Na greckiej fali/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Bukowiński
Tytuł Na greckiej fali
Data wydania 1906
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Na greckiej fali page23.jpg



V.

O rozigrana, modra falo grecka,
Jak dziwnie duszę twój poszept kołysze!
Ty jedna wracasz jej swobodę dziecka,
Ty jedna dajesz niepamięć i ciszę..
O falo! Twoja głębia lazurowa
Zdaje się szeptać ukojenia słowa.

Płyniemy zwolna zatoką Zeituni,
Wsuniętą cicho między greckie brzegi.
Na jednym owce, szmaragdowej runi
Perły, na drugim lśnią na górach śniegi,
Które w tem słońcu błyszczą jak korona,
Na skroń Hellady przez Zeusa spuszczona.

A tam... tam w głębi strzela w górę Eta,
Dumna, że u swych stóp ma Termopile...
O Grecyo! Jeśliś ty już dzisiaj nie ta,
O której śniłem i przed którą chylę
Nieraz w zadumie swe czoło stroskane,
To u stóp twoich pełen smutku stanę.

Pragnąłbym obraz twój zachować boski,
Wyśniony w marzeń i uniesień dobie.
Lub — pod twą falą gdzieś zasnąć bez troski,
Nie myśleć, nie czuć, albo — śnić o tobie,
Jaką cię dawna wyrzeźbiła era
Dłutem Fidyasza i pieśnią Homera.

Lecz dość... Najmilsza! Pragnę, pragnę jeszcze...
Oczyma tonąc w oczu twych lazurze,
Znowu rozkoszy dziwnej czuję dreszcze.
Do mych gorących ust nachyl warg róże...
Gdy tak pieszczotą wzajemną się poim,
W jedną znów istność złącz się z duchem moim!

Tak dawno takiej pragnąłem pieszczoty...
Duch mój na życia cmentarnym obszarze
Samotny błądził żałobnemi loty,
Nim ciebie spotkał, pieszczoto i czarze,
Coś go, jak fali królowa i pani,
Na chwilę krótką wyrwała z otchłani.

Spojrzyj, jak jasno, jak bosko dokoła,
Jak ziemia grecka wabi nas uśmiechem,
Jak fala każda o pieszczotę woła,
Szepcząc, że miłość tutaj jest nie grzechem,
Lecz przykazaniem, na przyrody karcie
Na wieki wieków wyrytem otwarcie!

Za lśniącą w słońcu złotych skał plejadą
Coś zamąciło nagle wód błękity.
Ach! To delfinów igrających stado,
Jak komet hufiec, strąconych z orbity,
Goniąc się, kłębiąc wśród piany odmętu,
W wesołych pląsach zmierza do okrętu.

Srebrne zjawisko, honorową wartę
Tworząc, chwil kilka przed okrętem goni,
Aż wreszcie, na bok przez statek odparte,
Nim w lazurowej ukryło się toni,
Jeszcze raz błysło srebrnemi piersiami,
Jakby mu było żal — rozstać się z nami.

Patrząc na ciebie w tym dziwnym orszaku,
Stałem przez chwilę z podziwienia niemy.
Zdawało mi się, mój złocisty ptaku,
Że te delfiny, widząc, jak płyniemy,
Umyślnie spadły z brylantową rosą
I pozdrowienie od fal tobie niosą...








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Bukowiński.