O sprawach kobiet/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł O sprawach kobiet
Podtytuł Listy o kobietach
Pochodzenie O kobiecie
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1888
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe studium
Pobierz jako: Pobierz Całe studium jako ePub Pobierz Całe studium jako PDF Pobierz Całe studium jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
I.

Gdyby abstrakcye mówić mogły, idea postępu kobiet na drogach nauki i pracy zawołała-by z westchnieniem: „Och, i ja także byłam w Arkadyi!“
Była ona w Arkadyi przez lat kilka, następujących po roku 1870. Był to czas ogólnego i nader żywego zajmowania się nią i prasy, i publiczności, czas roztrząsań, sporów, projektów, nadziei. Ruch ten powstał z przyczyn ważnych i licznych, lecz choć przyczyny wciąż trwały — nagle ustał. W piśmiennictwie, jakby na rozkaz czarnoksięzkiéj różdżki, przestano zajmować się tém, czém się przez czas jakiś gorączkowo zajmowano, a jeśli ktokolwiek ośmielał się wracać do zaniechanego przedmiotu, odpowiadano mu okrzykiem: „dość słów, do czynu!“ Bohaterski okrzyk! Godnym on byłby, zaiste, uwielbienia potomności, gdyby zagrzana przezeń armia, jak jeden mąż rzuciła się — do czynu. Ale niestety, słowa umilkły i czynów nie było. W dziedzinie różnorodnych dążeń i interesów kobiet naszych stało się znowu „cicho, pusto, smutno... jak gdy szczęście minie!“
Naprowadza to do głowy wiele smutnych myśli. Przedewszystkiém, przyznać sobie musimy, że ze zdolności do życia i ruchu całkowicie obranymi nie jesteśmy, bo wśród haseł współczesnéj ludzkości niéma bodaj takiego, które-by w mózgach naszych przez chwilę nie mieszkało, ani pomiędzy węzłami spraw zbiorowych takiego, którego-byśmy przez chwilę rozplątywać nie probowali. Tylko, że wszystko bywa u nas chwilą, iskrą, dźwiękiem. Chwila przemknęła, iskra zgasła, dźwięk umilkł. Cicho znowu. Po wyjściu z krótkiéj kąpieli myśli, wodzowie usypiają na laurach, armia upuszcza broń i ze skrzyżowanemi ramiony z cicha sobie lamentuje. Nad rzekami Babilonu milczą harfy, zawieszone na drzewach...
Gdzieindziéj inaczéj! inaczéj! inaczéj! Gdzieindziéj pod zasiew wszelki orze się grunt mozolnie i długo, a gdy roślina wschodzić poczyna, troskliwe ręce i głowy czuwają nad jéj wzrostem i dojrzewaniem.
Dla czego nas na siejbę stać, a na pielęgnowanie zasianych ziarn nie stać?
Czy idee, jak ptaki w powietrzu duszném i trującemi pierwiastkami nasyconém, chwilę tylko żyć mogą i wnet z omdlałemi skrzydły na ziemię padają?
Czy ludzie, jak dzieci, gdy droga kamienista jest i stopy ich rani, po kilku krokach zamiast iść daléj, siadają i płaczą lub usypiają?
Czy w zbiorowym organizmie naszym braknie tego nerwu, który innym, w najbardziéj nawet kruszących okolicznościach, daje moc mrówczéj pracy i niezłomnego wytrwania.
Jakkolwiekbądź, czynnością, spełnianą zwykle przez słowo, tak bardzo pogardzać nie należało. Słowo jest spichrzem, do którego ludzkość składa swe doświadczenia i wiadomości, jest ono organem, wypowiadającym jéj potrzeby i pomysły, drogowskazem, skalpelem, bojową muzyką. W téj sprawie, jak we wszystkich innych, spełniać ono winno wszystkie te czynności. Dobrze to bowiem czy źle, wesoło czy smutno, ale tak jest, że społeczność kobieca, wskutek przyczyn dziejowych, wychowawczych, ekonomicznych, z saméj natury pochodzących, lub sztucznie wytworzonych, posiada swoje odrębne przymioty, przywary, słuszne lub niesłuszne żądania, swoje odrębne niedostatki, tak moralne jak umysłowe, i z nich pochodzące potrzeby zaradczych środków, swoje upragnienia materyalnego bytu i wszechstronnego postępu. Tak dzieje się z każdą grupą społeczną, którą setki albo tysiące lat w pewien sposób kształtowały. Kobiety stanowią jednę z grup takich, a rozważanie właściwych jéj cech i interesów, jak téż do pewnego przynajmniéj stopnia kierowanie niemi, nie jest bynajmniéj pustą igraszką słów, lecz takiém samém oraniem gruntu pod społeczne żniwa, jak to, które dopełnia się na wszelkich innych punktach zbiorowego życia. Zresztą tu, jak gdzieindziéj, powstają coraz nowe zjawiska, na które wypada zwracać uwagę ogółu, albo prostować panujące o nich opinie. Takich zjawisk, od czasu, gdy całkiem prawie przestano zajmować się t. zw. kwestyą kobiet, powstało sporo. O jedném z nich przedewszystkiém pomówić pragnę z wami, czytelnicy i czytelniczki, dla tego przedewszystkiém, że boli ono, jak cierń, utkwiony w sercu, iż o niém to właśnie najgłębsze pośród nas zachowuje się milczenie.




„Ponieważ w porze, w któréj Afrodyta wyłaniała się z piany morskiéj, nie było na świecie żadnego uniwersytetu dla kobiet, uniwersytet taki nie jest i nigdy potrzebnym być nie może.“
Co to? Są to słowa, wyjęte z rozprawki nieżyjącego już dziś pisarza, którą każdy przeczytać może, jeśli zechce przerzucić feljetony „Gazety Polskiéj“ z 1870 czy 1871 roku.
Wszystko na świecie przemija, ale teorya, w słowach powyższych zawarta, pośród nas nie przeminęła. Jaka teorya? Ta, która ze słów powyższych wysnuwa się, jak nić z kłębka. „Ponieważ Afrodyta, wyłaniająca się z piany morskiéj, żadnego wcale uniwersytetu nie potrzebowała, aby módz na niebie i ziemi właściwe sobie zadanie pełnić, zatem i dzisiejsze kobiety pełnić mogą zadania swe bez pomocy żadnego uniwersytetu, czyli, najstaranniéj biorąc przykład z Afrodyty, jak tylko momożna najogólniéj stawać się Afrodytami.“
Głupstwo! zawołacie. Najpewniéj, ale niezmiernie rozpowszechnione i trwałe. Trwałość jego widziéć można we wstręcie, dziś jeszcze wstrząsającym nasz ogół na samę wzmiankę o naukowéj instytucyi, która przecież w wielu już miejscach istnieje i pożyteczne owoce przynosi. Nad przyczynami tego wstrętu w téj chwili zastanawiać się nie będę, powiem tylko, że głębokiéj niewiadomości rzeczy tego świata przypisać należy mniemanie, jakoby budowanie płotów i wystawianie strachów niedopuścić mogło tego ptaka, który nazywa się duchem czasu. Ciekawość umysłowa, popęd do nauki, potrzeba zdobywania bytu o własnych siłach, stały się w czasach naszych tak powszechnemi i mocnemi, że pewna grupa kobiet naszych uledz im musiała. Wytrącony z jednego koryta prąd ten znalazł sobie inne. Nie posiadając możności zdobywania naukowego wykształcenia w kraju własnym, kobiety owe idą po nie gdzieindziéj. Jozue biegu ziemi około słońca nie zatrzymał. Nie powstrzymali biegu jednéj ze spraw społecznych przeciwnicy jéj u nas, tylko może znakomicie go wykrzywili. Co tu robić? Naturalnie, milczéć. Z dzielną pomocą przychodzi tu metoda kierowania publicznemi sprawami, trafnie przez kogoś nazwana — kuropatwianą.
Kiedy w zimowéj porze kuropatwa zobaczy myśliwego, zamiast obmyślać i dokonywać jakikolwiek plan ratowania się, coprędzéj chowa głowę w śnieg i cichutko siedzi. Bóg jeden wiedziéć może, co wydaje się wtedy biednéj ptaszynie: czy że myśliwy jéj nie widzi, czy że myśliwego niéma, bo go ona nie widzi? Ludzie, posługujący się metodą kuropatwianą, gdy tylko ujrzą społeczne zjawisko, które łask ich nie posiada, odwracają się i wołają: „To nie istnieje! tego wcale u nas niéma!“ Boże! czego to już u nas niéma, o czém każdy rozsądny człowiek wié, że jest. Ze strony patrząc, lękać się można, aby ta metoda nie doprowadziła nas do tego, do czego doprowadza zwykle piérwszą wynalazczynią, kuropatwę. Siedzi ona sobie biedaczka z główką w śniegu i powtarza: myśliwego niéma! niéma! niéma! a myśliwy tymczasem zwraca ku niéj otwór zabójczéj broni... Samotny orzeł, zgóry przypatrujący się niesfornéj kuropatwianéj strategii, wié może i myśli, iż biedne ptaszę dla tego zginęło, że głowę w śnieg schowało przed prawdą, przed prawdą, która na wyniosłéj skale siedzi, wyniosła i surowa, promienistą strzałą wskazuje drogi tym, którzy wpatrują się w jéj oblicze, a przebija tych, którzy od niéj odwracają oczy.
Jakkolwiekbądź, grobowém milczeniem głośno wołamy: „Kobiet, oddających się studyom naukowym, u nas niéma. Studentki Polki nigdzie na świecie nie istnieją! nie istnieją! nie istnieją.“
Otóż, chociaż-bym miała w oczach waszych uchodzić za niemoralną realistkę, lubiącą rozprawiać o rzeczach nieprzyzwoitych i wygrzebywać na jaw to, czego inni nie życzą sobie widziéć, chociażbyscie mieli nazwać mnie gęsią kapitolińską, mącącą spokój drzemiących na świętéj górze Jowiszów, powiedziéć muszę to co wiem, to co widzę i słyszę dokładnie... Bywaj mi zdrowy, smaku wykwintny, którybyś mógł, zamiast gęś kapitolińską, królewiątko ze mnie uczynić! bywaj mi zdrowa, dyplomacyo z obliczem Janusa, która-byś mogła dać mi w gronie Jowiszów spokojne drzemanie...
Głowy w śnieg, panowie i panie! Studentki polki istnieją!
Stało się! teraz już nie pozostaje mi nic więcéj, jak wszystko powiedziéć: gdzie istnieją one? jak istnieją? ile ich jest, jakie społeczne znaczenie do istnienia ich przywiązywać należy? jakiemi są ujemne i dodatnie strony tego osobliwego zjawiska?
Przedewszystkiém, gdzie one istnieją?
Zaraz. Niedaleko. Nie pojedziemy po nie za granicę. Pewna ich ilość znajduje się wprawdzie we Francyi i uczęszcza na wyższe naukowe wykłady, które były francuzki minister oświaty, Wiktor Duruy, utworzył dla kobiet przy paryzkiéj Sorbonie. Kształcą się téż one w wyższych naukowych szkołach Genewy, Bernu, Zurichu, a być może, iż znaleźlibyśmy je także w Pradze Czeskiéj i w różnych miastach angielskich, belgijskich, włoskich, bo, rzecz zdumiewająca! tych kwadratur koła, jakiemi są dla nas wyższe naukowe zakłady dla kobiet, wynaleziono już tyle, ile jest w Europie głównych ognisk oświaty, o czém przekonać się można, przeczytawszy choćby książeczkę niejakiego pana Trasenstera, rektora uniwersytetu w Liéges. Temu p. Trasensterowi przyszło do głowy otwierać rok akademicki mową o kwadraturze koła. Wydrukowana potém mowa ta, sprawiła w Europie spore wrażenie, tak zawartemi w niéj myślami o naukowém kształceniu kobiet, jak ciekawą statystyką, dotyczącą właśnie téj kwadratury. Rzućmy na nią krótkie spojrzenie.
Uniwersytet Zurychski posiada studentek 20, z których 11 na fakultecie medycznym, 9 na filozoficznym; w Bernie jest ich 30, z których 27 studjuje medycynę, 3 filozofią; w Genewie są one w liczbie 53, przeważnie na kursach literackich. Londyńskie University College otwiera przed kobietami wszystkie swe kursa i udziela wszystkich odpowiednich dyplomów i stopni. W Cambridge studyuje obecnie 100 kobiet, pomiędzy któremi (słuchajcie! słuchajcie!) znajduje się panna Gladstone, córka angielskiego piérwszego ministra. Szkoła kliniczna londyńska, zwana Royal Free Hospital, udziela nauk swych stu kobietom. W jéj téż szpitalach 26 kobiet zajmuje się praktyką lekarską, kilka zasiada na jéj profesorskich katedrach, a jedna z uczennic otrzymała w r. 1881 złoty medal za prace anatomiczne. W Niemczech otworzyły dla kobiet uniwersytety swe: Getynga i Monachium. We Włoszech uczą się one przy uniwersytecie Bolońskim. W Paryżu, od r. 1871 udostępniono im kursa medyczne, przyrodnicze i literackie, i do téj chwili rozdano 133 naukowe dyplomy. Wszystko to w Europie. W Ameryce zaś...
Ah, Ameryka, to także rzecz nieprzyzwoita. Nie należy nagromadzać mnóstwa okropności naraz i trzeba umieć zachować miarę. Nie pojedziemy więc do Ameryki, témbardziéj, że nie mieliśmy wcale jechać za granicę, ale do króciutkiéj wycieczki skusiła nas tylko statystyka pana Trasenstera, bardzo zresztą niedokładna. Niéma w niéj cyfr ani dla Niemiec, ani dla Czech, ani szczególniéj dla Szwecyi, która jednak w sprawie téj więcéj od krajów innych miała-by czém popisać się lub, jak by kto inny powiedział, czego się zawstydzić. Niéma téż w niéj podziału uczących się kobiet na narodowości, i dla tego, imionom miast i cyfrom przez uczonego Belgijczyka wypisanym przypatrując się, zadawałam sobie w myśli pytanie: „Ile tam jest was, zwrotek naszéj pieśni, westchnień naszéj doli.“
Pożądaném było-by, aby Polki, uczące się w wyższych zakładach naukowych za granicą, zgromadziły na pytanie to dokładną odpowiedź.
Tymczasem zwróćmy oczy nasze w inną stronę, o! nie w tę bynajmniéj kędy „kapią bluszcz i róże“ ani w tę, gdzie „pomarańcze i cytryny kwitną.“
W roku 1878 staraniem i kosztem ludzi prywatnych założoną została w Petersburgu szkoła naukowa dla kobiet, z programatem uniwersyteckim, z trzema oddziałami: przyrodniczym, matematycznym i literackim. Od imienia głównego założyciela swego nosi ona nazwę szkoły Bestużewskiéj. Kursa jéj trwają lat cztery. W roku 1881—2 ogólna liczba słuchaczek dosięgała liczby 1000.
W roku 1868 otworzono przy Akademi Petersburskiéj medycznéj kursa lekarskie dla kobiet, z programatem ciaśniejszym od takichże kursów męzkich. W r. 1876 zaś powstały tam oddzielne od Akademii, pełne wykłady nauk medycznych, które przed niedawnym czasem, dla braku odpowiednich funduszów, czasowo zapewne zawieszonemi zostały. Wykłady medycyny akademickie i oddzielne kursa posiadały od powstania swego słuchaczek 959. Ilość ich w Akademii w roku wyżéj wymienionym wynosiła 459.
W roku 1878 założono tamże kursą pedagogiczne trzyletnie i mający cztery oddziały: literacki, języków nowożytnych, matematyczny i przyrodniczy. Ilość słuchaczek zakładu tego nie jest mi znaną.
Oprócz trzech wymienionych, istnieją jeszcze w Petersburgu szkoły dla kobiet: akuszeryjna i felczerska.
W cyfrach powyższych, wynoszących tysiące, ileż znajduje się tych, o których dopytują się szczególne sympatye i interesa nasze? Wiadomości o nich czerpałam wprost ze źródła; bardzo jednak być może, iż zachodzą w nich mimowolne niedokładności, które niech znowu ktoś, będący u źródła, sprostuje.
Kursów Bestużewskich słuchało w r. 1882—3 Polek 60, medycynę studyowało 28, w szkole pedagogicznéj uczyło się 24. Wszystkich razem 112. Liczba ta zwiększoną być powinna przez uczennice szkół felczerskiéj i akuszeryjnéj, o których nie posiadam wiadomości żadnéj, a także nie włączyłam w nią 117 żydówek, przybyłych tam z kraju naszego, lecz o których nie wiem, jak są pod względem naradowościowym skierowane.
Oto ile ich tam jest. Jak chcecie: i mało to, i wiele. Mało, wobec miliarda z górą ludzi, glob ziemski zamieszkujących; wiele w stosunku do ludności kobiecéj jednego kraju, takiego kraju, w którym co krok to kamień, a co krok specyalnie kobiecy, to kamieni — dziesięć.
Chciała-bym ukazać wam wszystkie kamienie, o które uderzają się te podróżnice, aby widokiem ich przekonać was o pewnéj właściwości przedstawionego przez nie społecznego zjawiska, o bardzo ważnéj i rozstrzygającéj właściwości, którą przecież wymienię nie wprzódy, aż szybkiém spojrzeniem przeliczymy owe kamienie. Czy przeliczymy je dokładnie? Wątpię; na to bowiem, aby znać wszystkie cierpienia człowieka, trzeba żyć jego sercem, jego myślą i jego ciałem, trzeba, co najmniéj, zjeść z nim beczkę soli, albo téż, jakby pewnie w tym wypadku było, zjadać z nim jego twardy i tylko potem trudu okraszony kęs chleb. Zdala patrząc, widzi się tylko cienie cierpień...
Powiedziałam już wyżéj, że róże tam nie kapią, pomarańcze nie kwitną. Natomiast, siekące wiatry chłoszczą olbrzymie nawały granitu, piekące mrozy sięgają do szpiku ludzkich kości, gęste mgły pod nizkiém niebem mieszają się z cuchnącemi wyziewami trzęskiego gruntu i mętnych wód stolicy. Dla tych, którzy tam urodzili się i wzrośli: to nic; nic to także i dla tych, którzy krótkie swe odwiedziny uprzyjemniają tam sobie uczęszczaniem do teatrów, muzeów, bibliotek; nic jeszcze, albo prawie nic i dla tych, którym wykwinty cywilizacji ogrzewają, wentylują i kanalizują klimat wszelki. Ale tym, którzy w wieku rozkwitania przybyli z szerokich i świeżych niw wiejskich, albo małoludnych i na sposób prawie wiejski uorganizowanych miasteczek naszych; tym, którym materyalne wytwory cywilizacyi pozwalają tylko zdala na siebie patrzeć; tym, którzy karmią się szarańczą i miodem leśnym, a nie odziewają się w zwierzęce skóry — ciężko i niezdrowo. Wichry i mrozy, wyziewy i woda rychło im niszczą zęby i z głowy wydzierają włosy; nad ich nerwowemi systematami sam mistrz Charcot zadumał-by się smutnie, a organa trawienia...
Szarańcza i miód leśny, to tylko przenośnia; lecz kto wié, czy żywiący się niemi Palestyńscy Esseńczycy nie znajdowali w nich ilości azotowych czy tam białkowych materyi, dostatecznéj dla akuratnego odżywiania swych organizmów. Co innego w olbrzymiéj stolicy. Posiada ona tę własność, że pokarmy, zawierające w sobie owe materye, jako to: chleb, mięso, jaja i t. d., są bardzo drogie. Bardzo drogą jest izdebka z nagiemi i zimnemi ścianami, która z wysoka, z nad pięciu lub sześciu piętr ogromnéj kamienicy, zamarzłemi szybami na świat spogląda; bardzo drogą jest odzież, niewiele pod względem przechowywania cieplika różniąca się od odzieży Esseńczyków, którzy żadnéj wcale odzieży nie nosili; niesłychanie, niedostępnie już drogiemi są sierścią obrosłe zwierzęce skóry...
Dla zdobywania sobie tych wszystkich drogocenności, jakież środki pieniężne posiadają uczące się tam rodaczki nasze??
Oto na 40 z pomiędzy nich, miały:

2
po
rsr.
10
miesięcznie
6
15
8
20
9
25
1
28
6
30
1
40
3
50
  3   stół i mieszkanie u krewnych i pomoce niestałe.
  1   stół i mieszkanie u bardzo ubogiéj matki.

To są najbogatsze. Wykazując bogactwa swe, niektóre z nich do wyżéj wymienionych maluczkich cyferek dodają jeszcze: pokoik za dwie godziny lekcyi codziennie; albo: obiad za doglądanie kuchni; albo: obiad za kilka godzin dozoru nad dziecinnym ogródkiem. Same zaś owe cyfry pochodzą w części od rodziców lub krewnych, w części z udzielania lekcyi, bardzo źle wynagradzanych. Wśród tych czterdziestu, trzy udzielają wyłącznie lekcyi języka polskiego; jedna ze szczęśliwych posiadaczek 30-tu rubli miesięcznego dochodu trzecią jego część, czyli rubli 10 miesięcznie, przysyła ubogiéj matce, pozostałéj daleko, w nadniemeńskich stronach.
Ale, po-za temi najszczęśliwszemi, są i takie, o których na odnośne zapytanie otrzymuje się odpowiedź: udziela lekcyi, dochód niestały; albo — udziela lekcyi, stałego dochodu wykazać nie może. Co ma znaczyć: lekcye czasem są, a czasem ich niéma; albo: czasem są siły do udzielania lekcyi, a czasem ich niéma — a wtedy co? Czy widzicie cokolwiek za temi cyframi i za tym brakiem cyfr? Znowu przepraszam, że powiem rzecz nieprzystojną, grubijańską, drażniącą nerwy dobrze wychowanych ludzi. Za temi cyframi i za tą niemożnością wykazania jakiéjkolwiek stałéj cyfry, po prostu mówiąc, widzę głód. Tylko w jedném miejscu jest on tu względnym i do przeniesienia lżejszym, w drugiém sroższym i absolutniejszym, gdzieniegdzie zaś dochodzi do takiego stopnia absolutności, że, jak o tém donoszą ze źródła... panowie i panie! wzywam do najszybszego zanurzenia głów w śniegu! — jak donoszą o tém ze źródła, corocznie przecięciowo dwie z pomiędzy tych kobiet — umierają tam z głodu.
Z pod śniegu dochodzą mię głosy: „tego niéma! tego niéma! alboż człowiek, żyjący w uspołecznionéj ludzkości, może umrzéć z głodu? W każdém mieście przecież są kościoły i ludzie! Czyż chrześcijanie i ludzie nie ratują przepadającego człowieka?“
Kiedyś, królowa jakaś, w złocistéj karecie przebywając kraj, dotknięty klęską głodową i widząc tłumy wybladłe, wynędzniałe, zgłodniałe, pełna wzniosłéj litości zawołała do świetnego otoczenia swego: „O nieszczęśliwi ludzie! dla czegóż nie żywicie ich choćby chlebem z masłem?“ Wiara we wszechbytność i wszechskuteczność pomocy ludzkich jest tém samém, co ów chleb z masłem owéj królowéj. Pocieszają nią innych i nadewszystko uspakajają samych siebie ci, którzy przebywają świat w złocistéj karecie idealizmu. Wygodna to kareta, piękna, na miękkich resorach kołysząca do drzemki, umajonéj cudnemi snami, ale szyby jéj są w ten sposób zabarwione, że z za nich cały świat ukazuje się w tęczach i podlatuje ku niebu. Idealizm zawiera w sobie wiele stron pięknych i dusz wzniosłych, ale to mu najbardziéj mam do zarzucenia, że widzi wszędzie doskonały chleb z masłem. Tymczasem skromny turysta ludzkości, którego żadne resory do majowych snów nie kołyszą, który pieszo chodzi po świecie i własnemi oczyma, z blizka, czasem tylko przez mikroskop, przypatruje się świata tego zjawiskom, turysta ten który widzi to wszystko, na co patrzy, i po prostu opowiada ludziom to, co widzi, a nosi w zamian obrzydłe imię realisty, wié dobrze, że są na ziemi miejsca, z których nietylko chleb z masłem, ale nawet najlichsze ziele nie wyrasta, że w uspołecznionéj ludzkości są śmierci głodowe różne: szybkie lub powolne, z moralnych lub fizycznych, lub obu razem głodów, bez pomocy, bez ratunku, bez współczucia, samotne... Te śmierci, o których mówię, są powolne i samotne. Nie należy bowiem mniemać, że ten tylko z głodu umiera, kto przez dni 9 z rzędu nie odżywia niczém organizmu swego. Zapytajcie o to fizyologów, a oni opowiedzą wam cały ten proces długi, tajemniczy, trudny zrazu do dostrzeżenia, potem, stopniowo, coraz widoczniejszy na zewnątrz, coraz cięższém brzemieniem obarczający stopy i mózg, aż wypalą się źle zastępowane komórki tkanek i nerwów, i kędyś, wysoko, nad pięciu lub sześciu piętrami wielkiéj kamienicy, za martwą źrenicą zamarzłych szyb, wśród ścian zimnych i nagich, istota ludzka z jękami strasznych męczarni, albo w ciszy usypiającego dziecięcia, uśnie na wieki. Daleko, strasznie daleko ztamtąd do niw, które ją zrodziły i na których rozlega się mowa ta, któréj tu nauczała; daleko, daleko od rodzonéj matki, któréj w nadniemeńskie strony przesyłała ona trzecią część tego kęsa chleba (bez masła), który za małym był, aby dłużéj utrzymać w niéj życie...
Dwie tedy przecięciowo corocznie zdarzają się pomiędzy niemi śmierci głodowe, powolne i samotne. Bardzo wiele za to jest takich, które umierają częściowo, czyli w fizycznych niedostatkach, zjednoczonych z nadmiarem pracy, w drażniących i niezdrowych wrażeniach stolicy wielkiéj i obcéj płowieją na ciele i duchu, gubią coś z sił swoich cielesnych i skarbów duchowych, czego nie odnajdą już nigdy, lub odnajdywać będą potem przez nowe trudy i męki ciała i ducha.
Wspomniałam przed chwilą o moralnym głodzie. Nie jest on lżejszym do przeniesienia, ani zdrowszym od fizycznego. Widnokrąg, napełniony rodzinnemi widokami, i atmosfera, brzmiąca dźwiękami mowy, do któréj słuch i serce przywykły, poufałość twarzy, z których każda, chociaż nieznana, gotowa cię zawsze w twoim języku zapytać: jak się masz? i nici sympatyi, które snują się wśród téj wielkiéj rodziny, jaką jest naród, — żywią i wzmacniają niemniéj jak azotowe materye, bo moralne przedewszystkiém, lecz i fizyczne także. Fizycznie i moralnie cierpiéć musi człowiek, który za mało jada; moralnie i często fizycznie cierpi także ten, który jest za mało kochanym.
One tam nic nie mają z tego, co jest przyzwyczajeniem, wspomnieniem, łatwą poufałością, życzliwością wrodzoną, interesem wspólnym, obowiązkiem i zarazem chęcią współpomocy. Czy im granitowe podścieliska dalekiéj stolicy kłosy i kwiaty rodzinnych pól przypominają? Czy marmury pałaców i cegły olbrzymich kamienic mówią im cokolwiek o domowych ich bogach? Czy od nich ku otaczającym je tłumom i od tłumów tych ku nim snują się złote nici pokrewieństw, znajomości, stosunków, wspomnień, obowiązków, przekazywanych często przez pokolenie pokoleniu, z okolicy w okolicę, z pamięci w pamięć? Czy one na cokolwiek potrzebne tym tłumom? Czy są one ich córkami, nadzieją ich przyszłości, czémś, czemu dopomagać, co ochraniać i pielęgnować rozkazywały-by im uczucia lub zalecało sumienie? Nic wcale z tego wszystkiego, zupełnie nic. W zamian, niezmierny gwar i szum różnych języków, żądz, namiętności, wzajemnych spychań się z pod słońca, zażartéj gonitwy za zyskami i uciechami życia, — gwar i szum jeszcze mnóstwa pojęć, z których każde młodą duszę ogromnemi hałasami pod sztandar swój werbuje.. Dusza ta jest tam jako liść w burzliwém przestworzu, miotają nią jak chcą krzyżujące się wichry...
Wspomniałam wyżéj, że, patrząc na nie zdaleka, dostrzegam i opisuję tym razem tylko cienie cierpień. Ale i one już wywołać mogą z ust waszych pytanie: „Więc dla czegoż te młode kobiety przechadzają się po takiéj kamienistéj drodze? Wszak nikt im nie przeszkadzał, a przeciwnie, wszystko i wszyscy zachęcali do tego, aby siedziały w domu i len przędły.“
Otóż to; w tém „dla czego“ spoczywa jądro zagadnienia. Istotnie, co ich popchnęło do tego spaceru po bruku obcéj stolicy, w towarzystwie ciężkiéj pracy, niedostatków wszelkiéj natury, niekiedy z głodową śmiercią w końcu?
Opowiadam: konieczność.
Bogowie! jak-by się świat wasz na lepsze odmienił, gdyby w umysłach ludzkich słowa: tak być powinno! zamienić się mogły na słowa: tak być musi! Uznanie konieczności, a więc niezwyciężoności zjawisk, tak naturalnych jak społecznych, oszczędziło-by ludziom mnóztwa trudów i ochroniło-by ich od mnóstwa błędów. Gdyby rycerz z Lamanszy wiedział, że wiatrak jest i musi pozostać wiatrakiem, nie usiłował-by powstrzymać pędu jego skrzydeł i nie został-by przez nie tak srodze okaleczonym. Cobyśmy powiedzieli o człowieku, który-by usiłował piersią swą odpychać fale przypływającego morza? Wszyscy mniéj więcéj czynimy tak samo. Wysilamy się na pchanie wstecz zjawisk, które się nam nie podobają, nie spostrzegając, że wszystko, co przez to sprawić możemy, jest wyparcie ich z drogi prostéj, wykrzywienie lub opóźnienie ich rozwoju. Zniszczenie ich nigdy w mocy naszéj nie będzie, tak jak wyprowadzenie kwiatu lilii z korzenia łopuchy i rozkazanie ziarnu pszenicy, aby wydało z siebie kłos żytni.
Dzieci rzymskie w dni pochmurne wybiegały przed drzwi domów i, patrząc w niebo, wołały: „słońce, kochane moje, ukaż się, ukaż!“ Naturalnie, słońce ukazywać się ani myślało. Ci, którzy do społecznych zjawisk wołają: „zniknij“ i mniemają, że na krzyk ich znikną, mają umysł dziecinny. Nad wszystkie inne pożądaną było-by rzeczą, aby ludzie zrozumieli, że królestwa ludzkie rządzone są takiemiż samemi prawami przyczyn i następstw, i ulegają takim samym prawom rozwoju, jak królestwa słońc, wód, roślin i — przypuśćmy — słoni.
Lecz, aby to módz zrozumiéć, trzeba wysiąść ze złocistéj karety idealizmu, malującego świat na kolor: tak być musi! podszyty kolorem: bo mi się podoba! i nietylko pochodzić po świecie pieszo, ale jeszcze i pogrzebać nieco w ziemi, ażeby własnemi oczyma obejrzéć korzenie i ziarna wykluwających się na jéj powierzchni roślin.
Tu korzeniem zjawiska są te umysłowe ciekawości i ta cześć dla nauki, która, ogarniając świat cały, spłynęła téż i do kobiecych mózgów; to poczucie się do praw i godności ludzkiéj każdéj jednostki człowieczéj, które było przyczyną i zarazem skutkiem walk o polityczną swobodę i równość, albo przynajmniéj namiętnych ich pożądań; te nakoniec ekonomiczne zawikłania i potrzeby, które sprawiają, że niezrównanie częściéj niż dawnemi czasy, coraz częściéj, kobieta, zarówno jak mężczyzna, opierać musi fizyczną swą exystencyą na zarobkach, otrzymywanych przez własną pracę.
Kobieta uczuła cześć dla nauki i stała się jéj ciekawą; nikt w świecie nie zdoła téj czci i ciekawości z mózgu jéj wyrzucić. Zapragnęła ona godności ludzkiéj, jakiéj udziela posiadana oświata i osobista zasługa; nikt na świecie nie zdoła pragnienia tego w piersi jéj ugasić. Spostrzegła ona, że cudzego chleba zabraknąć jéj może, i próbuje nauczyć się pieczenia sobie swego, własnemi rękoma; nikt na świecie nie zdoła do tych prób jéj zniechęcić. Możecie o tém mówić: to dobrze! i możecie mówić: to źle! zależy to od osobistych waszych upodobań. Lecz jeśli ośmielicie się pomazać szyby swéj karety farbą przyczynowości, najpewniéj powiecie: to nieuniknione! Oto właśnie mi idzie i to jest tą właściwością zjawiska podstawową i rozstrzygającą, o któréj wspomniałam wyżéj. Konieczność! Konieczności téj uległy i zgodziły się z nią wszystkie ludy, należące do Indo-Kaukazkiéj czyli białéj rasy. Czy kobiety nasze są czarne, żółto lub czerwono-skóre? Czy spadliśmy z księżyca? Czy żyjemy na księżycu? czy od szerokiego świata odgradza nas mur chiński? czy omija nas pochód cywilizacyi Europejskiéj. Czy pomyślnie i obiecująco było-by dla nas, gdybyśmy nie myśleli i nie czuli tak, jak myślą i czują inni? Spodziewam się, że nikt nie pochlebia sobie, abyśmy mogli myśléć i czuć mądrzéj, wzniośléj, silniéj od innych. Czy więc wypadkiem, gdyby tak było, bezmyślni i martwi, nie bylibyśmy uschłém drzewem, którém-by lada chwila przemyślny i ruchliwy sąsiad w piecu swym wypalił?
Na szczęście, nie jest tak wcale. Cokolwiek istnieje gdzieindziéj, istnieje i u nas; w innym stopniu, z inném natężeniem, w zmodyfikowanych kształtach — ale istnieje. Tak być musi, i kobiety nasze muszą dążyć ku nauce i pracy. Możecie o tém mówić: to źle! i możecie mówić: to dobrze! nie zniszczy to zjawiska, którego przyczyny czas nasz wrył w mózgi, serca i nerwy ludzkie, które, jak kłos pszenicy z pszennego ziarnka, wykwita z całokształtu współczesnego życia.
Niech was jednak wielka nie przejmuje trwoga. Mówię kobiety nasze przez skrócenie. Powinnam była mówić: pewna, niezbyt znaczna część kobiet naszych.
Czuję się w obowiązku podania do wiadomości publicznéj, że wedle wskazań naszego społecznego horoskopu, którego o to zapytywałam, długo jeszcze posiadać będziemy nieskończenie większą liczbę Afrodyt niż studentek.
Ale ta cząstka, te, które nie chcą, a nawet nie mogą być Afrodytami, te które chcą a nawet muszą uczyć się i pracować? Dla czego milczymy o nich? dla czego nie wiemy, albo udajemy, że o nich nie wiemy.
Znałam pewną damę, do tego stopnia wykwintną, że wstydziła się wymówić w towarzystwie wyraz: koszula. Dla czego właśnie wstydziła się ona tego wyrazu? Najpewniéj nie wiedziała sama i nikt nie wiedział; ja myślę przecież, że pochodziło to ztąd, iż przypomnieć on mógł jéj i innym brudną koszulę. Bo przecież koszula czysta jest rzeczą zupełnie przyzwoitą. Otóż istnieje mnóstwo wykwintnych ludzi, dla których wyraz: studentka jest wyrazem nieprzyzwoitym. Dla czego? Oni sobie z tego bardzo rzadko sprawę zdają, ale ja myślę, że pochodzi to ztąd, iż przypomniéć on może im i innym zboczenia i błędy, które tu i owdzie przez tę odmianę ludzkiego gatunku popełnionemi zostały. Na to argument taki: ochotnie przecież nosimy koszule czyste, choć bywają na świecie i brudne. W dodatku, zbrudzone płutno można wyprać, zboczenia ludzkie prostują się i błędy naprawiają. Jednéj tylko głupoty ludzkiéj, która za winy osobnika potępia gatunek i z minuty wyrokuje o wiekach, nic sprostować ani naprawić nie potrafi. Jeżeli zresztą bliżéj spojrzéć zechcemy na te zboczenia i błędy, nie zobaczymy w nich ani jednego, któryby się i wśród innych odmian nie praktykował. Naprzykład: romansowe historye i krótko ucinane włosy. Doprawdy, czy jesteście państwo zupełnie pewni, że lilie, rosnące w domowych ogródkach, nie romansują z tulipanami, i to częstokroć wtedy, gdy same należą już do narcyzów, którzy ze swéj strony należą do róż. To odkradanie siebie i gonienie za własnością cudzą znacznie na niekorzyść lilii komplikuje tę zresztą wszechświatową i wszechludzką sprawę. Co do włosów krótko uciętych, przyznaję otwarcie, że z mego punktu widzenia rzeczy nie rozumiem, dla czego-by one były mniéj estetyczne, czy mniéj moralne od włosów w kształt koka bombiasto wydętych. Więc, sto za sto, tylko tam narasta procent jakiś w postaci nabytków umysłowych, wzmocnienia charakterów w ciężkiéj pracy i uszlachetnia ich w samodzielném życiu. Ale w kwestyi téj nieprzyzwoitości jest jeszcze rzecz inna. Jakiego pochodzenia, jakiéj tak zwanéj sfery towarzyskiéj być mogą te młode dziewczęta, które nie grają na fortepianie, nie wyszywają na krosienkach, nie jeżdżą na wieczory, nie upatrują konkurentów, lecz tułają się po świecie, same, śmiałe, goniąc, za czém? — za nauką... Muszą to być kobiety zupełnie źle urodzone i wychowane, awanturnice, wyrzutki społeczeństwa, Bóg wié kto? Tu koszula staje się nieprzyzwoitą przez to, że jest podobno grubą. Ależ, wcale nie. Bywa zapewne niekiedy i tak, ale najczęściéj bywa wcale inaczéj. Podzielone na grupy wedle stanów, urodzenie tych pań przedstawia się bardzo przyzwoicie. Pięćdziesiąt z pomiędzy nich urodziło się na stopniach społecznych jak następuje:

  Córek  
obywateli wiejskich
  18
szlachty nieosiadłéj
15
urzędników
28
doktorów
3
oficerów wojskowych
4
mieszczan
3

71

Nakoniec, co już dostatecznie przekonywać powinno o zupełnéj przyzwoitości wyrazu: studentka, to przebywanie na uniwersytecie w Cambridge panny Gladstone. Panna Gladstone — jest studentką. Uważnie tylko wmyślcie się w te kilka wyrazów. Panna Gladstone, córka lorda i piérwszego angielskiego ministra, jest studentką. Mam nadzieję, że, od chwili otrzymania téj wiadomości, osoby dobrego tonu i smaku bez zarumienienia się już wyraz ten wymawiać będą.
Z nieprzyzwoitością, a po części i z niemoralnością skończyłam. Teraz następuje rzecz nieporównanie ważniejsza, bardzo ważna: odrywanie się ich od gleby ojczystéj, wsiąkanie w społeczeństwo inne, napajanie się pojęciami i obyczajami niesprzyjającemi pomyślnemu rozwojowi własnego domu. Prawda, nie myślę przeczyć temu, że nie jedna z nich popełniać może i popełnia niejeden grzech społeczny, jeśli nie uczynkiem, to myślą i mową. Nie zamierzyłam wcale przedstawiać wam téj grupy istot ludzkich, jako zgromadzenie świętych i nieomylnych. Są to bez wątpienia kobiety dzielne, zdolne, odważne, w większości wypadków szczere i szczerze sprawie swéj poświęcone; lecz grzeszą one i mylą się nieraz najpewniéj naprzód dla tego, że są ludźmi, potem dla tego, że właśnie dzielne, zdolne i do zapałów skłonne jednostki wśród niezdrowych warunków rozwoju najłatwiéj błądzić muszą; następnie jeszcze dla tego, że nowość powołania, któremu się oddały, nie udziela im rutyny, spokoju które są właściwościami dróg utartych; nakoniec i najbardziéj dla tego, że grunt, na którym rozpoczynają podróż po nieutartéj drodze, w sposób szczególny i całkiem na świecie wyjątkowy, sprzyja powstawaniu omamień i błędów społecznych. Zapytujecie: dla czegoż one tam właśnie idą? Odpowiadam także pytaniem: dokąd im państwo iść rozkażecie? Do Zurychu, Genewy, Cambridge (gdzie uczy się panna Gladstone) Paryża, Londynu? Na to potrzeba pewnych warunków majątkowych i edukacyjnych, pewnych może stosunków i wiadomości, których one nie posiadają. Parte koniecznością, wyrastającą z cech i właściwości czasu swego, koniecznością, psychiczną zarówno, jak ekonomiczną, idą one po naukę tam, dokąd iść mogą. Czy mogą, przeszedłszy tylko z pokoju do pokoju, znaleźć ją w domu? Nie, nie mogą; ponieważ my brzydzimy się samą myślą o urządzeniu wyższéj nauki kobiecéj na gruncie swojskim. I oto jakim sposobem wróciliśmy do teoryi owéj, dowodzącéj, że ponieważ w czasie, w którym Afrodyta wyłaniała się z piany morskiéj, nie było na świecie żadnego uniwersytetu dla kobiet i t. d.
Niepodobna mi rozstrzygać, czy w chwili obecnéj uorganizowanie na gruncie naszym wyższéj nauki dla kobiet, ze względu na okoliczności od woli naszéj niezależne, jest, albo nie jest możliwem. Nie do mnie także należy wydawanie sądu o tém, czy lepiéj było-by, taniéj lub korzystniéj, gdyby nauka ta była zorganizowaną oddzielnie lub w połączeniu z tą, która istnieje dla mężczyzn, to jest, czy było by pożądaném utworzenie oddzielnéj szkoły nauk wyższych dla kobiet, albo, otwarcie przed niemi uniwersytetu męzkiego, jak to się dzieje w Akademii medycznéj w Petersburgu, w Sorbonie Paryzkiéj, w University College, w Getyndze, Monachium, Bolonii i t. p. Każdy z tych dwu sposobów używanym bywa na szerokim świecie, a dobrze zastosowany do warunków miejscowych, przynieść może odpowiednie pożytki. Nie idzie więc tu o formę, w jaką myśl zostanie wcieloną. Daleko już więcéj idzie o czas, w którym ona wcielić się będzie mogła. Im prędzéj, tém lepiéj, tém mniéj strat i cierpień, a więcéj korzyści i szybszy postęp. Jednak momenta wszelkie mijają. Starożytni mawiali: godziny życia są dla człowieka z kolei matkami i macochami. Po godzinie-macosze nastąpić może godzina matka. Cóż, jeśli zamiast przekonanych o prawości i pożyteczności dążenia kobiet do nauki i pracy, znajdzie nas ona pogrążonymi w teoryi Afrodytystycznéj, nie zdolnymi zatém do skorzystania z uśmiechu czasu? Bez względu więc na to, czy myśl wytworzenia „w domu“ sposobów naukowego wykształcenia kobiet może natychmiast urzeczywistnioną zostać, czy nie może, wyobrażenia nasze w tym przedmiocie posiadają wagę niezmierną; najważniejszą bowiem rzeczą dla człowieka i społeczeństwa, gruntem, na którym człowiek i społeczeństwo budowy swe opiéra, jest — zasada. Gdy ta zdobytą i ustaloną zostanie, czyn ją wieńczy, staje się kwestyą czasu. „Z wiary waszéj wola wasza, z woli waszéj czyn wasz będzie!“ Mnie się zdaje, że w téj sprawie więcéj jeszcze niedostaje nam wiary i woli, niż możliwości czynu.
Wiary i woli w sprawie kształcenia kobiet tak dalece nam niedostaje, że gotową jestem dowieść wam, iż, nie życząc sobie, aby kobiety nasze stawały się doktorkami, nie pragniecie téż wcale, aby były one dobremi gospodyniami. „Jakto? nie pragniemy dobrych gospodyń? Ależ my tego właśnie, tego najbardziéj pragniemy. Wszak do dziesięcin Synajskich przykazań, specyalnie dla kobiety dopisaliśmy jedenaste: będziesz dobrą żoną, matką i gospodynią!“
Prawda. Więc zapewne mniemacie, że ponieważ Hebe cudownie rozlewała ambrozyą na olimpijskich ucztach, jakkolwiek nie kształciła się nigdy w żadnéj szkole gospodarstwa kobiecego, szkoły takie nie są i nigdy potrzebnemi być nie mogą. Co do mnie, nieprzekonana wcale zbijającym uniwersytety kobiece argumentem Afrodyty, odrzucam również argument Heby, walczący przeciw szkołom gospodarstwa kobiecego, o których pomówię z wami w liście następnym.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.