Przejdź do zawartości

O jednym głupim Wojtku, co oczyma „ciskał” na dziewuchy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Mátyás
Tytuł O jednym głupim Wojtku, co oczyma „ciskał” na dziewuchy
Pochodzenie Z za krakowskich rogatek
Redaktor Michał Arct
Wydawca Michał Arct
Data wyd. 1894
Druk Józef Jeżyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


4. O jednym głupim Wojtku, co oczyma „ciskał” na dziewuchy.

 Jedna matka miała syna głupiego, i ten syn już stary był, a jeszcze nie był w kościele: jakże miał być w kościele, kiedy był głupi? Ano tak ta matka kupiła mu portki i sukmanę i mówi mu tak:
 — Bój sie Boga, Wojtek! a dy tyz idź ráz do kościoła, boś taki stary, aniś razu nie był w kościele, ani u spowiedzi. A chodzą tyz tam do kościoła piekne dzieuchy, tobyś ta mógł na którą rzucić okiem i ożenić sie chociáz ráz.
 Ano Wojtek ubrał się w portki, w nową sukmanę, w nowe buty i w czapkę, na cztery różki robioną, z pawim piórkiem. Poszedł do stajni i wszystkim koniom, krowom, wołom, świniom powydłubywał oczy i wziął te oczy do worka i poszedł do kościoła. Która dziewucha mu się podobała, to cisnął na nią jednym okiem; a spodobała mu się jedna Maryna, bardzo się mu spodobała, i cisnął na nią oczy z całym workiem.
 A to było w kościele na sumie.
 I ta Maryna była też taka głupia, jak i on, i zaprosiła go, jak wyszli z kościoła, do siebie do domu. Zamiast go czym poczęstować, to mu dała na przywitanie igłę. Ano wziął tę igłę i schował do kieszeni.
 Przyszedł do matki, a matka zaczęła krzyczeć na niego:
 — A cóześ tyz ty niescęsny zrobił! dyś ty mi wszystkie zwierzątka poślepił! O ty pokrako[1] jedna! a dyć jak já złapie kija, to ci kości poprzetrącám, to ci wszystkie ziobra porachuje!
 A on mówi tak:
 — Dyćciez mi, matusiu, kazali ocami ciskać, já tyz ciskáłem. Spodobała mi się Maryna i cisnąłem na nią wszyćkiemi ocami.
 I dopiero mówi, że był u niej w domu. A matka się go pyta:
 — Cóz ci ta dała?
 — Igłe mi dała, matusiu.
 — A gdzicz ją más?
 — A do kiesenim włożył.
 — O ty, głupi! a pocoześ tyz ty do kieseni igłe pcháł? Ni mógeś włozyć za kapelus?
 — Ano to na drugi ráz tak zrobie.
 Na drugi raz, jak poszedł do Maryny, dała mu kota, takiego małego kotka. Ano wziął temu kotu połamał nogi, ukręcił łeb i włożył za kapelusz.
 Przychodzi do domu, matka się go pyta:
 — Cóz ci ta dała?
 — Cie, matusiu! kotka mi dała.
 — Gdziez go más?
 — Haj wisi na kołku za kapelusem.
 Matka mówi tak:
 — A cóześ tyz ty niescęsny zrobił! miáłeś ty sumienie tak połamać kociątko? móg(ł)eś wziąś — taki malućki był — i włozyć do kieseni.
 — Ano to na drugi ráz tak, matusiu, zrobie.
 Na drugi raz poszedł do Maryny, dostał pieska i włożył tego pieska do kieszeni. A miał lagę grubą i miał taki zwyczaj, jak szedł, bił się w sukmanę po boku tą lagą. Ano i zabił to psię w kieszeni.
 Przychodzi do domu, a matka się go pyta:
 — Gdzieześ ta był?
 — U Maryny, matusiu.
 — Cóześ ta dostáł?
 — Pieska.
 — Gdziez go más?
 — A wisi ta w stajni w kieseni w sukmanie na kołku.
 Ano matka idzie, wyciąga, a tu psię nieżywe.
 — Oo! cóześ tyz ty zrobił? ni mógeś tyz ty uwiązać na postronku i wołać: pś! pś! pś!
 — Ano to na drugi raz tak, matusiu, zrobie.
 Ano poszedł do Maryny, dostał kawałek spyrki i uwiązał tę spyrkę na postronku i wołał: pś! pś! pś! Psy się pozlatywały i zjadły mu tę spyrkę. Ano, tak on przychodzi do domu, i matka się go pyta:
 — Kaześ ta był?
 — U Maryny, matusiu.
 — Cóz ci dała?
 — Spyrke.
 — Dziez ją más?
 — A toli, matusiu, niescęście mi sie z nią stało.
 — A jakiez ci sie niescęście stało?
 — Uwiązáłem na postronku i wołałem: pś! pś! pś! I psi sie zlecieli i zjedli mi ją.
 — O ty, głupi! ni mógeś włozyć do worka i wziąś na plecy.
 — Ano to na drugi ráz tak, matusiu, zrobie.
 Poszedł do Maryny, dała mu cielę; on wziął to cielę chciał wpakować do worka, nie chciało mu się zmieścić. Ano tak wziął to cielę, połamał i wpakował do worka i przyniósł do domu. Przychodzi do domu, matka się go pyta:
 — Gdzieześ ta był?
 — U Maryny, matusiu.
 — Cóz ci ta dała?
 — Ciele mi dała.
 — Gdziez go más?
 — A jes ta w stajni we worku.
 — O ty, głupi! ni mógeś przywieś(ć) na sznurze i uwiązać w stajni u złobu?
 — E! to ta matusiu na drugi ráz tak zrobie.
 Poszedł do Maryny, Maryna mówi tak:
 — Juz kiela cás chodzis do mnie, juz ci ni mám co dać, juz ci dám same siebie.
 On wziął gruby powróz i uwiązał jej na szyi i kij wziął i poganiał ją. A jak się mu opierała, nie chciała iść, to ją bił okropnie, tak, że nim ją przyprowadził do chałupy swojej, to miała ciało czarne jak czeluście. Przyprowadził ją i uwiązał u żłobu w stajni i dał jej siana. I mówi jej: — Jédz, Maryś!
 Przychodzi do izby, matka się go pyta:
 — Kaześ ta był?
 A on mówi tak:
 — U Maryny, matusiu.
 — Cóz ci ta dała?
 — Same siebie mi, matusiu, dała dzisiák.
 — Gdzies ją más?
 — Stoi ta w stajni u złobu, a tak sie psiokulacká opiérała, azem ją musiał kijem znąć; ledwo przysła do chałupy.
 — A cóześ tyz ty zrobił! mógeś ją przyprowadzić do izby, tajak (tak jak) kobiétę. U złobuś ją uwiązał, jak ciele...
 A on się odzywa tak:
 — E! nigdy wám, matusiu, dogodzić ni moge... Kręcicie tak mną, jak świec[2] butem. Jak sie zabiere, tak póde, ka mie ocy poniesą.
 I jak poszedł, tak więcej o Wojtku nie słyszeli.





  1. ↑ Niedołęga, niezgrabjasz.
  2. ↑ Szewc.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Mátyás.