Niebezpieczne związki/List CV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Choderlos de Laclos
Tytuł Niebezpieczne związki
Data wydania 1912
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Les Liaisons dangereuses
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LIST CV.

Markiza de Merteuil do Cecylii Volanges.

I cóż, mała, widzę, bardzo zagniewana, bardzo zawstydzona! ten pan de Valmont to strasznie zły człowiek, nieprawdaż? Jakto, ośmiela się postępować z tobą, jak z kobietą, którąby kochał! Uczy cię tego, czego tak chciałaś się dowiedzieć, że aż umierałaś z ochoty! Doprawdy, to nie do darowania! A ty, ze swojej strony, pragniesz zachować swą cnotę dla kochanka (który jej nie wodzi na pokuszenie, to prawda); pociągają cię w miłości tylko umartwienia, a nie rozkosze! To ślicznie; doskonale wyglądałabyś doprawdy w jakimś romansie. Namiętność, nieszczęście, cnota ponad wszystko, ileż tu pięknych rzeczy! W tym wspaniałym orszaku można się czasem znudzić co prawda, ale za to innym oddaje się tę nudę z nawiązką.
Widzicie to biedne dziecko, jaka ona nieszczęśliwa! Miała oczy podkrążone nazajutrz! I cóż dopiero powiesz, jak to nieszczęście przyjdzie na twego kochanka! Nie bój się, aniołku, nie zawsze ci się to zdarzy; nie każdy mężczyzna jest Valmontem. A do tego nie śmiało biedactwo podnieść tych oczków! och, co do tego, to może miałaś słuszność; każdy wyczytałby w nich twoją przygodę. Wierz mi jednakże, że gdyby tak było, nasze panie, a nawet nasze panny chodziłyby stale ze skromnie spuszczonemi oczyma.
Mimo tych pochwał, których ci nie szczędzę, jak widzisz, trzeba przyznać jednak, że nie dopełniłaś swego arcydzieła: trzeba było wszystko opowiedzieć mamie! Tak dobrze już zaczęłaś! już rzuciłaś się w jej ramiona, szlochałaś, ona popłakiwała także: cóż za wzruszająca scena! jaka szkoda, że jej nie doprowadziłaś do końca! Twoja czuła matka, uszczęśliwiona tą skruchą, pragnąc dopomóc twej cnocie, zapakowałaby cię do klasztoru na całe życie; tam mogłabyś kochać Dancenyego, ilebyś sama chciała, bez rywali i bez grzechu: mogłabyś sobie rozpaczać do syta; i Valmont, to pewna, nie zjawiłby się, aby zamącać twoją boleść tak niepożądaną pociechą.
Poważnie mówiąc, czy można, mając skończonych piętnaście lat, być takiem dzieckiem, jak ty? Masz zupełną słuszność, gdy mówisz, że nie warta jesteś mojej dobroci. Chciałam, mimo to, być twoją przyjaciółką: przydałoby ci się to może przy takiej matce i przy mężu, jakiego ci przeznacza! Ale, jeżeli ty choć trochę nie dorośniesz, i cóż chcesz, abym mogła zrobić z ciebie? Czego można się spodziewać, jeżeli to, co zwykle dodaje rozumu dziewczętom, tobie zdaje się przeciwnie go odbierać?
Gdybyś była zdolna zastanowić się choć chwilę, doszłabyś wkrótce do przekonania, że powinnaś winszować sobie tylko, zamiast się uskarżać. Ale ty się wstydzisz, i to cię kłopoce! Ech, uspokój się; z wstydem, o jaki przyprawia miłość, to jest tak samo, jak z bólem: to tylko pierwszy raz. Można go potem jeszcze udawać, ale już się go nie czuje. Natomiast przyjemność zostaje, a to też jest coś warte. Zdaje mi się nawet, iż mogłam rozeznać, poprzez twoją paplaninkę, że ona w twojej przygodzie wcale nie małą odegrała rolę. No, mała, bądź ze mną troszkę szczera! Ejże! to pomieszanie, które nie pozwalało ci robić tak, jak mówiłaś, które sprawiało, iż tak trudno było ci się bronić, że byłaś, jak gdyby zmartwioną, kiedy Valmont już odszedł, czy to wstyd je powodował, czy też przyjemność? i jego sposób mówienia, na który nie wie się, co odpowiedzieć, czy to nie pochodziło przypadkiem z jego sposobu działania? Ejże, dziewuszko mała, kłamiesz i to kłamiesz swojej przyjaciółce! To niedobrze, bardzo niedobrze. Ale dość żartów.
To, co dla każdej innej byłoby przyjemnością i niczem więcej, to w twojem położeniu staje się prawdziwem szczęściem. Zaiste, postawiona, pomiędzy matką, której miłość pragnęłabyś zachować, i kochankiem, do którego pragniesz należeć na zawsze, jakżeż możeż nie widzieć tego, że jedynym sposobem połączenia tych dwóch sprzecznych sobie celów, jest zająć się kimś trzecim? Zaprzątnięta tą nową przygodą, zyskasz w oczach mamy zasługę, iż wyrzekasz się przez posłuszeństwo skłonności, której ona jest przeciwną, zaś w oczach kochanka przystroisz się w powaby niezłomnej cnoty. Zapewniając go bezustannie o swojej miłości, będziesz się bronić przed udzieleniem ostatnich jej dowodów. Tę odmowę, tak mało uciążliwą w twojem obecnem położeniu, on położy niewątpliwie na karb twojej świętości; będzie się może na nią użalał, ale kochać będzie cię za to tem więcej. I ty, aby zdobyć tę podwójną zasługę, potrzebujesz się jedynie oddać tym uciechom, których, w oczach obojga, wyrzekasz się na pozór! Och, ileż kobiet pielęgnowałoby z całą gorliwością swoją dobrą sławę, gdyby mogły jej bronić zapomocą tak miłych środków!
Czy ten sposób, jaki ci podsuwam, nie wydaje ci się najrozsądniejszym i najsłodszym zarazem? A czy wiesz, co zyskałaś na tym, do którego ty się chciałaś uciec? to, że mama wnosi z twego rosnącego smutku, iż miłość twoja potęguje się, nie słabnie, że jest tem oburzona, i że czeka tylko, aż się o tem upewni, aby cię za to ukarać. Właśnie pisała mi o tem: będzie robiła wszystko, aby wydobyć od ciebie samej to wyznanie. Posunie się może, zwierzyła mi się z tem, aż do tego, aby ci ofiarować Dancenyego za męża; a to, by cię tem łatwiej nakłonić do zwierzeń. I jeżeli, dając się uwieść tej podstępnej czułości, odpowiesz wedle swego serca, wkrótce, zamknięta w klasztorze na czas bardzo długi, może na zawsze, będziesz mogła dowoli opłakiwać skutki ślepej łatwowierności.
Ten podstęp, którego ona chce użyć względem ciebie, ty powinnaś starać się zwalczyć innym znowu podstępem. Zacznij tedy, okazując mniej przygnębienia, umacniać ją w przypuszczeniu, że mniej już myślisz o Dancenym. Matka da się przekonać o tem bardzo łatwo, ile, że to jest zwykły skutek oddalenia, i tem więcej, iż będzie w tem widziała tryumf swej przezorności. Ale, gdyby, mając jakieś podejrzenia, mimo to wystawiała cię na próbę, i zaczęła z tobą mówić o małżeństwie, ty zamknij się, jak panienka dobrze wychowana, w najdoskonalszem posłuszeństwie. Ostatecznie, cóż na tem tracisz? Na to, do czego potrzebny jest mąż, tyle wart jest jeden co i drugi, a najbardziej przykry jest jeszcze mniej nieznośny, jak matka.
Skoro raz matka uspokoi się co do ciebie, wyda cię wreszcie za mąż. Wówczas, swobodniejsza w swoich postanowieniach, możesz, wedle upodobania, rzucić Valmonta, aby wziąć Dancenyego, albo też, gdy zechcesz, zachować ich obu. Bowiem, nie ma co ukrywać przed tobą, twój Danceny jest bardzo miły chłopiec: ale to jeden z tych mężczyzn, których ma się, kiedy się chce i póki się chce; można więc sobie nie robić z nim wielkich zachodów. Inaczej zupełnie z Valmontem: zachować go jest trudno, rzucić niebezpiecznie. Z nim trzeba wiele sprytu, a jeżeli się go nie ma, wiele uległości. Ale też, gdyby ci się udało przywiązać go do siebie jako przyjaciela, to byłoby dla ciebie prawdziwe szczęście; postawiłby cię odrazu w pierwszym rzędzie naszych modnych piękności. W ten sposób się zdobywa zachowanie w świecie, a nie czerwienieniem się i płakaniem, tak jak wówczas, kiedy zakonniczki kazały wam jeść obiad na klęczkach.
Postarasz się przeto, jeżeli jesteś rozsądna, pogodzić się z Valmontem, który musi być bardzo na ciebie rozgniewany. Masz oto potemu dobry pozór: ponieważ nie byłoby ci bezpiecznie zatrzymywać ten list przy sobie, oddaj go Valmontowi natychmiast po przeczytaniu. Nie zapomnij jednak przedtem zapieczętować go z powrotem. Po pierwsze, trzeba, abyś zachowała w jego oczach zasługę kroku, jaki ku niemu uczynisz, a nie żeby to wyglądało na coś, co ci ktoś doradził; powtóre, że ty jesteś jedyna na świecie, dla której mam tyle przyjaźni, aby mówić tak otwarcie, jak to czynię w tym liście.
Do widzenia, mój aniołku; idź za mojemi radami i doniesiesz mi, czy czujesz się z tem dobrze.
P. S. Poczekaj jeszcze, zapomniałam... jedno słówko. Staraj się popracować nieco nad stylem. Piszesz ciągle jeszcze zupełnie jak dziecko. Wiem, skąd to pochodzi: stąd, że mówisz wszystko co myślisz, a nic z tego, czego nie myślisz. To może tak ujść między nami dwiema, ponieważ nie mamy nic ukrytego dla siebie; ale z innemi! zwłaszcza w oczach twego kochanka uchodziłabyś za głupią gąskę. Rozumiesz przecie, że kiedy piszesz do kogoś, to dla niego, a nie dla siebie: powinnaś zatem starać się mówić nie tyle to, co myślisz, ale to, co mu sprawi większą przyjemność.
Do widzenia, moje serduszko: ściskam cię, zamiast cię łajać, w nadziei, że na przyszłość będziesz rozsądniejsza.

Paryż, 4 października 17**.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Pierre Ambroise François Choderlos de Laclos.