Mołojcy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Bartłomiej Zimorowic
Tytuł Mołojcy
Pochodzenie cykl Sielanki
ze zbioru Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów
Data wydania 1857
Wydawnictwo Nakładem Michała Dzikowskiego
Miejsce wyd. Przemyśl
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI. Mołojcy.
Jolas, Aleksy.
Aleksy.

Coć się dzieje Iola! że twe czujne fletnie
Umilknęły? jakoby w ciężkie znoje letnie
Gdy słowiczek rzewliwy narzekać przestaje,
Milczą zielone lasy, milczą głośne gaje.
Wczoraś nadobnie śpiewał, wczoraś był wesoły,
Tyś grał, my koło ciebie stali jako pszczoły.


Jolas.

Za czasem wszystko idzie, czasem słońce świeci,
Czasem z burzą pochmurną deszcz haniebny leci.


Aleksy.

To prawda, ale przecie mamy mieć jednakie
Serce na złe przygody i szczęście wszelakie.
I ty mów, co cię trapi, aza pomódz tobie
Będę mógł.


Jolas.

Powiem, tylko nie chciej tesknić sobie.
Nie dawno, gdym w południe siedział sobie w cieniu,
Ujźrałem jakąś panią w jedwabnem odzieniu,
Z nią chłopiąteczko z łuczkiem nie wieliczkie, która
Skoro usiadła wedle krzywego jawora,

Dziecina ją (gdyż na nie gniewać się poczęła
Ona pani) obłapiać i całować jęła.
Ona — idź precz odemnie łotrzyku zuchwały!
Abo jeszcze chcesz krwią mą napawać swe strzały?
Dosyć jaż ran ponoszę od ciebie w mem ciele. —
A chłopię odrzucone nie mieszkając wiele,
Przyszło do mnie i, siadłszy wedle mnie pod bukiem,
Dało mi w ręce sajdak z natężonym łukiem;
Oglądając ja dziwny rynsztunek, nie chcący
Jakoś się nim obrażę — natychmiast gorący
Ogień w sercu poczuję; on zdrajca, gdy minie
Las gęsty, skrzydła z ramion złociste rozwinie
I niemi między modre obłoki się skwapi,
A mnie żal i nieznośna tesknica ułapi.
Od tego czasu nie wiem, co się ze mną dzieje:
Zawsze jakoby żagiew serce we mnie tleje
I zda mi się, że codzień po lekku usycha,
Dusza jakby ściśniona ustawicznie wzdycha,
Właśnie kiedyby ją kto przywalił kamieniem,
Tak jej duszno i tak się biedzi z częstem tchnieniem.
Długo będąc zraniony na sercu tak srogo
Narzekałem żałośnie nie wiedząc na kogo:
Czyli na owę panią i dziecko przeklęte,
Czyli na strzały przez mię od niego powzięte?
Aż nie dawno na kiermasz idąc ku Zniesieniu,
Ujrzałem mołodycę w bieluchnem odzieniu;
Ona dwiema wieńcami otoczywszy czoło,
Nie wielkich dziewcząt pląsać uczyła wesoło;
Tej przystąpiwszy z bliska gdy się przypatruję,
Niezwyczajną odmianę na sercu poczuję.
Jako bowiem lipki wosk letnie słońce topi,
Abo grad, który deszczyk majowy pokropi:
Tak przezemnie wszystkiego pot się gęsty linął,
Bóg strzegł, żem się w drobniuchne krople nie rozpłynął.
Ochłodnąłemci wtenczas trochę, lecz w pamięci
Odtąd ona dziewoja zawsze mi się kręci.


Aleksy.

Prostakeś, jako baczę, wielki, mówię śmiele,
Ześ sam nie znał, o którym świat nabajał wiele,
O Kupidzie, Wenery brzydkiem bękarcięciu,
Który się spólnie rodzi przy każdem dziecięciu;
Za młodu się wżdy tai, ale skoro pióry
Podroście, natychmiast się wybija do góry,
Za łuk naszę chuć bierze, pieszczoty łechczywe
Na strzały swe obraca, myśli na cięciwę;
W tąż żagiew, która w nas tli prawie z urodzenia,
W głownie swoje i skryte podniety odmienia,
Aż potem krewkość nasza, nie Wenus przeklęta,
Naszemi, nie cudzemi, żądzami nas pęta.

To chłopiątko, któreć się we lesie widzieć dało,
Już dawno w zanadrzu twem gniazdo swoje miało;
Tyś nie wiedział, dopiero dziewka na Zniesieniu
Pokazałać skrytego w serca twego cieniu.
Znajże teraz bogini miodookiey syna,
I bój się nad dzikiego więcej Tatarzyna.
Wielkie szkody w Podolu horda czyni pewnie,
Gdy plondruje kraj, wiąże czerń, pali derewnie;
Lecz większe ten hordyńczyk, którego po Rzymie
Bystre strzały latają i po grubym Krymie,
Wszędy go pełno, wszędy skrzydełkami lata,
Nikt przed nim nie ulęże w żadnym kącie świata.
Trudno tego ubłagać baranim kożuchem,
Skórą się mu okupić musisz, abo duchem.
Aboć się jeszcze przedtem nigdy nie przydało
Zamiłować? widzę masz doświadczenia mało.
Nietylko miłość w pańskim lągnie się bławacie,
Znajdziesz ją czasem w guni i ubogiej chacie.
Pastuchem był młodziuchnym Adonis, a przecie
Gdy go Wenus ujźrała na wonnym Himecie,
Westchnąwszy tak mówiła: Aboś ty jest synem
Jakiej pięknej bogini, abo Kupidynem,
Takim cię bowiem śliczna postawa udaje,
Tylko, żeć Kupidowych skrzydeł nie dostaje.
Ktośkolwiek jest, zapewne twój błogosławiony
Ojciec i matka, z których tak pięknieś spłodzony.
Lecz tysiąckroć szczęśliwszą ma bydź poczytana
Ta, która tobie będzie małżeństwem oddana.
I ze mnie w każdy sposób masz sługę powolną,
Bądź ślubem wiecznym zechcesz, bądź namową spólną —
Na to się on zapłonął, jako gdy kto białym
Szarłat jasnorumiany pokropi nabiałem.
Ona mowę zmieniwszy rzekła: Ukochane
Owce do straży temu pasterzowi dane!
Szczypcie młodą leszczynę, szczypcie wrzos pachniący,
Niżeli południowy znój przyjdzie gorący.
Ale i owce mało o pastwiska dbają,
Na ciebie tylko gładki paniczu patrzają;
Tobie nie błędne owce, nie rogate trzody
Zaganiać przyzwoita do Xantowej wody —
Lecz godzieneś, aby cię leśne Oready
I Napejskie Kniehynie brały do biesiady,
Godzieneś, abyć Nimfy i Boskie dziewice
Wolny przystęp czyniły do czystej łożnice.
O! tylko chciej, oto ja, chociażem królową
W Cyteronie, tobiem jest na wszystko gotową,
Już ja mogę przy tobie po górach wysokich,
Mogę i po dolinach błąkać się głębokich;
Milsza mi twa piszczałka i piosneczki leśne
Nad Orfeowe strony, o dziecię ucieszne!

Przez ciebie mój Kupido stracił władzę swoją,
Albowiem przyjemnością rozpalony twoją
Zachwycił sercem ognia, którym wprzód szafował,
Którego, tylko przez cię, nigdy nie kosztował.
Dla tegoć łuk, miłości naczynie kryjome,
I strzały daje drogi serdecznej świadome. —
To rzekłszy, poskoczyła, myśląc go obłapić,
Lecz on począł się od niej jeszcze prędzej kwapić.
Tak więc owca przed wilkiem, tak jelonek szczwany,
Tak przed jastrzębiem pierzcha gołąb niedognany.
Bogini tuż, tuż za nim, on zatem poskoczy
W ogród, z krzykiem wołając bogów ku pomocy:
Dianno, o Dianno! której panien wiele
Służy nabożnem sercem w Efeskim kościele,
Chwalebna miłośnico poczciwej czystości,
Zachowaj mię dziś proszę w zupełnej całości,
A ja potem ołtarze za tę pomoc twoję
Krwią wylaną z bieluchnych jagniątek napoję. —
Te prośby nie daremnie czynił, bo jak biegła
Wenus szalenie za nim, róży nie postrzegła,
Na kierz wpadła i tak się haniebnie zraniła,
Że białą przedtem różę krwią uczerwieniła.
I ty się też nie frasuj, bo albo dostaniesz,
Czego żądasz, abo się frasować przestaniesz.
Z czasem kłopoty chodzą, a jako czas płynie
Prędko, tak prędko kłopot wespoł z czasem minie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Bartłomiej Zimorowic.