Noc majowa (Kraszewski, 1884)/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Noc majowa
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1884
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Choroba na długo zatrzymała Karola przykutym do łoża. Wątpiono nawet o życiu, ale długiemi cierpieniami do walki nawykły organizm raz jeszcze niebezpieczeństwo zwyciężył.
Zwolna ku jesieni już Karol począł się podnosić, przechadzać i sił nabierać potroszę... Otoczony najtroskliwszą opieką, odżył raz jeszcze. Czekały go nowe próby i cierpienia.
W czasie słabości zapytywał Bolka niespokojnie o żonę i Bogusława. Odpowiadano mu, iż żadna zmiana w stosunkach ich nie zaszła. Prawdy wyznać przed nim ani było można, ani się ważono — dobiła by go przedwcześnie.
Po widzeniu dziwném, cudowném, w burzliwéj nocy majowéj, pani Józefa, która utrzymywała, że w oknie ukazało się jéj widmo nieboszczyka, przebyła też chorobę i tylko widok dziecięcia, miłość dla niego, utrzymały ją przy życiu.
Stała się nadzwyczaj pobożną i za duszę zmarłego nieustanne odprawiać kazała nabożeństwa, a sama z córką modliła się po dniach całych.
Napróżno starano się jéj tłumaczyć, że widzenie było mrzonką wyobraźni, potrząsała głową i powtarzała:
— Widziałam go! widziałam. Wyciągał ręce ku mnie! Wzywa mnie do siebie...
I namiętnie przyciskała dziecię do piersi, łkając.
— A komu ja ciebie polecę, gdy odejść będę musiała do niego.
Czas, który wszystko łagodzi, zwolna zatarł nieco żywe wrażenie wypadku, ale pamięć jego pozostała.
Zdrowie biednéj kobiety ucierpiało wiele, sił do życia brakło. Dziecię pozostać miało sierotą. Czuła to sama, bo się nie łudziła, i niepokój o los córki chorobę zwiększał.
Gdy się to działo, pan Bogusław prowadził życie kawalerskie, lecz w sercu obudziła się i litość dla kobiety, któréj los miał na sumieniu, i dawna ku niéj miłość.
Znudzony, zmęczony, trapiony zgryzotami, jednego dnia przyjechał do Bolka, żądając od niego, aby do zgody między nim a żoną pośredniczył. Było to zadaniem, którego ani odepchnąć umiał, ani rozwiązać się spodziewał Bolesław.
Począł od słów prawdy. Bogusław przyznawał się do winy, był skruszony, żądał litości, obiecywał poprawę.
Z trudném poselstwem pojechał do choréj przyjaciel i z niezmiernemi ostrożnościami, oszczędzając biedną, przyznał się z czém go tu wyprawiono.
Pani Józefa nie odpowiedziała nic. Siedziała milcząca i kilka łez spadło ze zmęczonych jéj powiek.
— Zapóźno — westchnęła wreszcie — ja się żyć nie spodziewam, a dziecka mu powierzyć nie mogę. Was i żonę waszę uczyniłam opiekunami. Przebaczę mu, bo i ja potrzebuję przebaczenia. Niech przyjedzie, podam mu dłoń, ale niech nie wymaga więcéj... Żyć już z sobą nie możemy... Ja idę tam, gdzie on na mnie czeka.
W kilka dni potem, w towarzystwie pośrednika, Bogusław pojechał do żony, przybył tu jak gość, jak obcy, a widok choréj tak go skruszył i zmiękczył, że i on sam litość mógł obudzić. Nie upominał się o nic, nie żądał nic nad przebaczenie... Chciał służyć tylko.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.