Na zarobek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Na zarobek
Pochodzenie Nowele
Redaktor Stanisław Pigoń
Wydawca Wojciech Meisels
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
NA ZAROBEK

Ludzie po sumie wyszli z kościoła i rozprószyli się po rynku, gromadząc się tu i owdzie w większe gromadki... Niech na przykład dwoje ludzi stanie i pocznie gawędzić, — zaraz podchodzi trzeci i czwarty, a każdy rad się przysłuchać, „co tyz ta mówią“. Już to ciekawość ludu leży w jego naturze.
Ot i teraz gromadkę młodych parobczaków, którzy żywo o czymś rozprawiają, otoczyli kołem starsi gazdowie, to kobiety, a każde uszu nadstawia, to „oździawia gębę“, by przecie co zarwać z ogólnej rozmowy.
— O cemze to tak rozprawiają, moiściewy? — pyta jakaś stara kobieta, która co dopiero nadeszła, stojącej obok kumoszki.
— O swoim wyjeździe, moi kochani, hej!...
— To się syscy zabierają na ten zorobek... a ktoz tu we wsi ostanie?...
— No, pytojciez sie ich ta! kie przecie we świecie zarobią, a tu bieda kroćsetna. Nawet na sól nie wystarcy, a niestoboze[1] na zycie i przyodziewek...
— Dyć prowda... — potwierdziła kumoszka.
A tymczasem w pośrodku zgromadzonych dorodny parobczak rozpowiadał szeroko, jak on to słyszał od Kuby Brzesiaka, który był w Peszcie, jak tam dobrze płacą za robotę, jakie tam życie wygodne itp.
— Tam ino sperka, a światły chleb.
Paru gazdów obliznęło się. Światły chleb — to u nich coś szczególnie apetycznego. Przyzwyczajeni do owsianego placka, jak kupią „kukiełkę“ na jarmarku, gdy im zbędzie centów od niezbędnych wydatków, — toż to w chałupie uciecha!
— I kiez sie naprowdę zabierocie?... — spytał gazda stary mówiącego parobka.
— Kieby jak noprędzy! Choćby pojutrze... — odpowiedziało paru. — Dyć wiesna nadchodzi, trza zarobić co do chałupy...
— A duzo wos jedzie?
— Ho! sporo. Jasiek od Grzędy, Wojtek od Cieśle, Jędrek od Porąbskich. Nazbiero sie nos z pięćdziesięciu.
— E, dyć i z Hameryki pisą nasi — podjął drugi gazda — ze sie im ta nieźle powodzi. Zarobiają po dwa dulory na dzień.
— A kieloz to w dulorze? — spytała ciekawie jakaś kobieta.
— Bedzie z półtrzecia reńskiego... — objaśniał gazda.
— Oj rety! To jaze telo!... — dziwowała się kobiecina.
Na uboczu stało parę dziewcząt, poglądając smutnie na odjeżdżających. Niejedna myślała o „swoim, cy tyz wnetki wróci, cy o niej nie zabocy. Godają, ze w Peszcie niemało dziewek, — to i łocwo mogą ij odbić chłopca...“
Długo jeszcze rozprawiała gromadka; wreszcie poczęli się rozchodzić ludziska, to na nieszpór, to do chałupy. „Ot, zycanie“ — każdy w swoją stronę. Rynek się opróżnił, tylko jeszcze pod wieczór paru pijaków szukało drogi po omacku, albo Izaak jaki starozakonny przesunął się spacerując powoli w swoim długim półjedwabnym chałacie...
Minęło parę dni. Pochmurno było na niebie i na ziemi, dżdżysto i posępno, jak „zycanie przed wiesną...“
Śnieg ledwo się stopił na kamienistej powierzchni, a już, dysząc zimą, występowała szara, mokra ziemia, deszczem i trudem chłopa urobiona z rozsypanych kamieni — sam rozsypujący się piaskowiec, zmuszony wilgocią coroczną i mozolną uprawą wydawać karmę jałową dla chłopa.
Zaorane wertepy skalne, dawniej pastwiska — świecą drobnemi kamieniami, między któremi gdzieniegdzie tylko ziemia się przesypuje. Jałowa gleba — jałowy owoc wydaje; jałowe też życie górala.
Wioska cała doliną spływającej roztoki się ciągnie; chałupy koło wody rozłożyły się osiedlami.[2] Ale przyrastająca ludność pcha się z doliny po stokach ku górze, zaorywuje pastwiska, kleci po bokach góry nędzne chaty, a gdy na szczyt dojdzie, gdzie już ostatek pastwisk i tłoków, — to wtedy chyba na gwiazdy sięgnie po ziemię, bo jej tu zabraknie... A to niedługi czas do tego!
Nie dziw, że lud szuka zarobku, gdzie tylko o jakim zasłyszy; nędza wypycha go z chaty...
Ot i teraz... drogą, która wiedzie koło wody do miasteczka, widać wlokących się po dwu, po trzech rosłych, ale zmizerowanych, młodych ludzi. Idą z zawiniątkami na kolej... Ona przeniesie ich od krainy nędzy do tych wymarzonych miejsc, gdzie tak łatwo zdobyć parę „papierków...“ Tak łatwo tam przychodzą „piniądze“.
— E, coz to za trudnoś — myślą sobie — ino sie robi dwanoście, abo dziesięć godzin na dzień, a weźnie sie za to siedem sóstek! Kie na to trza we wsi dwa dni, abo i więcy robić... Cały rok bozy cłek haruje i haruje, a nika nic!... Dłub w tym gruncie i dłub, a on cie jesce nie zdole wyzywić...
Takie myśli przesuwają się po głowie odjeżdżającym i nadzieja prędkiego zarobku już im naprzód rozjaśnia wybladłe twarze...
Na godzinę, w której kolej odchodzi, zgromadziło się sporo ludzi na dworcu. Z każdej wsi ciągnął ktoś; około dwiesta ludzi czekało na pociąg. Niebawem nadjechała „masyna“.
Lud rzucił się do wagonów... Za parę minut pociąg ruszył i powiózł młodych nędzarzy „na zorobek...“
Na dworcu zostali załzawieni ojcowie, szlochające głośno matki i parę dziewcząt, które odprowadziły „swoich“.
— Niech-ze ich ta Pon Bóg prowadzi, Matka Nojświętso!... — polecali Bogu odjeżdżających znajomi i bliscy...........

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

I „przemkło“ pół roku... Lato gorące, przeplatane częstymi burzami, załoniło się w uciekającej przeszłości...
Stodoły były tylko do połowy wypełnione. Grad poniszczył chleb na polu, a co grad nie zbił, lub woda nie zabrała, to zepsuły długie słoty w czasie zbiórek, a do reszty i dziki pomogły jeszcze na zagonach wymłócić.
— Jak tu z takim lichym zasobem ognać długą zimę?... — wysila się mózg strapionego gazdy... napróżno! Pozostaje chyba jeszcze jeden ratunek: zarobek...
W chałupach, gdzie mężowie lub syny poszli jeszcze z wiosną „do światu“, — tęskno wyzierają i oczekują ich niecierpliwie...
— Dyć pisali parę razy, przysłali nawet po kilkanaście ryńskich, ale tu ku zimie trza tego i owego; moze tyz zarobili co więcy i przywiezą...
W niedzielą po sumie, na rynku, gdzie jedyne miejsce do wspólnych dla całej wsi żalów i skarg, — zbierają się coraz liczniej i częściej ciekawe gromadki; a wszystkie gwarzą tylko jedynie o zasłyszanem powodzeniu zarobkujących, to o ich bliskim powrocie...
I rzeczywiście — w jedną taką niedzielę, z początkiem adwentu można było wśród ludu rozróżnić kilku, a nawet kilkunastu „po pańsku“ ubranych, którzy coś ciekawego naokół rozpowiadali, bo ich słuchano pilnie, a gęste gromadki otaczały ich dookoła...
— To sem nie tak, jak myślicie... — mówił jeden z owych pół-panków, przybrany w surdut i wysokie buty. — Tam nie je neni tak dobre, jak ludzie śprechują... Na wikt, to wystarcy, lebo na odzienie; na posyłanie ale do domu — to nie wystarcy. Jak nadejdzie becalunek, to się hnetki rozleci. Na faierant nima, co by do miasta na Budzin-ślad wyjść wedle śpacyrunku...
Ludzie słuchali go uważnie, a matka, stara kobieta, napatrzeć się nie mogła synalkowi, że „tak przepiknie wyglądo, kieby nieprzymierzając jaki pon, abo ślachcic“. Imponowały jej szczególniej pomarszczone buty wysokie i „mieme“ słowa, często używane, których nie rozumiała, a gdy się jej sąsiadki pytały ciekawie, czy przecie syn przywiózł co „dudków“, odpowiadała:
— Piniędzy, bo nie przywióz zodnych. Ale coz sie dziwić! Dyć przecię i tam trza jeść i ubrać sie nie byle jako, bo to nie między swoimi... Zato tyz ubroł sie nolezycie i na tworzy go przybyło. Casu nie marnowoł, bo przecię i po mimiecku godo i po madziarsku... Zawdy sie to przydo!... On wom już tak, wicie, od malućka był przyściepny do syćkiego!
Radowała się biedna matka... ha! było czemu.
Ludzie słuchają, a kiwają głowami i dziwują się, gdy przybyli opowiadają cudaczne dziwy o tym „przepięknym landzie“. Dziewczęta tylko niektóre posmutniały, że się ci „swoi jakosi poodmieniali...“ Żadna nie ma jakoś śmiałości przystąpić, zagadać, jak przedtem... I oni już nie patrzą na nie jak dawniej.
— Skoda chłopców — mówiły do siebie. — Tak im było pieknie w naskim stroju, a w tych burnusach wyglądają jak śwoby. Musiały ich odmienić tamtejse dziopy...
Niejedna też popłakała na boku... Żal jej było tamtego; — ten „jakisi inaksy... inaksy!...“
A stary gazda Jontas, co to bacował jeszcze za dawnych czasów, — poglądał z pod oka na tych „cudoków“, jak ich nazwał, — i machnąwszy ręką, odchodząc szeptał do siebie:
— Hej! Nie te to casy, nie te... Downiby cie wyśmioli, jakbyś sie pokozoł w tych burnusach między swoimi... a dziś? Edyć ten zorobek, ten zorobek... — labiedził stary — dyć coz z niego?... Do chałupy nic nie przyniesie... Jako bieda była — tako bedzie... Przynomni jak siedzieli w domu, to choć obycajów starych pilnowali... A dziś — ot co?... Pośli we świat, wiary zabocyli, ojcyste gwary sie juz wstydzą, jakiesi cudzoziemskie wyrcenia ino słychać... Przyodziewku to na tem zodnego; ani to chazuki, ani poćciwego kapelusa... Wnetki sie we światowców poprzemieniają. Drzewi[3] ka ta kto słysoł o jaki kolei?... Wozem sie jeździło, po ludzku, abo sie sło na nogach... Jak wto roz za zycio był w Krakowie na odpuście — to już była wielgo rzec!... Dziś — kielo to luda do Pesztu, to do Ostrawy, to... djabcy wiedzą kany!... A to syćko nic dobrego.. Jesce do Hameryki — pol grzechowie!...[4] Tam przecię i zarobi i do chałupy przyśle, a o swoich nie zabocy, bo to kajsi precki za morzem, to sie i za swoimi ztęskni... Ale do tych miastów — to niescęście całe!... Ha no, bieda gniecie... Ludziska sukają sposobu do zycio... Coroz więcy luda wychodzi ze wsi, a nic nie ubywo... Dziś ni mają z cego zyć, a z cegoz bedą potem, jak sie ich więcy namnozy!... Fabryki sie wnetki przepełnią i zarobku nie stanie... Hej! bedzie to źle, bedzie... Ale coz poradzis? Dyć trudno mają sie potem sami wiesać pomiędzy sobą!... Boze! nie dejze tyz tego docekać mnie i moim dzieciom...
Tak labiedził stary gazda i wsparty o poręcz pod kościołem, długo jeszcze myślał cosi w sercu i rozważał... Wreszcie machnął ręką:
— Dyć wólo Bosko na syćko!... — rzekł głośno i poszedł powolnym krokiem do kościoła, bo „juz na niespór sygnowali... Hej!...“


Przypisy

  1. Niestoboze = nie to Boże (nie dopiero).
  2. Osiedle = parę domów w kupie, związanych z sobą wspólnością pastwisk i ugorów.
  3. Drzewi, drzewiej = dawniej.
  4. Pol grzechowie = pal djabli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.