Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sól nie wystarcy, a niestoboze[1] na zycie i przyodziewek...
— Dyć prowda... — potwierdziła kumoszka.
A tymczasem w pośrodku zgromadzonych dorodny parobczak rozpowiadał szeroko, jak on to słyszał od Kuby Brzesiaka, który był w Peszcie, jak tam dobrze płacą za robotę, jakie tam życie wygodne itp.
— Tam ino sperka, a światły chleb.
Paru gazdów obliznęło się. Światły chleb — to u nich coś szczególnie apetycznego. Przyzwyczajeni do owsianego placka, jak kupią „kukiełkę“ na jarmarku, gdy im zbędzie centów od niezbędnych wydatków, — toż to w chałupie uciecha!
— I kiez sie naprowdę zabierocie?... — spytał gazda stary mówiącego parobka.
— Kieby jak noprędzy! Choćby pojutrze... — odpowiedziało paru. — Dyć wiesna nadchodzi, trza zarobić co do chałupy...
— A duzo wos jedzie?
— Ho! sporo. Jasiek od Grzędy, Wojtek od Cieśle, Jędrek od Porąbskich. Nazbiero sie nos z pięćdziesięciu.

— E, dyć i z Hameryki pisą nasi — podjął drugi gazda — ze sie im ta nieźle powodzi. Zarobiają po dwa dulory na dzień.

  1. Niestoboze = nie to Boże (nie dopiero).