Niebezpieczne związki/List XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Choderlos de Laclos
Tytuł Niebezpieczne związki
Data wydania 1912
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Les Liaisons dangereuses
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

LIST XVIII.

Cecylia Volanges do Zofii Carnay.

Jakto! Zosiu, ty z góry już potępiasz to, co ja chcę uczynić! dosyć już miałam niepokojów, a ty je jeszcze pomnażasz. To jasne, powiadasz, że nie powinnam odpowiadać. Łatwo jest tobie mówić; a zresztą, ty nie wiesz naprawdę, jak to wszystko jest: nie widzisz tego na własne oczy. Jestem pewna, że gdybyś była na mojem miejscu, zrobiłabyś tak, jak ja. Z pewnością, że w zasadzie nie należy odpowiadać; i widziałaś dobrze po moim wczorajszym liście, że i ja także nie chciałam: ale, bo też nie przypuszczam, aby ktoś kiedykolwiek znajdował się w podobnem położeniu, co ja.
I do tego musiałam rozstrzygać to zupełnie sama! Pani de Merteuil, którą spodziewałam się zobaczyć wczoraj wieczorem, nie przyszła. Wszystko obraca się przeciwko mnie: przecież to ona jest przyczyną, że jego poznałam. Prawie zawsze przy niej widywałam go, rozmawiałam z nim. To nie znaczy, żebym miała o to żal do niej, ale zostawia mnie tak samą w chwili największego kłopotu. Biedna ja jestem, doprawdy!
Wyobraź sobie, że on wczoraj przyszedł tak, jak zwyczajnie. Byłam tak zmięszana, że nie śmiałam na niego popatrzeć. Nie mógł mówić ze mną, bo mama była w pokoju. Domyślałam się, że będzie zmartwiony, skoro zobaczy, że nic mu nie napisałam. Nie wiedziałam, jak się mam zachować. W chwilę potem zapytał mnie, czy chcę, aby mi przyniósł harfę. Serce mi biło tak mocno, że nic nie byłam w stanie odpowiedzieć, jak tylko tak. Kiedy powrócił, to było jeszcze gorzej. Popatrzyłam na niego tylko przez króciutką chwilę. On na mnie nie patrzał: ale wyglądał tak, że możnaby pomyśleć, że jest chory. Strasznie mi z tem było ciężko. Zaczął stroić harfę, potem zaś, przynosząc mi ją, rzekł: Ach! pani!... Powiedział tylko te dwa słowa; ale takim tonem, że się wszystko we mnie zatrzęsło. Wzięłam na harfie parę akordów, nie wiedząc zupełnie, co czynię. Mama zapytała, czy nie będziemy śpiewać. On wymówił się, podając, że jest nieco cierpiący, ale ja nie miałam żadnej wymówki i musiałam zacząć śpiewać. Byłabym wolała nigdy nie mieć głosu. Wybrałam umyślnie jakąś aryę, której nie przerabiałam; byłam bowiem pewna, że nie umiałabym zaśpiewać żadnej i że musianoby się czegoś domyślić. Na szczęście zjawił się ktoś w odwiedziny i, skoro tylko usłyszałam turkot karety w bramie, przerwałam i poprosiłam go, aby odniósł harfę. Bałam się strasznie, że on już całkiem sobie pójdzie, ale nie; powrócił.
Podczas gdy mama i ta pani, która przyjechała, rozmawiały ze sobą, chciałam na niego popatrzeć jeszcze przez małą chwileczkę. Spotkałam się z jego oczami i niepodobna mi było odwrócić już moich. W chwilę później spostrzegłam, jak mu łzy płyną po twarzy, tak, że zmuszony był odwrócić się, aby kto tego nie zauważył. Wówczas już nie mogłam się opanować, czułam, że sama się rozpłaczę. Wyszłam z pokoju i na prędce napisałam ołówkiem na skrawku papieru: „Niech pan nie będzie taki smutny, proszę pana bardzo; przyrzekam panu, że panu odpowiem“. Nie możesz chyba powiedzieć, żeby w tem było co złego; a zresztą, to było już nad moje siły. Założyłam ten skrawek papieru za struny harfy, tak, jak on tamten list i wróciłam do salonu. Czułam się znacznie spokojniejsza. Pilno mi było, żeby ta pani już gdzieś się podziała. Na szczęście spieszyła się gdzieś i poszła sobie za niedługą chwilę. Zaledwie się zabrała, powiedziałam, że mam ochotę jeszcze pograć trochę na harfie i prosiłam go, aby mi ją przyniósł. Widziałam z jego twarzy, że niczego się nie domyśla. Ale za powrotem, och! jakiż on był szczęśliwy! Ustawiając przedemną harfę, umieścił się w ten sposób, że mama nie mogła go widzieć i wziął mnie za rękę i przytem ją uścisnął... ale jak!... to trwało tylko jedną chwilkę: ale nie umiem ci powiedzieć, jakie to było przyjemne. Mimo to, cofnęłam rękę, nie mam więc sobie nic do wyrzucenia.
Teraz, moja jedyna, widzisz, że nie mogę już nie napisać do niego, skoro mu to przyrzekłam; a przytem nie umiałabym mu już zrobić takiej przykrości, bo ja przez to cierpię bardziej jeszcze od niego. Gdyby to chodziło o coś złego, z pewnością bym tego nie uczyniła. Ale cóż może być złego w napisaniu listu, zwłaszcza, jeżeli chodzi o przeszkodzenie temu, aby ktoś miał być nieszczęśliwy? Co mnie kłopoce, to to, że ja nie będę umiała dobrze napisać: ale on przecież będzie rozumiał że to nie moja wina; a zresztą jestem pewna, że już przez to samo, że pochodzi odemnie, list ten zrobi mu przyjemność.
Do widzenia, moja Zosieńko najdroższa. Jeżeli myślisz, że źle uczyniłam, powiedz mi szczerze; ale nie zdaje mi się. W miarę, jak zbliża się chwila pisania tego listu, serce mi tak bije, że nie możesz sobie wprost wyobrazić. Ale cóż? trzeba, skoro już przyrzekłam.

20 sierpnia 17**.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Pierre Ambroise François Choderlos de Laclos.