Na chrzcinach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Na chrzcinach
Pochodzenie Mój świat
Pieśni na gęśliczkach i malowanki na szkle
Wydawca Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Data wydania 1926
Druk Zakłady Graficzne Instytutu Wydawn. „Bibljoteka Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
NA CHRZCINACH

Przed domem naszej sąsiadki
Węgierki, wasągi, pojazdy:
Zjechali się do niej na chrzciny
Snać same hrube gazdy.

W świetlicy i w izbach przyległych
Poustawiane stoły,
Wśród szynek, kiełbas i jajek
Barwinek lśni się wesoły.

Pośród talerzy i misek,
Kieliszki, pękate butelki,
W krąg bukieciki z papieru,
Robota panny Anielki.

Usadowili się gazdy,
Spragnieni i głodni wielce,
Palcami sięgają po noże
I po blaszane widelce.

Jedzą i piją i palą,
Kłębią się dymu tumany,
Na wszystko spogląda Pan Jezus
Na szkle wymalowany.

Spogląda z radością, czy smutkiem,
O, tego nikt nie odgadnie,
A, zresztą, pocóż zgadywać,
To nieraz zawodzi zdradnie.

Wtem jeden z gazdów powstanie,
Widelcem w kieliszek zadzwoni,

Pogładzi włosy na głowie,
Wszystkim się piknie pokłoni.

I tak im powie: „Panowie
I pikne panie! Od młodu
Niech w bród ma wszystkiego po lata
Ten świeży potomek rodu.“

„Jakiego rodu? Co rodu!“
Jedni i drudzy wrzasną,
„Tu niema żadnego już rodu
To sprawą dla wszystkich jasną!

Ja jestem od Szczapińskiego!
A ja od księdza Obrzudki!
Niech ślachta się bawi w rody,
Nie nasze stąd będą smutki.“

O mało się dwaj ci wrogowie
Nie pochwycili za czuby:
Tak się rozsierdził i jeden
I drugi gazda hruby.

Na to się porwał starzec
I pomarszczony i siwy
I powie odrazu: „Gazdowie,
Poco wyprawiać te dziwy?

Nie było jeszcze ludowych,
Czy innych socyalów,
O których tak się czubicie
W tym domu Państwa Bukałów.

Po jednych i po drugich
Nie będzie tu żadnych śladów,

A pozostaniem my, wójcia
Od dziadów i od pradziadów.

Toć mówi Pismo: na dusze
Czyhają djabelskie wędy.
Nie dajmy się, by nas łowiły
Jakieś tam miejskie przybłędy.

Więc dalej po rozum do głowy,
Trąćmy się kieliszkami
I prośmy, ażeby to słońce
Świeciło zawsze nad nami.“

Snać trafił do przekonania,
Bo spokój nastał w tej chwili:
Całują się powaśnieni
I zgodę winem zapili.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.