Milion za morzami/Rozdział ósmy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Milion za morzami
Podtytuł Obrazek zaściankowy
Pochodzenie „Kuryer Codzienny“, 1878, nr 207-213, 215-216, 218-223
Redaktor Józef Hiż
Wydawca Karol Kucz
Data wydania 1878
Druk Drukarnia Kuryera Codziennego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział ósmy, który jest końcem niniejszego szkicu, a właściwie początkiem romansu.

Miało się już ku jesieni.
Pożółkłe listki, drżąc w powietrzu, opadały z drzew, szeleszcząc smutnie, na gruszach i jabłoniach złociły się piękne owoce, z pól wszystko posprzątano i tylko stada srokatego bydła dogryzały resztek słomy, któréj sierp nie zajął.
Dniami jeszcze upał dokuczał, ale za to wieczory chłodne były, a nocami dobre przejmowało zimno.
Bociany zbierały się już na polach, radząc o blizkim czasie odlotu, a wrony częściéj z lasów ku siedzibom ludzkim ciągnęły, patrząc czy się nie znajdzie czém pożywić na śmieciach.
Na ganku w Dębiance siedział stary Prawdzicki, paląc fajkę, a obok niego Mania, narzuciwszy ramiona lekką chusteczką ponsową od wieczornego chłodu.
— Widzisz moje dziecko, — rzekł stary, — jakiém ów artykuł jest skuteczném lekarstwem: dwa dni dopiero jak go przeczytano, a patrz jak tu cicho, spokojnie, pusto. Znowuż jesteśmy biedni w oczach ludzi i znowuż o nas zapomniano, ty już nie jesteś milionową panną, ani królową towarzystwa.
— A ty, ojczulku, przestałeś zapewne być kandydatem na radcę Towarzystwa.
— Ech, wiesz co — rzekł stary machnąwszy ręką — przykro mi to trochę, że ludzie tak bałwochwalczą pieniądzom cześć oddają, ale co prawda, dla nas to i lepiéj: jeżeli nam kto ofiaruje swoję przyjaźń, to będziemy wiedzieli, że szczera, jeżeli kto ciebie pokocha, to już tylko dla ciebie, dla twojéj dobroci.
— A czy kto pokocha, ojcze? — rzekła Mania, podnosząc na niego swe duże czarne oczy.
— Czy kto pokocha! czy pokocha, — powtarzał po cichu Prawdzicki i oboje wpadli w głęboką zadumę, wpatrując się w srebrny sierp księżyca, co ciekawie z za lipy na ganek dworku spoglądał.
Było to właśnie w owéj chwili, gdy babcia Pękalska przyjechała do Olszówki i wyrecytowawszy ze szczegółami (po raz już piętnasty podobno) ową sensacyjną wiadomość, położyła się w łóżko chora ze znużenia i zmartwienia zarazem, bo dwa deresze padły zaraz po przyjeździe i pomimo zdjęcia im paskudnika z oczów, zakłucia myszy pod gardłem i zatkania chrap trawą, przeniosły się na pola Elizejskie.
Kowal pełniący obowiązki konowała, robił z niemi wszystko co umiał — i o ile to było w jego możności, ułatwił im rozstanie się z tym światem.
Pan Maciéj dowiedziawszy się, że miliona już nie ma, spojrzał na syna i rzekł:
— Sprytny chłopak, zwąchał pismo nosem, nie darmo tak się jakoś do téj żeniaczki ociągał.
Wickowi oczy zajaśniały radością i szczęściem, wziął kapelusz i po chwili wsiadłszy na konia, popędził jak wicher ku Dębiance.
Mania poszła do pokoju zająć się herbatą, Prawdzicki zaś został jeszcze na ganku i dumał o swojém dziecku, o przyszłości, o ludzkiéj obłudzie może...
Uszu jego doleciał głuchy tentent, który stawał się coraz bliższym, aż nareszcie na szarém tle wieczornego zmroku zarysowała się sylwetka jeźdźca, pędzącego na złamanie karku....
— A komuż tak pilno do ubogich ludzi, — pomyślał Prawdzicki. — Któż tak śpieszy i po co? Czyż jeszcze nie wie o niczém, czy téż przychodzi najgrawać się z mniemanego nieszczęścia?
Wincenty już był na dziedzińcu, zeskoczył z konia, rzucił cugle pierwszemu lepszemu chłopcu jaki mu się nawinął i zbliżywszy się do Prawdzickiego, serdecznie uścisnął jego rękę...
— Witaj gościu zawsze miły, — rzekł stary, — jakoś tyś jeden nie zapomniał o nas, a może nie wiesz jeszcze o niczem?
— Owszem panie, wiem o wszystkiém, dowiedziałem się dopiero w téj chwili i pospieszyłem, żeby was pocieszyć w nieszczęściu.
— Dobre masz serce mój chłopcze, a dobre serce — to grunt w człowieku, mojém zdaniem.
— O panie, pochwała to niezasłużona, mnie tu i egoizm przypędził, bo zdarza się czasem, że co dla jednych jest klęską, to drugim szczęście przynosi.
— Coś zagadkami mówisz, panie Wincenty.
— Ja panie doprawdy sam dobrze nie wiem co mówię, jak mówię i czy dokładnie wyrażam to co się dzieje w mém sercu...
— A cóż to się tam dzieje mój paniczu? — rzekł z uśmiechem stary, który się zaczął czegoś domyślać.
— Wasze nieszczęście o tyle szczęściem jest dla mnie, że nas zrównało ze sobą, że usunęło z pomiędzy nas tę fatalną złotą przegrodę; dziś mogę przyjść do was śmiało, — bo wyście biedni i jam nie bogaty, — dopiero dorabiać się myślę własną pracą. Dziś mogę panu powiedziéć, że oddawna kocham pańską córkę i proszę pana abyś mi pozwolił starać się o jéj rękę.
— Zacny jesteś chłopiec, — rzekł stary całując go w czoło, — ale czy zastanowiłeś się nad tém co powie na to twój ojciec?
— Panie, ja ojca mego szanuję jako syn, ale mężczyzną jestem pełnoletnim i wolę swoję mam; w najgorszym nawet razie ojcowizny się zrzeknę, — ale serca swego krępować nie pozwolę...
— A maszże ty jakie widoki na przyszłość?
— Mam dwie zdrowe ręce, szczerą chęć do pracy, a zresztą nadzieja w Bogu.
— Dobrze mówisz chłopcze. Zaczekajżeż tutaj, pójdę ja adwokatować za tobą do Mani, choć zdaje mi się, że nasza sprawa wygrana, bo o ilem mógł dostrzedz, już oddawna nie patrzyła krzywo na ciebie...
I wszedł stary do domu, a Wincenty został na ganku, zatopiony w marzeniach, wsparł głowę na dłoniach i czekał.
Niedługo zasłyszał szelest sukienki i uczuł w swéj dłoni drobną mięciuchną rączkę Mani.
— Zdaje mi się panie, że rozumieliśmy się nic nie mówiąc do siebie.
— O tak, już teraz nie potrzebuję pani usprawiedliwiać mojéj samotności owego wieczoru w borku, gdy pani nadeszła z całém towarzystwem.
— Ja nie chciałam wówczas za wiele pytać, bo istotnie obawiałam się czy nie przeczuwam za dużo.
— Za mało, powiedz pani raczéj.
Nadszedł i ojciec i rozpoczęła się rozmowa, w któréj młody marzyciel rozwijał najpiękniejsze plany przyszłości, — mówił jak pracować, jak dorabiać się będzie...
Ojciec słuchał, a uśmiech błądził mu na wargach, siwym pokrytych wąsem.
Godziny zbiegały szybko.
Już i sierp księżycowy wybił się w górę wysoko, zaledwie go dostrzedz było można, gwiazdy zaczęły mrugać jakby czuwaniem znużone, a ci troje siedzieli jeszcze na ganku.
Młodzi szczebiotali weseli, szczęśliwi, ufni w przyszłość — a stary patrząc na nich, rozpamiętywał swą młodość, swoje minione szczęście i duża ciężka łza stoczyła mu się po policzkach i po siwéj brodzie.
Otarł ją ukradkiem, jakby pragnąc aby jéj nikt nie widział — ale napróżno — dojrzała ją jedna gwiazdka malutka i jak złota kulka stoczyła się natychmiast po horyzoncie.
Może pobiegła zanieść tę łzę komuś co już dawno umarł, może pobiegła powiedziéć matce o szczęściu dziecka sieroty.
Kto tam może wiedziéć, po co gwiazdy włóczą się po niebie...
— No, dość marzeń moje dzieci — rzekł Prawdzicki, — zejdźcie z obłoków na ziemię — czas spać. Pożegnajcie się i bądźcie dobréj myśli. Ty Wicusiu, jedź, do domu spokojny, nie będziesz potrzebował służyć u ludzi, ani z ojcem zrywać. Powiedz mu otwarcie o wszystkiém, a dodaj téż, że choć milionów nie mam, ale zawsze jestem jeszcze dwa razy przynajmniéj od niego bogatszy. Będzie wam dobrze na świecie — jeśli w swojéj miłości wytrwacie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

No i już koniec — skończyło się wszystko, Numa poszła za Pompiliusza, Pompiliusz ożenił się z Numą...
Komu potrzebny sens moralny, ten go w tym obrazku sam snadno dopatrzy, a kto nie dopatrzy, to mu powiem, że nie należy gardzić pieniędzmi, ale nie trzeba téż kochać ich nadto, gdyż są piękniejsze rzeczy na świecie, a myśl zacna i uczciwa praca, stanowi podwalinę budynku szczęśliwego życia....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Zapytasz czytelniku, co się dzieje z naszymi znajomymi z téj powiastki?
Po staremu, po staremu: Grubasiński huczy w Bąku jak bąk, Gil świszczę cienko na swoich Pieńkach.
Reb Icek dorabia się fortuny i nie może jeszcze wyjść z niemowlęctwa — wciąż ssie swoję szlachtę, ale któż temu winien, że go szlachta nie umie odstawić i wziąść na mleczko i kaszkę?
A babcia Pękalska?
Jeszcze dziś w Olszówce pod szopą, znajdziecie między rupieciami pudło żółtéj bryki świadczące, że tu była ostatnia stacya babcinéj podróży.
Forsowna peregrynacya po okolicy z wieścią o milionie, moc wrażeń, zgon nagły dwóch dereszów, to wszystko zapędziło ją do łóżka.
I zmarło się babinie w Olszówce, na rękach pani Maciejowéj i centurya nawet zaradzić jéj nie mogła.
Walenty, poczciwy, wierny sługa, zawiózł ją po raz ostatni na cmentarz, przytém spłakał się jak bóbr, potém spił jak dzik, aż zaniemógł dziadzisko, dostał kolek i umarł.
I leży na tym samym cmentarzu, swéj pani pilnuje, chociaż z należnym respektem, pod parkanem, pod drewnianym krzyżykiem — podczas gdy pani spoczywa przy głównéj alei i ma nad sobą piękny, przez dzieci ufundowany nagrobek.

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.