te „sztuczki“ jako wydrzyźnianie się z jej poniżenia kulturalnego i społecznego, bo taki „Błażek opętany“ budzić musi w chłopie poczucie niższości wobec t. zw. „panów“.
Były wprawdzie i udane próby w innym kierunku, jak np. „Wóz Drzymały“ J. Rączkowskiego, ale to były próby jednostkowe, zupełnie odosobnione, pozostały w cieniu, prawie nie wywołały naśladowców lub kontynuatorów. Drukuje się w dalszym ciągu różne „Hece w Jaźwinach“ i to się nazywa repertuarem ludowym.
Ale skrzywdzilibyśmy samą ideę teatru ludowego, gdybyśmy nie wspomnieli, że już ukazują się od szeregu lat coraz wyraźniejsze i coraz częstsze przebłyski nowej treści i nowych form tego teatru. Prawda, że to się dzieje jeszcze tylko tu i owdzie, głównie w wyjątkowych warunkach (kurs teatralny, uzdolniony reżyser, uniwersytet ludowy i t. d.), tym niemniej dobre przykłady zaczynają się mnożyć i oddziaływać na coraz szersze otoczenie. Daleko jednak do powszechności.
Otóż te nowości w teatrze ludowym pozostają w ścisłym związku i z ogólną atmosferą już w niepodległej Polsce, w której siłą faktu musiał się obudzić w najszerszych warstwach, a więc i na wsi pęd do światła, do nauki, wogóle do kultury. Jednocześnie w teatrze zawodowym nastąpiły duże zmiany, które możnaby ująć choćby w takie ramy jak inscenizacja „Dziadów“ Mickiewicza w ujęciu St. Wyspiańskiego a w ujęciu L. Schillera. Powstał wtedy w Warszawie teatr „Reduta“, który, zwłaszcza w pierwszych latach swej działalności, oddziałał zapładniająco, szczególnie w zakresie metody pracy, i na teatry ludowe. Na scenę zawodową obok autora, aktora i reżysera wszedł nowoczesny inscenizator.
To wszystko nie mogło być bez wpływu i na teatr amatorski, który również chciał być w treści i formie teatrem twórczym t. zn. dążył do samodzielnych pomysłów jeżeli już nie treściowych (choć i tu mówi się o „teatrze z głowy“, t. j. komponowanym przez samych amatorów), to przynajmniej pomysłów konstrukcyjno-widowiskowych, wokalnych i ruchowych. I tu pojawiła się potrzeba pewnej pomysłowości inscenizacyjnej, odbiegającej od gotowego szablonu komedyjek realistycznych, grywanych na scenie skrzyniowej z kulisami i budką suflerską. Bo i „Reduta“, zwłaszcza gdy rozpoczął w niej pracę Schiller (inscenizacja ballad i pieśni, „Pastorałka“, „Wielkanoc“), poszła na duże uproszczenia t. zw. dekoracyj i nowe ujęcie przestrzeni scenicznej.
Tak zatem i z pobudek dojrzałości wewnętrznej i pod wpływem przykładów z zewnątrz zaczęto w teatrach ludowych różne materiały, nieopracowane dramatycznie, inscenizować. I tu w poszukiwaniu ożywczej treści dojść się musiało do samych źródeł teatru, czyli do różnych zwyczajów i tradycyj obrzędowych, będących resztką dawnej kultury z wiarą w magię i wartość magicznych rytuałów sakralnych. Stąd zrodził się t. zw. teatr obrzędowy, polegający na realizacji inscenizowanych obrzędów związanych z rokiem słonecznym, życiem rodzinnym i pracą na roli. Zaczęto odgrywać różne wesela, urządzać inscenizowane święta wiosny, sobótki, dożynki, a i różne syntetyczne widowiska jak „W słonecznym kręgu“, czy „Franusiowa dola“, „Pieśń o chlebie“ i t. p.
Osiągnięcia artystyczne były tutaj bardzo różne, od zupełnych nieporozumień (np. „Wesele góralskie“ jako propaganda walki z alkoholem) aż do poziomu misterium religijnego („Gody weselne“, „Franusiowa dola“, „Wesele lubelskie“ i t. d.).
Były, acz nieśmiałe, próby inscenizacji podań i legend, do czego tak dużą wagę przywiązywał St. Żeromski („Snobizm i postęp“), wreszcie zaczęto inscenizować nowele, a nawet całe powieści, w tym wypadku ze względu na nową tematykę (np. „Kordian i cham“ Kruczkowskiego, „W roztokach“ Orkana).
Jednocześnie dawna solowa, — jakżeż trudna u amatorów! — deklamacja wierszy i poematów uzyskała nową postać wygłaszania zbiorowego, nierzadko z zastosowaniem ruchu i gestu, czasem zawodzącego zaśpiewu. Te recytacje pozostają w związku z nową pracą oświatową w t. zw. świetlicy. Jest to teatr małych form, obywający się bez podwyższenia i wogóle sceny, ale odgrywany na poczekaniu w izbie czyli świetlicy.
Do recytacyj dołączyła się i nawet zapanowała powszechnie dziś inscenizowana pieśń, zwłaszcza ludowa. Pojawiły się różne w tym kierunku pomysły, ukazało się nawet kilka zbiorków inscenizowanych pieśni. Ten teatr przyjął się bardzo szeroko, bo i łatwy do wykonania zbiorowego, i nie potrzebuje oprawy dekoracyjnej.
Odwracając się od „komedyjki“, wybitniejsze zespoły zaczęły także próbować dramatu o pełnych wartościach literackich. Grano nie w całości, ale wybrane sceny i obrazy („Dziady“ cz. II, „Sułkowskiego“ akt I, wybrane sceny z „Wesela“ Wyspiańskiego i inne).
Wreszcie dużo treści nowej przyniosły z sobą różne obchody i uroczystości (patriotyczne, święta ludowe, święta matki, święta morza i t. d.). Zwykle sami reżyserzy komponowali sobie jakiś program. Z pomocą przychodził „Teatr Ludowy“, drukując pewne wzorce programów dla takich uroczystości.
Słowem, rozszerzyły się ramy możliwości realizacyjnych w teatrze wiejskim, bo teatrem stały się i piosenki inscenizowane w izbie, i dramaty grane na scenie, i widowiska na wolnym powietrzu i różne obchody z udziałem większej ilości widzów. Zaś życie wsi i jej szybki rozwój organizacyjno-społeczny przyniosły nowe treści, nowe niepokoje, konflikty, marzenia i tęsknoty, które domagają się właściwej wypowiedzi w teatrze. Wieś się budzi do nowego życia, pręży się, z uporem idzie ku nowej historii i właśnie chciałaby się zobaczyć na scenie w tej nowej, tworzącej swoje chłopskie i ogólno-narodowe jutro, postawie. Chciałaby zobaczyć to, co już wyrażać zaczyna w wierszu, w pismach młodzieży, w dyskusjach i zjazdach, na owych „dumaniach“ w uniwersytetach ludowych, na zebraniach kół młodzieży wiejskiej, spółdzielni, kół Stronnictwa Ludowego...
I dla takiej dynamicznej treści trzeba odpowiedniego słowa, zwartej budowy literackiej. Bo nie jest prawdą, że chłop — nawet analfabeta — nie myśli głębiej nad sensem swego życia. Nierzadko ten wiejski człek ma w sobie o wiele większą powagę życia i poczucie odpowiedzialności za sens tego życia, niż niejeden uczony inteligent wielkomiejski, który bardzo często uprawia wygodne czy „ułatwione“ życie, idzie na dalekie kompromisy z własnym sumieniem. Nierzadko kobiecina wiejska (przykład matki Orkana) zawstydziłaby swoją postawą, powagą i surowością życia i moralności niejedną damę nowomodną, u której od wyperfumowanego salonu tak czasem blisko do utraty godności ludzkiej.
Potrzebny jest jakiś krzepki mit ludowy i wiara w ten mit, wiara w posłannictwo dziejowe, czy jak tam sobie tę rzecz nazwiemy. W micie byłaby siła dźwigania się i walki o wyższe wartości kultury polskiej w najszerszym rozumieniu tego pojęcia. Lud jest grupą społeczną młodą, jeszcze niewyżytą, znajdującą się dopiero przy poranku swego żywobycia, stąd może tu być mowa o młodości, entuzjazmie, walce. Bo tu daleko do zmierzchu, daleko do rozkładu i śmierci. Zjawia się potrzeba i pewnej wizji przyszłości i bohaterstwa.
Ale ta treść musi być budująca, dźwigająca i krzepiąca, a więc zdrowa, daleka od przestępczości, rozpasania moralnego, czy taniej ciekawostki. Potrzebna jest i wesołość, ale wesołość bez zgnilizny. Niech, broń Boże, nie będzie w niczym zbliżona np. do dzisiejszej prasy codziennej, która niepotrzebnie karmi czytelnika sensacjami, jak Gorgonowa, Kasia-słonica, przeobrażenie się Smętkówny w Smętka i t. p., jakby w życiu dzisiejszym w Polsce już nie było innych zmartwień i spraw ważniejszych.
Chłop interesuje się zagadnieniami społecznymi, państwowymi i wogóle ludzkimi, ale niechże te zagadnienia będą podane bez trucizny i w formie czystej. I miłość między mężczyzną a kobietą winna być treścią dramatu ludowego, bo i to uczucie żyje w chłopie, ale niech nie będzie tego karmelkowatego „gruchania“ lub ordynarnej czy kulturalnie wyrafinowanej zmysłowości.
Pisarz dramatyczny, chcący pisać dla teatru ludowego, musi wieś poznać gruntownie, wziąć jej życie ze wszystkimi kłopotami i radościami w siebie, musi poczuć się wsi bliskim, bratem. Wtedy jego twórczość nie będzie filantropią dla ludu, ale istotnym sensem jego własnego życia. Taki pisarz wypowie w dramacie ludowym i samego siebie, jak się wypowiedział w nowelach i powieści Wł. Orkan.
Różne tu mogą być formy kompozycyjne, i chyba już nie te obrazki komedyjkowe, ale nowe, współczesne, twórcze. Teatr wiejski nie ma i nie może mieć wielkich aktorów-solistów, ale ma do rozporządzenia gromady ludzkie, stąd i rozdział słów na t. zw. role winien to uwzględniać. Na wsi nie ma scen wielkich, jak w Teatrze Narodowym w Warszawie, sceną może być izba, sala szkolna, remiza strażacka, czasem świetlica w domu ludowym, a często błonie, polana, obejście domu. Można mówić o różnych rusztowaniach, raczej o żywych drzewach, niż o malowanych kulisach. Chóry na wzór starogreckiej tragedii mogą mieć szerokie zastosowanie. Tak samo tańce, śpiewy, muzyka. Do pomyślenia jest scena jednoczesna, bez kurtyny i różnych dodatków, ale przez zastosowanie kilku poziomów, albo misteriowej trójdzielności i przez wciąganie do gry całej publiczności (np. w śpiewie) można uzyskać zupełnie nową postać teatru-widowiska.
Postacie dramatu winny być wyraziste, określające się raczej w działaniu niż mówieniu, bez nadmiernych labiryntów psychologicznych i odwrotnie, bez zupełnego wyprania z jakiejkolwiek pasji, namiętności. Może być i patos patriotyczny, choćby w takim temacie, jak Racławice z tragicznym Głowackim, niedawno zmarły Drzymała — święto ludowe, święto niepodległości...
Język, a więc wyrażenie się słowne, na miłość Boską! żeby przecie było nie pół-polskie, ale w całości polskie. Bo chłop, nie znając obcych języków, mówi bodaj najczyściej po polsku (w słownictwie i budowie zdań). W języku ludowym jeszcze nie ma tej międzynarodowej pstrokacizny, którą zachwaszczono polską mowę (co trzeci wyraz obcy), nie ma i tych okropnych skrótów, którymi się najbezkarniej posługują nagminnie najwyższe sfery inteligencji polskiej (np. do Palu, do Pistu, w Giszu, w Zadzie t. zn. do Polskiej Akademii Literatury, do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej, w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych, w Związku Autorów Dramatycznych). Zdaje mi się, że gdy nasi pisarze powiedzą sobie, że dramat ma być zrozumiały dla chłopa polskiego bez słownika wyrazów obcych i bez słownika skrótów nazw, to będą pisać już znacznie czystszą polszczyzną.
Co do gwary i wogóle regionalnych pierwiastków kultury ludowej to trzeba jedno powiedzieć: zanim się kto zabierze do korzystania z tych wartości, niech się ich najpierw dobrze nauczy. Bo już za dużo poprostu napaskudzono z t. zw. ludowością. Gwara to nie tylko mazurzenie czy pochylenie samogłosek przypadkowe, bo i te zjawiska mają swoje naukowe uzasadnienie, ale i słownictwo, i składnia, i akcent. Dlatego lepiej nie posługiwać się gwarą, niż ją kaleczyć. Tak samo z wykorzystywaniem różnej obrzędowości ludowej, trzeba ją poznać i wyczuć i zrozumieć, a dopiero potem sięgnąć do niej jako tworzywa. Inaczej powstaje okropność.
A teraz gorący apel do polskich pisarzy dramatycznych. Wprawdzie wieś nie ma i mieć nie będzie wielkich scen, jakie mają teatry stołeczne, nie wnet też będzie mogła płacić autorom wynagrodzenie za prawo grania ich utworów, ale wieś to 3/4 części narodu, to najliczniejsza w państwie grupa społeczna, która zadecyduje o naszej przyszłości kulturalnej i państwowej. Nawet dzisiejsze widowiska na wsi urastają rocznie do dobrych kilkudziesięciu tysięcy wystąpień publicznych wobec milionowych rzesz widzów. Należy się więc tym ludziom coś i od pisarzy polskich.
Tylko trzeba zacząć poważnie, z przekonaniem wewnętrznym, nie z łaski (to zawsze odbiorcę upokarza!), domaga się tego współczesne życie wsi. Napewno znajdą się i pieniądze na wydanie dobrej literatury dramatycznej i rozprowadzenie po całym kraju. Nawet możemy przewidywać duże nakłady. Książki te będą tanie, bo tylko takie mogą być przez zubożałą wieś kupione. Bo gdy będą dramaty we właściwym duchu i na właściwym poziomie napisane, to nie wierzę, by nie znalazły się u nas na ten cel fundusze. Ale najpierw trzeba te utwory mieć, potem trzeba zacząć wydawać. To wywoła jakiś ruch, szersze społeczeństwo zacznie się naszą sprawą interesować, mówić głośno i pisać. Ale pierwsze tomiki muszą mieć na sobie znamię talentu i ożywiającej idei, nie mogą być na odczepne „zrobione“, bo z takich uproszonych wypracowań żadnego twórczego ruchu być nie może.
Czy dramatopisarz ludowy musi być koniecznie synem wsi? Byłoby lepiej, żeby było tak, ale niekoniecznie, bo wchodzi tu w grę przede wszystkim człowiek, jego zainteresowania i uzdolnienia. Jedno nie ulega wątpliwości: nie może wziąć w siebie wsi nawet bardzo zdolny poeta, znający wieś z trzeciej ręki, t. zn. tylko z drukowanego słowa. Musi on na wsi bywać i z wsią współmyśleć i współżyć.
Zapewne, nie zrobimy z repertuarem teatrów chłopskich odrazu wielkiego ruchu, wymaga to dłuższego czasu, ale już trzeba zacząć poważnie o tym myśleć i próbować. Miejmy nadzieję, że na pierwsze wezwanie przynajmniej kilku twórców zacznie się w swoim sumieniu literackim niepokoić i szukać na ugorach dramatu chłopskiego ścieżki czy drogi do własnego talentu.
Kto miałby zająć się wydawaniem tego rodzaju literatury? Myślę, że tylko Instytut Teatrów Ludowych, bo to jest jednym z jego zasadniczych zadań. Ożywiony troską o jakość teatru ludowego, a więc o jego wartość artystyczną i społeczno-wychowawczą, niewątpliwie będzie skrupulatniej odczuwał odpowiedzialność niż jakakolwiek firma wydawnicza, która mimo wszystko uzależnia się głównie od kalkulacji handlowo-dochodowej. Należy liczyć także na pomoc od nowo-powstałego Komitetu do Spraw Kultury Wsi przy Ministerstwie Rolnictwa.
Ważną rolę pośrednictwa organizacyjnego może tu spełnić Zawodowy Związek Literatów Polskich, który zainteresował się samą sprawą i pragnie wspólnie z Instytutem nadać jej postać stopniowo ale z uporem realizowanej rzeczywistością. A sprawa to ważna i już na czasie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .