Na bulwarze w Mińsku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Walicki
Tytuł Na bulwarze w Mińsku
Pochodzenie Światełko.
Książka dla dzieci
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka Nakładowa Warszawska
Druk S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Na bulwarze w Mińsku.
Rule Segment - Wave - 40px.svg
Z

Zdarzenie, które wam opowiedzieć zamierzam, przytrafiło się na bulwarze w Mińsku; Mińsk zaś, choć jest miastem siedem razy mniejszem od Warszawy, jednak pod jednym względem może z nią współzawodniczyć. Warszawa posiada Ogród Saski, położony w samym środku miasta. Żadne inne miasto tem się pochlubić nie może. Jeden tylko Mińsk posiada prześliczny bulwar, w samym środku miasta i bulwar ten jest największą jego dogodnością i ozdobą. W tem miejscu zaś, gdzie się ulice Dominikańska z Zacharzewską przecinają, był przed laty trzydziestu kilku duży plac, służący za rynek do sprzedawania bydła i koni. Plac ten zawalony błotem, śmieciami i gruzem, wyglądał wtedy gorzej i brudniej od tych zagród na Pradze, gdzie bydło sprzedają. Następnie zarząd miejski rynek w tem miejscu skasował, plac rozkazał oczyścić, ogrodzić i oddał go publiczności na miejsce przechadzek. Od tej pory plac ten zaczęto nazywać Nowym bulwarem, ale mało się po nim przechadzano, bo nie było drzew wcale, a więc brakło cieniu i na całym bulwarze stało zaledwo kilka nędznych ławeczek. Wtedy plac ten służył najwięcej do manewrów wojskowych i do ujeżdżania koni. Wielkość bulwaru całego równała się, mniej więcej, połowie Ogrodu Saskiego. Ale przed laty kilkunastu przekształcono plac ten nie do poznania. Zasadzono go drzewami i krzewami, porobiono aleje, uliczki, — słowem, latem wszyscy mieszkańcy Mińska codzień się rozkoszują na tym bulwarze w cieniu prześlicznych kasztanów, spoglądając na niepokaźny, nieopodal stojący domek, który przed laty był własnością Czesława Moniuszki. W tym domku niegdyś dokazywał i psocił synek jego, Staś, późniejszy kompozytor „Halki.“

Otóż w Mińsku, przed wieczorem, w prześliczny dzień majowy, przechadzała się pani pewna w towarzystwie dwóch dziewczynek i chłopczyka.
Jedna dziewczynka miała lat dwanaście, chłopczyk lat dziesięć, a druga dziewczynka nie więcej nad lat sześć. Łatwo poznać było, że idą tylko na przechadzkę, na której się bawić zamierzają, bo dziewczynka najstarsza niosła trzy obręcze, włóczką kolorową poobwijane i trzy kije do rzucania obręczy, a oprócz tego zawiniętych w chustkę kilka kul do kręgli. Chłopczyk niósł związanych razem ośm kręgli, a pod pachą trzymał króla kręglowego. Najmłodsza dziewczynka pchała przed sobą wózek maleńki, w którym siedziała świetnie wystrojona duża lalka z włosami.
Skoro weszli na ulicę Zacharzewską, matka się odezwała:
— A może po drodze zajdziemy wziąć ciasteczek z sobą? Przydadzą się wam potem.
— Ach, dobrze, dobrze, droga mateczko, zawołały w jeden głos wszystkie dzieci uradowane.
Wkrótce ucieszone dziatki ujrzały przed sobą wystawę cukierniczą, a następnie wszyscy weszli do cukierni.
Tłum kupujących był tak wielki, że nasze dziatki zaledwo za matką wcisnąć się do cukierni zdołały. Najwięcej było tam dzieci. Matka podeszła do stołu, wskazała żądane ciastka, a w krótce potem oddała do niesienia najstarszej dziewczynce sporą ich paczkę, wiszącą na cienkim sznureczku.
Kiedy wyszli z cukierni, wprost przed nimi ukazał się prześlicznie zarosły bulwar, świeżością i cieniem wabiący ku sobie. U wejścia mnóstwo osób wzajemnie się wymijało. Jedni wychodzili stamtąd, drudzy wchodzili.
Kiedy matka z dziećmi znalazła ławeczkę wolną i usiadła na niej, wtedy chłopczyk, stanąwszy przy matce, odezwał się:
— Mamo, mamo, ja mamie coś powiem.
— Mów, mój Jasiu; byleby to, co powiesz, było ciekawe albo rozumne.
— Rozumne to nie, ale ciekawe, ciekawe bardzo.
Dziewczątka zbliżyły się ku braciszkowi, a Jaś tak dalej mówił:
— Czy mama widziała w cukierni tego chłopczyka, co stał niedaleko mnie, wzrostu trochę wyższego, w granatowem ubraniu, ponsowym pasem przepasanego?
— Nie, nieuważałam — rzekła matka.
— A ja widziałam, widziałam!... — wykrzyknęła starsza dziewczynka — miał czapeczkę okrągłą, bez daszka, z zatkniętem piórem pawiem. Wyszedłszy z cukierni, pojechał z matką w ślicznym powoziku.
— Aha, aha, ten sam — przerwał Jaś. — Otóż on, kiedy na niego nikt nie patrzał, ściągnął ze stołu dwa ciasteczka; jedno migdałowe a drugie czekoladą oblane, i potem je wyniósł cichaczem.
— Aaa! — wykrzyknęły jednocześnie obie dziewczynki, kiwając z zadziwienia główkami.
— I cóż w tem dziwnego? — odezwała się matka. — Przecież Kasia wyniosła z sobą kilkanaście ciasteczek, a nikt się temu nie dziwi.
— Ależ — wykrzyknął Jaś z oburzenia zaczerwieniony — mateczka za ciastka zapłaciła, a on tamte ukradł.
Uśmiechnęła się matka, pocałowała syna w czoło i powiedziała:
— Masz słuszność, mój drogi; nigdy po cudzą własność sięgać nie należy; to grzech bardzo wielki. Ale idźcie biegać i bawić się, bo już widzę, że Walerce bardzo się chce pograć w kręgle.
I dzieci zaczęły się ścigać, biegać, grać w obręcze, w kręgle. Nie obeszło się i bez smutnych wypadków, a po każdym z nich Walerka biegła z płaczem do mamy. Raz zawadziła się i upadła, a drugi raz Jaś ją po ręce uderzył.
Dzieci bawiły się tak dwie godziny. Słońce zaszło zupełnie, a wieczór był cudowny. Matka sięgnęła po paczkę z ciastkami, zamierzając niemi dzieci obdzielić, gdy naraz niedaleko w krzakach, usłyszała podniesione głosy Kasi i Jasia, zawzięcie kłócących się ze sobą.
Kasia drżącym ze wzruszenia głosem wołała:
— Jasiu, na miłość boską, nie ruszaj! nigdy na to nie pozwolę.
A Jaś krzyczał gniewnie:
— Precz mała, bo tak dam! Będę się ja ciebie pytał!
A Walerka płacząc wrzeszczała:
— Precz, precz, nie dam Kasi; precz, bo powiem mamie!
Przestraszona matka zerwała się z ławeczki i zawołała przerażonym głosem:
— Dzieci, dzieci! Chodźcie tu zaraz. Co to jest takiego?
Kłótnia w tejże chwili ucichła, a dzieci biegły do matki z Walerką zaperzoną na przedzie.
— Mamo... mamo... — wołała, Jaś... chciał... Kasię... uderzyć...
— Co to było takiego? mówcie mi zaraz. Jaś niech pierwszy wszystko opowie.
— Niech mama tylko posłucha — odezwał się Jaś — oto tak było. Ja zapomniałem zabrać z sobą z domu szpicruty swojej. A bawić się w konie bez szpicruty bardzo niewygodnie. Otóż chciałem teraz wyłamać bardzo ładną, taką równą gałązkę, niedaleko stąd rosnącą. Ale Kasia, to taka naprzykrzona, zawsze musi wtrącić się do wszystkiego. Za nic mi nie pozwalała tej gałązki wyłamać. Proszę mamy, co jej do tego? Przecież to gałązka niczyja...
— No, dosyć — przerwała matka — Teraz niech Kasia powie, dlaczego spierała się z Jasiem i nie dozwalała mu wyłamać gałązki. Kasiu, siądź tu przy mnie i powiedz, co w tem widziałaś zdrożnego?
Kasia usiadła na ławeczce i nieśmiało mówić zaczęła:
— Ja sama nie wiem, mateczko. Ale mnie się zdawało, że kiedy to drzewko nie nasze, to i łamać go nie wolno. A jak przypomniałam sobie tego chłopczyka w cukierni.. to mię taki strach ogarnął...
Łzy powstrzymały mowę Kasi, która przytuliła się do matki i rękę jej całować zaczęła.
— Dość, dość już, moje drogie dziecko — odezwała się matka drżącym od wzruszenia głosem. — Jasia nie mogę winić, że chciał ułamać gałązkę, bo nie pojmował, jaki to byłby zły postępek. Ale sądzę, że skoro mu to wytłumaczę, to się zgodzi, że Kasia słusznie go od tego powstrzymywała. A teraz weźcie oto powydzielane wam ciastka, jedzcie je i słuchajcie, a ja wam mówić będę.
Każde z dzieci wzięło wydzielonych mu kilka ciastek, ale tylko Walerka zaraz zabrała się do jedzenia. Kasia zaś i Jaś ucałowawszy ręce matki, trzymały ciastka i przysłuchiwały się uważnie jej słowom:
— Cały ten bulwar — mówiła matka — ze wszystkiemi drzewami, kwiatami, ławkami i wodotryskiem kosztuje dużo pieniędzy i pracy. Za czyjeż więc pieniądze ten bulwar założono i utrzymują go obecnie? Oto wszyscy mieszkańcy Mińska składają na to podatek.
— Jakto? — przerwał Jaś — i mama na to pieniądze dawała?
— A jakże, i ja i wszyscy corocznie na to pieniądze dajemy. Następnie te pieniądze oddajemy zarządowi miejskiemu, a on już tego bulwaru dogląda, kopie, zasadza, polewa i zamiata. Widzisz więc, mój Jasieczku, żeś się bardzo omylił, mówiąc, iż bulwar ten nie jest niczyją własnością. Owszem on jest własnością nas wszystkich, własnością publiczną. Możemy wszyscy korzystać z przechadzki po bulwarze, z cienia drzew, z zapachu kwiatów, ale nie mamy prawa, ani zniszczyć, ani przywłaszczyć sobie żadnego kwiatka, żadnego listka, żadnej gałązki, gdyż to-by się równało przywłaszczeniu pokryjomu ciasteczka w cukierni, co was tak mocno zgorszyło i oburzyło. Własność publiczna powinna być dla nas rzeczą równie świętą, jak prywatna, i równie też ją szanować powinniśmy.
— Ależ, moja mamo — zawołał zadziwiony Jaś — a dlaczegoż tak wiele osób zrywa tu i kwiaty i gałązki, skoro tylko policyant w tę stronę nie patrzy?
— O mój Jasiu! Nikt z ludzi rozsądnych i uczciwych tego nie popełni. Ci zaś, co tak postępują, to są albo zbyt nierozsądni, że tego pojąć nie zdołają, albo tak źli, że nawet kradzieży za występek nie uważają.
Jaś poskoczył do Kasi i, całując ją, mówił:
— Dziękuję ci, Kasieczko, żeś mię nie dopuściła do popełnienia kradzieży. Musiałbym się teraz tego wstydzić. Ale odtąd już o niczem podobnem nie pomyślę.
Wtedy matka, całując Kasię, powiedziała:
— A ja ci, moje życie, dziękuję za to, żeś, nie pojmując nawet powodu, przeczuciem odgadła, iż to jest grzechem.

Aleksander Walicki.
Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Walicki.