Modlitwa pojednania

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Modlitwa pojednania
Pochodzenie Sam na sam z Bogiem
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1922
Druk Drukarnia Naukowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
MODLITWA POJEDNANIA.

Znalazłem Ciebie, mój Boże, i cieszę się, jak dziecko zbłąkane, gdy dostrzegło blizką postać zdala. Znalazłem Ciebie, mój Boże, i cieszę jak dziecko, gdy zbudzone ze snu strasznego, łagodnie uśmiechniętą twarz wita pogodnym uśmiechem. — Znalazłem Ciebie, mój Boże, jak dziecko, co złej — obcej oddane opiece, ucieka — i po tylu trudach, przygodach tuli się wreszcie do drogiej piersi, w pieśń serca jej zasłuchane.
Kto winien, że zapatrzony w radosną zabawę, oddaliłem się od Ciebie, mój Boże? — że kram z błyskotkami, huczna muzyka, małpka na łańcuchu, barwna gawiedź jarmarku pociągnęła płochego?
Kto winien, że biegnąc za leśną jagodą, w nadziei, że ot zaraz za temi drzewami, tyle — tyle ich znajdę, — słodkich, bo niespodzianych, słodkich, bo własną ręką i własnym przemysłem zebranych, — zbyt się w las zdradny odbije pacholę.
Kto winien, że naiwnem spojrzeniem nie w zmudne błyski, a ruchliwe wpatrzony obrazy, nie w szepty odległych tajemnic, a pogwar taneczny wsłuchany, ku zwodnej radości chyliłem usta i serce?
Jedna łza niepokoju, żem sam jeden w tłumie, — — już razem, — Ty ze mną, mój Boże.
Noc ciemna. A pod powieką sennego tyle się dzieje. — Rój strasznych komet, wykrzywione twarze, pożary, krew, wicher, topielce, — to płynę na mętnej fali, to na dziwnie ciężkich skrzydłach uganiam się za chmury piorunem, to ruda mnie kąsa dziewczyna, to płomień z twarzą przyjaciela wlecze na bagnisko; chcę krzyknąć — za gardło chwyta ręka zimna — raz po raz uderza ni to zegar, ni dzwon.
Jeden jęk, żem bezradny, — — już razem, — Ty przy mnie.
Kto winien, że w mózg, obłąkana chwila rzuciła upiory majaczeń?...
A oto najgorsze:
Że jasną Twą postać zasłoniły mi cienie Twoich, Boże, kłamliwych tłomaczów.
Poprzez mroczną zgraję przedzierać się byłem zmuszony. Ich zwodne: „Prosto — padnij — drżyj — powstań — na prawo“. — Ich mdłe kadzidła — prochy — dymy i gromnice — cuda — groźby i grzechy — mury — popioły — zachęty i obietnice — kamienne tablice — nauki i gazy trujące. — Ich: „do mnie, bo mój Bóg nie tandeta“, — poprzez kupę Twych pomocników, faktorów, zastępców i katów, co odpychali, mrozili, zasłaniali, nie dali — do Ciebie, mój Boże, dążyłem.
Dlatego tak późno, — dlatego teraz dopiero.
Poprzez życia pokusy, zmysłów obłędne kurzawy i zamiecie, poprzez fałszywe proroki, — do Ciebie.
I cieszę się, jak dziecko, — i nie nazywam ani Wielkim, ani Sprawiedliwym, ani Dobrym, — mówię:
— Mój Boże.
Mówię: „mój“ i ufam.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.