Myszeis/Pieśń VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Krasicki
Tytuł Dzieła Krasickiego
Podtytuł Myszeis
Data wydania 1830
Wydawnictwo U Barbezata
Miejsce wyd. Paryż
Źródło skany na Commons
Indeks stron
PIEŚŃ VII.


Gryzomir z latarnią spada na grób Filusia. Schwytany i xiężniczce oddany, już miał zginąć, gdy czarownica przybiega do Kruszwicy i ratuje go od śmierci.


Nie masz choroby takowej na świecie,
Któraby swego lekarstwa nie miała.
Wy, co umysły ludzkie leczyć chcecie,
Patrzcie, jak wasza usilność zuchwała:
Nadto jest maxym moralnych, a przecie
Nie wiele dzielność mędrców dokazała.
Kiedyśmy w szczęściu, wszystko idzie snadnie:
W nędzy, i statek i rozum odpadnie.

Póki Gryzomir na babiej łopacie,
Raz posadzony bezpiecznie spoczywał,
Póty nie widział losu w alternacie;
Lecz gdy na śmielsze kroki się zdobywał,
Mniemając, że mógł zabiedz życia stracie,
Wlazł do latarni, i ciepło spoczywał.
Chciał więcej, przeto stara powieść iści:
Przynosi stratę chęć zbytnia korzyści.

Nagłem wzruszeniem srodze przelękniony,
Sam nie wie, gdzie jest, i co się z nim dzieje.
Chciałby co czynić, ale zagłuszony
Impetem wiatru, który zewsząd wieje.
Ten lekki ciężar rzuca w każde strony;
Spuszcza, unosi, zastanawia, chwieje.
Świeczka wypadła, papiery się zdarły,
Trzyma się sznurka rycerz wpół umarły.

Już gwiazdy coraz niknąć poczynały,
I zorza miłą jasność pokazywać.
Tam, gdzie się wznosił grób nader wspaniały,
Przyszła Filusia Duchna opłakiwać.
Już kantor wziąwszy pieśni foljały,
I okulary na nos, miał zaśpiéwać.
A gdy pocichu pierwsze strofy nócił,
Wziął w łeb latarnią, tak aż się wywrócił.

Cud niesłychany! lud cały zawoła:
Dusza Filusia pieśni nasze słyszy.
Zrazu strwożona, lecz potem wesoła
Xiężniczka rości stąd zgubę dla myszy.
Kantor, choć guza dostał wpośród czoła,
Gdy postrzegł, że szczur wśród latarni dyszy:
Porwał go znagła, i już raduje się,
Że taką zdobycz dla xiężniczki niesie.

Nie tak lichwiarza cieszy kruszec złoty,
Nie tak pijaka kufel napełniony;
Nie tak doktora żółtaczka, suchoty,
Nie tak szulera pamfil postrzeżony;
Nie tak dewotkę szwanki cudzej cnoty,
Nie tak dworaka faworyt sprzątniony;
Jak gdy xiężniczka, skoro tam przybiegła,
Monarchę myszy w swych ręku postrzegła.

Tymczasem baba po zgasłym kaganku,
Ku miejscu czarów, jako może zmierza.
Nie obeszło się w podróży bez szwanku;
Nie raz łopatą o drzewa uderza;
Już się zbierało prawie ku poranku,
Budzić się leśne zaczynały zwierza:
Gdy kończąc drogę, którą przedsięwzięła,
Na łysej górze szczęśliwie stanęła.

Spójrzy za siebie, aż łopata próżna;
Ryknie jak lwica, tak jej to niemiło;
Sama się wini, i że mniej ostrożna:
Siedzieć się pewnie szczurowi sprzykrzyło.
Żalu ciężkiego opisać nie można:
Chce włosy targać, ale ich nie było.
I gdyby jeszcze spełna zdrowe miała,
Pewnieby była zębami zgrzytała.

Do guseł zatem i czarodziejstw sławnych
Skrzętnie się baba natychmiast udaje.
Cyrkuł na ziemi kreśli z liter dawnych,
Szepce pod nosem, dzikie rzeczy baje.
Rzuca pęk ziołek czarami zaprawnych;
Zżyma się, siada, i znowu powstaje.
Nim zaś te wszystkie gusła uczyniła,
Dziewięć się razy wkoło okręciła.

Okropnym głosem straszy okolice,
Mocarstw piekielnych ku pomocy wzywa.
Na wielowładnej rozkaz czarownice,
Jęk się okropny z pod ziemi dobywa.
Lucyper z swojej rusza się stolice,
I trzoda duchów podziemnych pierzchliwa;
Gwiazdy swych spuszczać przestały promieni.
Xiężyc się krwawą posoką rumieni.

Zjadłe padalce i gadziny piszczą,
Zmije się na jej czołgają skinienie;
Drży ziemia, ognie piorunowe błyszczą;
A jakby zginąć miało przyrodzenie,
Wzmaga się coraz burza, wiatry świszczą,
Stuletnich dębów wzruszają korzenie.
Dzielniejsze zatem guślarstwa zaczyna,
I zwykłym czarty sposobem zaklina.

Już z wymuszonej piekła odpowiedzi
Wie, co się z nędznym Gryzomirem stało.
Jako w niewoli u xiężniczki siedzi,
Co się z nim pierwej, co się potem działo.
Czegoż ciekawość babia nie wyśledzi?
Kontenta przeto, że się jej udało.
Przy rannej zorzy, niepotrzebna świécy,
Na swej łopacie jedzie do Kruszwicy.

Tam winowajca prędko osądzony
Za swe przestępstwa i nowe i stare,
Już na plac śmierci jest wyprowadzony,
Aby odebrał zazłużoną karę:
Zbiegł się na widok lud nieprzeliczony,
Patrząc na miłą xiężniczce ofiarę;
Kantor, co na guz nie przestał się żalić,
Stos nałożony miał pierwszy zapalić.

Widzi to baba, i z litości wzdycha:
Myśli, jak wyrwać rycerza od śmierci.
Nakoniec z zemsty przyszłej się uśmiécha;
Wysypie proszku z pudełka pół ćwierci:
Kantor raz poraz jak kicha, tak kicha,
Po wszystkich nosach ciemierzyca wierci.
Kicha xiężniczka, kichają dworzanie,
Kicha król, senat, panowie i panie.

Poznał, że łaska bogów oczywista,
Gryzomir z więzów uwolnion na stosie,
Z tak powszechnego kichania korzysta;
I gdy z nich każdy myśli o swym nosie,
Ucieka; już był ubiegł kroków trzysta,
Gdy poznał babę łaskawą po głosie.
Kicha lud cały; im kto głośniej huknie,
Baba się z śmiechu ledwo nie rozpuknie.

Nie tracąc czasu, gdy go tylko zoczy,
Zaraz mu każe na koń z sobą siadać:
Ociera z śmiechu zapłakane oczy;
Nie było czasu babie odpowiadać.
Więc jak najprędzej w tamtą stronę skoczy,
O dalszą podróż już się nie śmie badać.
Mądry po szkodzie, na którą zasłużył,
Siadł na łopatę, i oczy zamrużył.

Gdyby był patrzył lecący pod chmury,
Byłbym mu za to wdzięczen nieskończenie.
Pięknieżto przecie patrzać na świat z góry,
Widzieć rzek kręty, i miast położenie,
Gmachów różnice i architektury!
Cieszy się umysł na samo wspomnienie.
Gdyby co widział, łaskawie objawił,
I pisarzby się i czytelnik bawił.

Skupia się coraz wojsko rozpierzchnione:
Gryzander wszystkich mieści w swojem gumnie.
Posiłki długim marszem utrudzone
Krzepi, a jako zwykł działać rozumnie,
Tai, co nie wie: «W którą poszedł stronę,
«Gryzomir, rzecze, wiadomo to u mnie:»
Z zaczęciem wojny bynajmniej nie śpieszy,
Nowe zaciągi wzmacnia, stare cieszy.

Szpiegi tymczasem oznajmują wiernie,
Co się w Kruszwicy z Gryzomirem stało.
Jak koło niego już było mizernie,
Co przed kichaniem, co potem się działo.
Że brat ocalon, cieszy się niezmiernie,
Lecz go to przecie tajemnie bolało;
Iż się z swojemi już poprzestał bratać,
Jak tylko zaczął po powietrzu latać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ignacy Krasicki.