O krasnoludkach i o sierotce Marysi/XI/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł O krasnoludkach
i o sierotce Marysi
Data wydania 1909
Wydawnictwo M. Arct
Drukarz M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PL Maria Konopnicka - O krasnoludkach i o sierotce Marysi 542a.png

W

III.

Właśnie, kiedy się to działo, wyszedł był sobie Półpanek na małą jesienną przechadzkę.
Zdrowie jego znów było w kwitnącym stanie. Na wydętem gardle zaledwie pozostała blizna po owym szwie, którym mu babuleńka pękniętą skórę zeszyła, ale biały krawat zakrywał wszystko prawie.
Miał dnia tego Półpanek na sobie tabaczkowy rajtrok, perłowe szarawary, piękną kamizelkę, na której się kołysał ciężki brelok od zegarka, z sygnetem, laskę pod pachą, stojący kołnierzyk i mankiety śnieżnej białości, lekkie ciżemki na nogach, na rękach zaś zielone rękawiczki.
Szedł nadęty i rad sam z siebie, a głowę do góry zadzierał, bo choć głos stracił, w dwoje tyle przybyło mu pychy.
Ta pycha rozdymała go.
Powyłazili na brzeg strugi, aby mu się przypatrzeć, dawni towarzysze, ten i ów zakwakał z podziwu, ale Półpanek nie raczył obejrzeć się nawet.
— Ta żabia czereda mniema — szeptał sam do siebie — że się ze mną bratać i koligacić może! Co za bezczelność! Jak będę mógł najdalej odejdę od tej strugi, żeby się z taką familijką nie łączyć.
Człowiek sam nieraz nie wie, jak i co odpowiedzieć ma! Nie dalej jak wczoraj spotkałem Haraburdę i Szumca, dwóch prawdziwych bąków, którzy się pieczętują herbem „Bąk de Bąk,” choć między nami mówiąc, pochodzić mają podobno z prostych trzmielów. Pytają mnie:
— Jest że to prawda, że pan jesteś rodem z tej strugi?
Oburzyłem się na to i rzekę:
— Ja? Z tej strugi? O, moi panowie! Nietylko, że nie pochodzę z tej strugi, ale wprost cierpieć jej nie mogę od czasu, jakem się w niej urodził!
Tak im powiedziałem.
A tu powystawia głowy ta hałastra i nuż kwakać:
— Brat... brat... brat...
A na to drugie:
— Nasz... nasz... nasz...
A za nim trzecie:
— Żaba... żaba... żaba...
A czwarte jeszcze:
— Jak my... jak my... jak my...
Oszaleć doprawdy można! Z pierwszej sposobności skorzystam, żeby stąd jaknajdalej się wynieść! Jak najdalej!...
Może sobie nawet w mieście kamienicę kupię! Pieniędzy mi starczy, com dostał od Krasnoludków za moją śliczną muzykę.
Szedł, rozmyślając o tem, kiedy go nagle doleci jęk cichy, błagalny.
Spojrzy Półpanek, a tu z pod płota wstaje nędzny, stary, drobny człowieczyna, z obnażoną głową, z wychudzoną twarzą i wyciąga do niego ręce, o pomoc prosząc.
— Nie omijaj mnie, panie! — rzecze ów nędzarz stłumionym głosem. — Jestem tułaczem bezdomnym... Koszałek-Opałek się zwę... Możeś słyszał o mnie? Historykiem nadwornym króla Błystka byłem... Opuściło mnie wszystko... I ta sława, dla której poświęciłem spokojność i szczęście...
Gdzie towarzysze moi? Gdzie kraina moja?
Mówił, a wielkie łzy spadały mu z wychudłej twarzy.
Ale Półpanek nadął się bardziej jeszcze i już go chciał minąć, gdy wtem zobaczył sroczkę, która podrygując na płocie, przypatrywała mu się to jednem to drugiem okiem. Natychmiast tedy zmienił zamiar i do kieszeni sięgnął.
Wiedział dobrze, iż tego jeszcze dnia cała okolica dowie się od tej sroki, jaki to Półpanek miłosierny i wspaniałomyślny.
Nastawił kaptura Koszałek-Opałek, czekając datku, a wtem sroka, spłoszona tym ruchem, uciekła.
Raz jeszcze tedy zmienił swój zamiar Półpanek i poczuwszy w palcach nieco okruszyn trawy zeschłej w kieszeni, wziął je i nędzarzowi do kaptura rzucił.
— Bóg zapłać! — rzecze Koszałek-Opałek.
A wtem nagle zabłyszczą mu w ręku owe dobyte z kaptura prochy, jak słońce.
Spojrzy Półpanek, a nędzarz trzyma garść ważnego złota; chwyci się za kieszenie, gdzie trzos z dukatami chował, a tam garstka śmieci.
Krzyknął Półpanek, jakby nigdy nie był stracił głosu i podniósł na nędzarza laskę, ale drobny, stary człowieczyna tak mu z oczu zniknął, jakby się zapadł w ziemię. W powietrzu tylko dał się słyszeć głos z oddalonej strugi:

Brat... brat... brat...
Nasz... nasz... nasz...
Żaba... żaba... żaba...
Jak my... jak my... jak my...

Był to ostatni chór żab tej jesieni.


PL Maria Konopnicka - O krasnoludkach i o sierotce Marysi 548.png





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.