O sprawach kobiet/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł O sprawach kobiet
Podtytuł Listy o kobietach
Pochodzenie O kobiecie
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1888
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe studium
Pobierz jako: Pobierz Całe studium jako ePub Pobierz Całe studium jako PDF Pobierz Całe studium jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
II.

Nie. Dziś nie będę jeszcze pisać wam o szkołach gospodarstwa dla kobiet, jak to miałam zamiar uczynić, kończąc list zeszły. W najostatniejszych czasach, w prasie i po kraju rozeszły się mętne pogłoski o tém, że jakoby, podobno, ktoś w Warszawie wynalazł kwadraturę koła, czyli kursa nauk uniwersyteckich dla kobiet, i jakoby, podobno, kiedyś, zamierza z wynalazku swego odpowiedni zrobić użytek. Jakoby, podobno, wynalazca ów otrzymał już nawet patent, który mu pozwoli znakomity wynalazek swój w stosowny sposób zużytkować. Ile jest prawdy i czy choć trochę jest prawdy w tych mętnych pogłoskach? Nie wiem, ale obudziły one we mnie nieprzepartą chęć zatrzymania przez chwilę jeszcze uwagi waszéj na uniwersyteckiéj nauce kobiet, zanim przejdę po innéj, bardzo ważnéj także i niezbędnéj, ale innéj. Usprawiedliwienia gadulstwa mojego szukajcie w przysłowiu francuzkiém: on revient toujours à ses premières amours. Z miłością człowiek uśmiecha się na starość do tego, do czego w młodości gorąco wzdychał. Czy zaś i jak wzdychała pewna liczba kobiet mego pokolenia do téj nauki, którą pokolenie obecne tak krwawo sobie wywalcza? Kto wié o tém? Chyba to wielkie, niezgłębione morze, w które ściekają krople wosku z topniejących skrzydeł Ikarów, urodzonych po to, aby dawać światu i wzajem brać odeń złote talenty, a idących do grobu z miedzianym obolem i zasługi, i szczęścia. Lecz gdy nie było dla nas, może będzie dla innych, a jeśli będzie, niech w tém się znajdzie przyczynienie się nasze, choćby w postaci drobnego obola. Historya Ikara jest jedną z najgłębszych alegoryi greckich. Trochę tylko wmyśléć się w nią trzeba, aby za poetyczném zmyśleniem ujrzéć grozę najrzeczywistszéj tragedyi ludzkiéj. Ikar — jak wiadomo podleciał ku słońcu, stracił swe skrzydła, wpadł do morza i utonął. Lecz — rzecz ciekawa — co byłby czynił, gdyby, zamiast do morza, spadł był na jaki kawał murawy, z bolącemi wprawdzie, ale żywemi i całemi członkami? Na to pytanie każdy udzielić gotów odpowiedzi stosownéj do usposobień własnych, bo piérwszym popędem człowieka jest sądzić o innych wedle samego siebie. Jedni więc przypuszczali-by może, że ocalony Ikar, zrzekłszy się raz na zawsze marzeń swych o podsłonecznych sferach, rozciągnął-by się na murawie jak można najwygodniéj i jak można najzręczniéj wygrzebywał-by z ziemi smaczne korzonki. Inni by rzekli, że dla zalania robaka, wychylał-by on upajające płyny z czar bylejakich; inni jeszcze, że, tęskniąc za utraconym ideałem, gryzł-by się nieborak po cichu, marniejąc do szczętu. I wszystkie te przypuszczenia miały-by w sobie prawdopodobieństwo zupełne. Co do mnie, najchętniéj myślę, że ocalony Ikar nie miał-by nic pilniejszego do roboty, jak, usiadłszy na szczątkach własnych skrzydeł, przemyśliwać nad lepszemi sposobami lepienia ich dla innych. Przemyśliwał-by i lepił z zapałem, pilnie, a przed oczyma wyobraźni jego unosiły-by się młode, zdrowe, szczęśliwe istoty, wzlatujące już w sfery wysokie i złociste, od których odrzuciło go to, że leciał ku nim w porze, w któréj niedołężne jeszcze lepiono skrzydła.
Więc kilka jeszcze uwag o tych skrzydłach, które kobiety, będące przedmiotem zeszłego mego listu, z takiemi cierpieniami i niebezpieczeństwy lepią sobie z cudzego wosku, dla tego, że swego nie mają. Dla czego nie mają go one dotąd? Nie dla tego, aby ciemnota nasza była ogólną i aby brakło nam całkiem sprawiedliwości. Istnieje pomiędzy nami znaczna liczba ludzi oświeconych, uznająca równouprawnienie kobiety wobec nauki za rzecz w zasadzie usprawiedliwioną i dla społecznego rozwoju pożyteczną. W zasadzie, ale nie w zastosowaniu. Gdzieindziéj, dobrze; u nas, nie. I nie należy utrzymywać, aby u ludzi oświeconych i poważnie myślących pobudki rozróżniania takiego tylko lekkomyślnemi, albo nieuczciwemi były. Owszem, posiadają one pewne podstawy w warunkach naszego ogólnego bytu, wynikają z obaw i troskliwości, nie zawsze samolubnych i niedorzecznych. Dla tego téż właśnie należy zapoznać się z niemi i poddać je krótkiemu choćby rozbiorowi. Obskurantów, którzy mniemają i głoszą, że uniwersytety dla kobiet, tak jak ruch wieczny i kwadratura koła, nie są jeszcze wynalezionemi, a także jaskiniowców, których zajmować i wzruszać może tylko to, co nasyca i olśniewa zmysły, usuwając na stronę, spróbujmy, o ile podobna, wyświetlić przyczyny niechęci i trwogi ludzi poważnych i oświeconych.
Najpoważniejszą pewno z tych przyczyn jest obawa o przysporzenie krajowi jednostek wykształconych, a które, przez brak możności zużytkowania wykształcenia swego na odpowiednich drogach, mogły-by zostać narażone na znaczne szwanki materyalne i moralne. Zamknięcie lub zwężenie przed mieszkańcami kraju wielu dróg pracy samych już nawet mężczyzn wprawia często w położenie trudne i dla umysłowéj skali ich nie odpowiednie. Jeżeli doktorowie filozofii zadawalniać się muszą uczeniem w prywatnych domach kilkoletnich malców; jeżeli kandydaci i magistrowie prawa po lat kilka gryzmolą na kancelaryjnych stołach; jeżeli nie jeden filolog nie ma wcale do kogo przemawiać, a matematyk nie ma nic do liczenia i mierzenia — cóż dziać się będzie, gdy liczba tych pracowników, nie otrzymujących pracy, lub otrzymujących ją w nieodpowiednim gatunku i niedostatecznéj sumie, powiększy się pewną liczbą pracownic? O ileż tym ostatnim ciężéj jeszcze będzie, niż jest piérwszym. O ileż łatwiéj ulegną one złym wpływom, wywieranym zawsze przez fałszywe położenie! I czy wielce już trudna walka o byt, którą prowadzą mężczyzni, przez wzmożenie konkurencyi bardziéj jeszcze utrudnioną nie będzie?
Taką jest przyczyna piérwsza. O drugiéj, trudniéj cokolwiek napisać. Spróbuję jednak określić ją trzema słowy: niezgoda społeczeństwa ze szkołą. Gdziekolwiek niezgoda taka istnieje, popęd do oświaty przez szkołę toczy się w górę tak, jak zahamowane koło powozu: ciężko i skrzypiąco. Skrzypi ono, że już co konieczne, to konieczne ale bez czego obejść się można, to już bez tego obchodzić się lepiéj. Ponieważ na jednym stole stoją i marcepany, i pieprznice, niechże już kobiety nasze nie jedzą ani marcepanów ani pieprzu. Jeżeli ze wzmacniającą żywiczną wonią lecą zarazki, usuwajmy je od wzmacniającéj woni i od zarazków...
Że bardzo jest smutno odpowiadać na uwagi takie, każdy z łatwością uwierzy. Zdaje się, jakoby atrament stał się czarniejszym jeszcze, niż był, i rozmazał się po całym świecie. Ale są to uczucia subjektywne. Nie o smutek tu idzie, ale o wyjaśnienie sprawy.
Prawdą jest niezaprzeczoną, że zarobkowanie kobiet, profesyonalnie wykształconych, było-by u nas bardzo trudném i że sto walk i niebezpieczeństw oczekuje kobietę tam, gdzie mężczyzna spotyka ich pięćdziesiąt. Ale na to odpowiedź piérwsza: czy kobiety, wykształcenia takiego nieposiadające, prowadzą dziś żywot łatwy i bezpieczny? Wcale nie; prowadzą one żywot w nędzy i poniewierce, jeżeli ubogie są i nie piękne; żywot próżniactwa i sprzedajności, jeżeli los i natura obdarzyły je dostatkiem lub wdziękami. Bez chleba w ustach, albo z chlebem cudzemi rękoma zarobionym, czy za cenę czci niewieściéj kupionym, nieumiejętne i krzywdzone pracownice, powoli umierające z fizycznego albo moralnego głodu; prostytutki jawne lub skryte, hańbę swą wystawiające na widok publiczny, albo osłaniające świętym woalem małżeństwa; kochanki opuszczone, żony zdradzone, albo zdradzające; matki nieumiejące wychowywać swych dzieci, albo niemające czém wykarmić ich fizycznie i duchowo: oto los ich najpowszechniejszy, którego unikają tylko albo temperamenta i głowy owcze, spokojnie przeżuwające byle jaką strawę na wydeptanych pastwiskach, albo rzadkie ulubienice losu, obdarzone przezeń pomyślnemi warunkami opieki, położenia, majątków, stosunków. Ulubienic natury i losu bardzo jest mało, owce nie wchodzą w społeczny rachunek; a daléj, ileż w tym tłumie niewieścim nurtuje i rozwija się cierpień, walk, upadków, zepsucia...

„O dajcie mowę wszystkim krzywdom ziemi,
I wszystkim nędzom i tęsknotom ducha!“
(Konopnicka).

Dziwnie więc wygląda obawa, aby z tego niewieściego świata, do głębi unurtowanego wszelkiemi cierpieniami i upadkami, jakaś grupa jednostek nie naraziła się, broń Boże, na cierpienia i upadki. Jednostki te z wesołym lub gorzkim śmiechem odpowiedzieć na to mogą: „Jeżeli mniemacie, że teraz stąpamy po różach i siedzimy u Pana Boga za piecem, mylicie się grubo.
„Ponieważ, w ten lub ów sposób cierpiéć musimy, pozwólcież nam cierpiéć po swojemu; co się zaś tycze niebezpieczeństw, pozwólcie także, abyśmy broniły się od nich książką raczéj niż balowym wachlarzem. Widzieliście nieraz sami, że wachlarz balowy niezawsze chroni od upadków. Nie zawsze także chroni od nich rondel albo igła. Nie zaprzeczamy wcale bardzo poważnych racyi bytu rondlowi i igle. Do pewnego stopnia uznajemy nawet racyą bytu wachlarza; ale same czujemy pociąg do książki. Cierpienie za cierpienie, a od niebezpieczeństw pozwólcie, abyśmy broniły się książką, mniéj albo więcéj skutecznie, tak, jak to czynią inne, za pomocą wachlarza, rondla albo igły.“
„Pozwólcie!“ W wyrazie tym zawiera się druga i ważniejsza jeszcze odpowiedź na owe obawy o cierpienia i walki kobiet, profesyonalnie wykształconych. Kto ma prawo wzbraniać istocie ludzkiéj cierpiéć i walczyć dla spraw tak wielkich, jakiemi są oświata i praca, jeżeli do cierpień tych i walk popycha ją przekonanie głębokie i chęć żarliwa? Są to cierpienia i walki, które posuwają na przód wóz postępu. Kto ma prawo wzbronić istocie ludzkiéj, aby w mierze, odpowiedniéj siłom i zdolnościom swoim, przyśpieszyła ciężki i powolny pochód? Powiadacie: „może ona dokonać tego, pozostając na nizinach.“ Nie; jeśli zdolną jest pracować u szczytów, na nizinach nie uczyni nic. W niestosownéj dla siebie atmosferze oszaleje albo zgnije. Niziny posiadają odpowiednią klimatowi swemu ludność. Jeżeli chcę i mogę iść wyżéj, kto ma prawo przykuwać mnie do miejsc niższych? Prosta to kwestya sprawiedliwości i poszanowania praw człowieka. Ale ta sprawiedliwość znika pod jakimś szczególnym gatunkiem troskliwości. „Pokaleczycie się biedaczki i poplamicie sobie sukienki!“ Bardzo dziękujemy za pieczołowitość, ale widzimy, że siostry nasze, które nie myślały nigdy o naukowém wykształceniu i profesyonalnéj pracy, nie kwitną wcale wyborném zdrowiem i nie odznaczają się niepokalaną bielą swych sukienek. Dla czegóż my-to właśnie miałybyśmy najsrożéj błądzić i upadać? Czy nauka wywiera na cnotę ludzką wpływ rozkładający. Czy zdobywanie bytu własną pracą usposabia do zepsucia? Czy walka o chleb własny lepszym jest przewodnikiem występku od małżeństw, zawieranych dla mężowskiego chleba? Tyle o pokusach i upadkach. Co się zaś tycze szczęścia, wzbijcież się na tę wysokość, aby zrozumieć psychiczne usposobienie jednostki, która przekłada własny kęs suchego chleba nad cudzy pasztet, a dla tego właśnie i przez to może być szczęśliwą, że cierpi i walczy dla czegoś, co jest jéj ideałem. Takie szczęście, pomimo cierpień i nawet przez cierpienia, przechodzi zapewne miarę pojęć mnóztwa ludzi. Lecz niewątpliwie, tak wśród mężczyzn, jak wśród kobiet, istnieje pewna liczba jednostek, które go pożądają, które czuć je są zdolne. Kto ma prawo nie pozwalać komukolwiek być w ten sposób szczęśliwym? Nikt; bo nie wolno nikomu zubożyć ludzkości o jednę choćby iskrę szlachetnego zapału, o jednę siłę, wyrobioną chociażby kosztem najwyższych trudów, o jedno chociażby męczeństwo, podjęte dobrowolnie dla sprawy uczciwéj, a spełnione z uśmiechem najczystszéj z rozkoszy ziemskich — rozkoszy poświęcenia.“
Co do konkurencyi, którą-by pracownice kobiety wytworzyć mogły na zbyt wązkich u nas drogach pracy mężczyznom-pracownikom, z łatwością dowieść można, że nie była by ona dla żadnéj z dwu stron ani zgubną, ani nawet uciążliwą. Przedewszystkiém, panuje u nas szczególne wyobrażenie, które sprostować należy. Wyobrażenie to jest takie, że gdy tylko społeczeństwo dopomagać zacznie kobietom do kształcenia się naukowego, najmniéj połowa kobiet, kraj nasz zamieszkujących, hurmem do tego kształcenia się runie, nad krajem rozbije się odrazu szkuda z doktorami, w rękach niewprawnych adeptek nauka rozsypie się w proch marny, a doktorowie-mężczyzni umierać zaczną z głodu, albo, w najlepszym razie, pięściami wywalczać sobie możność pracowania u nietyle szczęśliwych ile niesłychanie licznych rywalek. Straszną istotnie przyszłością grozi nam ten wylew kobiecego doktorstwa! Ogniska domowe opuszczone, rękodzielnie opuszczone, dziatwa opuszczona; niéma już żon, ani matek, ani gospodyń domów, ani szwaczek i praczek. Nikt w nikim nie kocha się, nikt nikogo nie bałamuci, nikt za mąż nie wychodzi, nikt nie gra, nie śpiewa, kwiatów na grządkach nie hoduje. Gdzie spojrzysz, kędy udasz się — doktorka! Wszędzie i na każdém miejscu doktorki! Doktorka filozofii, albo doktorka medycyny i nic więcéj! Monotonuość głucha! obraz przerażający! W porównaniu z nim plagi egipskie wyglądają sobie jako przyjemne figielki.
Dziecinne przewidywania! Wyższe zdolności umysłowe i charakterowe, pozwalające oddawać się naukowym studyom i czynić z nich następnie praktyczny użytek, nie wyrastają nigdzie jak grzyby po deszczu, a tém mniéj mogą z nadmierną obfitością wyrastać w naszym świecie kobiecym, któremu długo jeszcze wszystko przeszkadzać będzie do prawidłowego rozwijania się zdolności, w którym jeszcze wielce popularną jest i głęboko wkorzenioną, żadnéj styczności z nauką niemająca, teorya afrodystyczna. Zdaniem mojém, dbające o siebie społeczeństwo daleko więcéj lękać się powinno zbytecznego rozmnażania się Afrodyt, niż doktorek; naprzód dla tego, że Afrodytą zostać daleko łatwiéj jest, niż doktorką, a do rzeczy łatwiejszych ludzie zawsze garną się tłumniéj; następnie dla tego, że, bądź co bądź, z Afrodytyzmem próba została już dokonaną, i świat na niéj wyszedł nieosobliwie, zaś doktorstwo kobiet, u nas szczególniéj, do wypróbowania jeszcze pozostaje. Nie, zaręczyć można, że ilość przyszłych doktorek nie będzie tak ogromną, aby przynosić mogła ekonomicznemu bytowi mężczyzn drobną choćby część tych szwanków, jakie mu przynoszą różnego gatunku Afrodyty. Ilość ta dla mnóztwa przyczyn, musi być umiarkowaną. Umiarkowaną ona będzie nie w téj mierze, aby żadnych pożytków nie przynosiła, lecz najpewniéj w téj, która na mężczyzn klęski głodowéj nie sprowadzi. Stany Zjednoczone, które oddawna już otwarły dla pracy kobiecéj szerokie szranki, posiadają obecnie 500 doktorek medycyny. Jest to cyfra poważna, lecz nie przestraszająca. Podobne ustosunkowanie pracy dwu płci przewidywać należy wszędzie. U nas, więcéj niż wszędzie, naturalne i sztuczne przeszkody nie pozwolą na wytworzenie się ludu doktorek. Wytworzyć one mogą tylko grupę społeczną, daleko szczuplejszą od tych, które składają się i składać się zawsze będą z kobiet, wyłącznie trudniących się gospodarstwem i pracą ręczną, niezmiernie szczupłą wobec téj, którą składają odsłonione lub zawoalowane Afrodyty. Kraj nasz znowu nie jest tak dalece obciążony i zalany intelligencyą i nauką, aby ta grupa kobiet nie mogła pomieścić się na jego powierzchni bez spychania mężczyzn w antypody. W samym zawodzie medycznym sporo jest miejsc, których mężczyzni zajmować nie chcą. W miastach większych i ludniejszych zawód to przeludniony; kupią się tam gromadnie i sami z sobą o kęs chleba bojują. Za to ludność wsi i małych miasteczek zasięga rad lekarskich u felczerów i znachorów. Każda gmina wiejska posiada jednego felczera i co najmniéj dziesięciu znachorów, czyli czarowników, nie licząc kobiet, które, trudniąc się tém rzemiosłem, w najlepszym razie leczą choroby kobiece białą koniczyną, albo korą wiśniową, w dół zeskrobywaną, w najgorszym, ułatwiają wychodzenie w świat nowych jego obywateli, przez zawieszanie położnic na sznurach, przymocowanych do sufitu. Felczerowie, z nielicznemi wyjątkami, niewiele mądrzejsi są od znachorów i znachorek, a w dodatku i bezinteresownymi nie są wcale. Wynika ztąd, że ludność wiejska i małomiasteczkowa, jest: popiérwsze, obdzierana, powtóre: wcale nieratowana, po trzecie: truta. Ustawy prawne, w niektórych przynajmniéj, o ile wiem, prowincyach, bardzo troskliwie uorganizowały medycynę wiejską. Ale żadna ustawa prawna dobrych rezultatów przynieść nie może bez odpowiednich sobie wykonawców. Doktor, t. zw. powiatowy włościański, jest w całym powiecie jeden. Rzecz prosta, iż na osobiste leczenie wszystkich chorych — sił ani czasu wystarczyć mu nie może. Oprócz niego: ciemni i chciwi felczerowie, i — mniéj może chciwi, bo w potrzebach swych bardziéj ograniczeni, ale ciemniejsi jeszcze, znachorzy. Większy właściciel, który mniéj lub więcéj suto zapłacić może za poradę lekarską, do odległego najczęściéj, powiatowego lub gubernialnego miasta, po lekarza posyła. Bywają wypadki, w których śmierć zaśpi i pozwoli lekarzowi wyprzedzić się i na straży stanąć; często przecież medyk przybywa na gaszenie gromnicy. Może chwilę zapalenia gromnicy przyśpieszył z konieczności przyzwany felczer... Są to fakta, doskonale znane i którym nikt zaprzeczyć nie może. Otóż, gdyby kobiety lekarki zajęły te miejsca, których mężczyzni lekarze nie zajmują, z kim-by do konkurencyi stanęły? Z ciemnymi i chciwymi felczerami i z mniéj może chciwymi, ale jeszcze ciemniejszymi znachorami. Tylko. Że zaś kobiety lekarki zajmowały-by te miejsca bardzo chętnie, o tém wątpić nie można. Mężczyzni ich nie zajmą, bo ambicya i chęć używania dóbr cywilizacyi zatrzymują ich w miastach większych. Dla kobiet możność samodzielnego pracowania, choćby w najtrudniejszych warunkach, była-by już dopięciem najwyższych marzeń — o wyniesieniu się i używaniu. A nie chcę wcale dawać przez to do zrozumienia, że kobiety są w czémkolwiek lepsze i wyższe od mężczyzn. Po prostu są one daleko nieszczęśliwsze, z niższych miejsc wdzierają się na wyżyny, i wszystko im trudniéj przychodzi. Biblijna przypowieść głosi: „Dusza nasycona podepce plastr miodu, a dusza głodna i gorzkie przyjmie za słodkie.“ Dla mężczyzny lekarzem być chleb powszedni; sławnym, wziętym, bogatym zostać, to dopiero plastr miodu, który w większém mieście tylko dostać można. Dla kobiety ten chleb powszedni jest już plastrem miodu; sławy, wziętości, majątku dobijać się będzie w miastach część ich niewielka, z bardzo już wybitnych zdolności, albo na odwrót, z zarozumiałéj ograniczoności złożona. Ogromna większość pogarnie się najpewniéj ku miejscom niezajętym, skromnym, wielu trudów i wyrzeczeń się wymagającym, lecz pociągającym właśnie może przez tę gorzkość, którą dusza głodna za słodycz przyjmuje.
O lekarkach i możności istnienia ich w kraju naszym, bez nadwerężenia pracy męzkiéj w tym kierunku, albo z nadwerężeniem jéj tam tylko, gdzie ona niedołężną jest, lub niewystarczającą, mnóztwo jeszcze rzeczy powiedziéć-by można. W zamian, o nauczycielkach parę zaledwie uwag uczynić potrzeba. Nikt, nigdy, nigdzie nie usuwał kobiety od czynności nauczania młodych pokoleń. Nietylko prywatne, ale i publiczne nauczycielstwo wszędzie już stoi przed niemi otworem. U nas, postronne okoliczności zwężają szranki tego ostatniego. Jest to fakt, który może utrudnić znacznie zarobkowanie i działalność nauczycielek, ale który ich przecie z powierzchni ziemi nie strąca i nie strąci. W taki lub w inny sposób, z większym lub miejszym dla siebie pożytkiem, kobiety nauczają i nauczać muszą, a skoro tak jest, stokroć korzystniéj było-by dla nich i dla społeczeństwa, jeśli-by pracę swą pełniły z jak najwyższém możliwie wykształceniem naukowém, i jak najwyższą więc skalą umysłową, od któréj w znacznéj części zależy skala moralna. Trudno doprawdy odgadnąć, jaką szkodę ponieść-by mogli nauczyciele-mężczyzni, jeśli-by pracujące w zawodzie nauczycielskim kobiety przystępowały do pracy swéj po skończeniu uniwersyteckiego kursu filologicznego, matematycznego lub przyrodniczego, albo po kilkuletnich studyach w jakimś instytucie pedagogicznym. Być może zresztą, iż doskonalsza, a zatém bardziéj poszukiwana praca kobiet, zmniejszyłaby nieco poszukiwanie, a zatém i cenę pracy męzkiéj na polu nauczania prywatnego. W porównaniu jednak z pożytkami, jakie przynieść-by ona mogła młodym pokoleniom, jest to szkoda drobna i przejściowa.
Nakoniec, czy myślicie, że lekarki i nauczycielki nie będą wcale wychodzić za mąż i zostawać żonami, i matkami, i paniami domów? Co do lekarek... być może, iż mężczyzni uczynią przeciw nim taki spisek, aby je na koszu osadzać, a przez to inne niewiasty od zawodu tego odstręczać, chociaż znowu wątpię, aby do spisku takiego ludzie innych zawodów, niż lekarski, przystępować zgodzili się, coby skuteczność jego w niwecz prawie obróciło. Ale co do nauczycielek, próba już oddawna dokonana. Wychodzą one za mąż — bardzo często. Wprawdzie nie kończyły dotąd wyższych kursów naukowych, ale ponieważ ich ukończenie nie pozostawia po sobie, o ile wiem, ani na ciele, ani na duszy takich śladów, jak np. ospa, pewném jest prawie, że i nadal rutka nie będzie powszechnym ich udziałem. Więc najprawdopodobniéj będą one od czasu do czasu wychodziły za mąż, a w takich razach zdobyta przez nie nauka dopomagać będzie, stosownie do okoliczności, do fizycznego wyżywienia rodziny, albo téż tylko do podnoszenia umysłowego i moralnego jéj poziomu. Wszakże być może, iż kobieta, przyzwyczajona do poważnéj i trudnéj pracy, uszlachetniona obcowaniem z ideałami myśli i dążeń ludzkich, wprawiona w zwyciężanie saméj siebie, mniéj będzie marnotrawną, kapryśną, lekkomyślną żoną, matką i obywatelką, niż ta, któréj studya obejmowały: zwierciadło, turniurę, francuzczyznę, a w najlepszym razie 365 obiadów pani Ćwierczakiewiczowéj. Mówię w najlepszym razie, bo naturalnie bez porównania wyższą cenę społeczną posiadają te, które zarządzić umieją 365 obiadami, niż te, które wiedzą, w jaki sposób najładniéj ułożyć na sukni 365 falbanek. Niemniéj najwyższą już społeczną wartość posiadać będzie ta naczelniczka rodziny, która potrafi nietylko zarządzić obiadem, ale na niego w razie potrzeby zapracować, a jeżeli przez męża jest zapracowanym, nie zjeść go w jeden dzień, gdy wystarczyć powinien na dni sto, i nie odpłacić się mężowi za zapracowanie go poniewierką pracy jego, a częstokroć nawet serca i honoru. O dzieciach niéma tu co i wspominać. W podniesieniu skali umysłowéj, a zatem i moralnéj, matek, spoczywa kwestya zniknięcia z naszych domów i ulic tych małych lordzików i madamek, których widok octem i żółcią jest dla każdego rozsądnego i kraj swój kochającego człowieka; w niém-to spoczywa przeważnie słowo trudnéj zagadki: jakim sposobem rodzina i domowe nauczanie oczyszczać ma z zarazków atmosferę szkoły.




Nakoniec kilka słów o tém, jakie warunki posiadać powinien wyższy zakład naukowy dla kobiet, o którego blizkiém u nas powstaniu krążyć zaczynają nieokreślone pogłoski. Raz jeszcze powtarzam, że nie wiem wcale, czy w tych pogłoskach jest cokolwiek prawdy; ale samo przypuszczenie ich prawdziwości nasuwa obawy, aby przedsiębrane dzieło, bardzo w położeniu naszém trudne i kosztowne, przez krzywość fundamentów swych nie stało się marném strwonieniem trudów i kosztów. Fundamenta wyższego naukowego zakładu dla kobiet były-by fatalnie skrzywionemi, gdy inicyatorowie téj roboty zacieśnili zakresy naukowych kursów i rozwodnili je naukowym dylettantyzmem, albo utracili z widoku jeden z celów wyższego nauczania: ekonomiczną potrzebę zdobywania sobie chleba przez uczennice zakładu, za pomocą otrzymywanych w nim nauk i na mocy wyniesionych z niego prawnych przyzwoleń, czyli patentów.
Obawiać się tu bardzo należy panującego u nas rozróżniania nauki dla mężczyzn i nauki dla kobiet, czyli wywarzania z nauki ku użytkowi tych ostatnich przyjemnych perfum dylettantyzmu. Drugą przyczyną do obawy jest znane nasze zamiłowanie do salonowego przedewszystkiém tresowania kobiet, połączone z niechęcią ku zarobkowéj pracy niewieściéj, mogące sposobowi kształcenia w zakładzie nadać cechy arystokratyczne, a dla przyszłego zarobkowania uczennic uczynić je bezpożyteczném.
Jeżeli wyższy zakład naukowy dla kobiet ma przynieść istotne pożytki, powinien być oparty na podstawach zupełnie wolnomyślnych i demokratycznych. Żadnych uszczupleń i przyozdabiań nauki, żadnych rozróżniań, o czém kobiecie wiedzieć wolno, a o czém nie wolno, żadnych fatałaszek umysłowych lub artystycznych, przydatnych tylko do salonowych popisów i łatwiejszego zachwycenia oczu i uszu ludzkich; usunięcie, o ile tylko niezależne od nas przyczyny zezwolą na to, wszelkich przeszkód do następnego praktykowania zawodów, odpowiednich ustanowionym kursom. Jeżeli zakład ten udzielać będzie nauki w pełném i poważném tego wyrazu znaczeniu, i jeżeli wychowankom swym zdoła otworzyć drogi odpowiednich prac zarobkowych; wiedzę i możność zarobkowania czerpać z niego będą kobiety istotnie zdolne i pracować pragnące, rychło zaś odpadną od nich pretensye, nieuzasadnione na rzeczywistych zdolnościach i próżności, pragnące sawanteryi, jako jednéj sukni, albo jednego czepeczka więcéj. W przeciwnym razie, tym-to tylko pretensyom i próżnościom udzieli on jednéj więcéj zabawki błyszczącéj i jednego jeszcze narzędzia kokieteryi; rzetelne zaś zdolności i szczera dobra wola, albo karléć i marniéć będą, albo, jak dotąd, na obczyźnie, z nieobliczoną sumą cierpień i stratą sił, szukać tego, czego u siebie znaléźć nie mogą. Jeżeli istotnie powstać ma u nas wyższy naukowy zakład dla kobiet, czynność jego może być dwojaką: przysporzy on krajowi umysłów światłych, rąk pracowitych i istnień od niedostatku i poniżeń wyzwolonych, albo dopomoże pewnéj liczbie pań i panienek do zabijania czasu sposobem modnym, bo nowym, rozszerzy teren dla popisów niewieścich, obdarzy społeczeństwo jednym jeszcze rodzajem Księżniczek na Wątorach. Zależéć to będzie od mniéj lub więcéj wolnomyślnego uznania powagi i dobroczynności nauki, komukolwiek, mężczyznie lub kobiecie, była-by ona udzielaną, i od demokratycznego poszanowania zarobkowéj pracy, ktokolwiek-by przez nią, mężczyzna czy kobieta, zdobywać chciał zabezpieczenie tak fizycznego bytu swego, jak moralnéj, ludzkiéj godności. Jeżeli umyśliliście nakoniec udostępnić naukę kobietom, czyńcie to z myślą nie o tych, które pragną przez nią upiększać się i upiększać swoje próżnowanie, ale o tych — jedynie jéj godnych — które bawidła w postaci nauki przyjąć nie zechcą, bo zbyt szczerze kochają i czczą naukę, aby zadowolnić się byle jakim jéj surogatem, i są zbyt ubogie, aby kilka lat życia poświęcać dla zdobywania czegoś, co im i ich rodzinom nie da w przyszłości żadnych korzyści praktycznych, korzyści, na których one, zresztą z zupełną słusznością, opierają nadzieję wielu moralnych zdobyczy własnych i społecznych.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.