Markiza Pompadour/Rozdział XXXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Markiza Pompadour
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Zgon
Data wydania 1926
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XXXVI.
Zgon.
„W palmową Niedzielę dnia 15. kwietnia 1764 roku. Markiza de Pompadour, dama dworu królowej zmarła w Wersalu, w „Małych Apartamentach Królewskich“ o 7-mej wieczorem po blisko dwumiesięcznej chorobie w wieku lat 43. Pochowana została w klasztorze „Kapucynek.“
Oficjalny buletyn.

Zaczajona od lat dziecinnych choroba nagle ujawniła swoje oblicze, szła naprzód w przerażająco pośpiesznem tempie. Były to suchoty. Dawniejsza medycyna nie miała sposobów zdjagnozowania jej wcześniej. Teraz lekarze przejrzeli. Zatroskane wbrew wszelkim wysiłkom ich twarze mówiły: niema ratunku! Kaszel dławił markizę. W pozycji leżącej dusiła się. Siedziała stale w fotelu przy wielkiem oknie i śledziła melancholijnym wzrokiem pęd poszarpanych obłoków na niepogodnem niebie. O czem myślała?... Na pytanie pani Hausset, odpowiedziała: „Nie wiem sama!“ Ogarniała ją senność. Wyczerpany nieustanną gorączką myśli organizm domagał się odpoczynku. Odwracała się od gorzkich zawodów przeszłości — zobojętniała na teraźniejszość — wiedziała, iż nie ma przyszłości. Duma jej marzeń złożyła broń wobec powagi zbliżającej się śmierci...
Z początku odwiedzał ją Ludwik codziennie. Ale wzdrygał się przy każdem jej kasłnięciu — więc nie chciała, aby miał przykrość; oszczędzała jeszcze wrażliwość Króla. Może nie chciała też, aby patrzył na nią, gdy wysiłek kaszlu musiał czynić ją brzydką. Prosiła go, by nie pozostawał długo przy niej później, aby nie odwiedzał jej codzień. „Zachowaj lepiej mój dawny obraz po śmierci, Ludwiku!“ mówiła doń. Niby opierał się, udawał, że wierzy w poprawę jej zdrowia, żartobliwie strofował ją za „pesymizm z lada powodu — ale nie ociągał się z posłuszeństwem jej życzeniu: zjawiał się już na moment i rzadziej. Wszelako przysyłał niemal co godzinę kurjerów z Wersalu do Choisy po buletyny o jej zdrowiu. Wiedziała o tem i chwilami uśmiech rozradowania z powodu troskliwości królewskiej przebiegał po jej malejącej twarzy i zbladłych wargach.
Nagle — jak to bywa u suchotników, właśnie przed bliską katastrofą — nastąpiła poprawa, która tak łudzi chorych i ich otoczenie. Gorączka, trapiąca ją od trzech tygodni, spadła; kaszel ustał prawie zupełnie. Krzepiący pięciogodzinny sen śród dnia w fotelu i następna noc, spędzona w łóżku, pod mocą narkotyku, zabarwiły twarz jej rumieńcem. Poweselała dziwnie i zapragnęła pojechać na spacer w powozie. Świeże powietrze lasów i ogrodów Choisy ożywiło ją. Było to niby cudowne zmartwychpowstanie. Doktor Richard, wbrew zastrzeżeniom Quesnay’a, znającego złudę takich polepszeń w stanie suchotników, zaopiniował, że Markiza mcże powrócić już do Wersalu; liczył na to, że miłośniczkę sztuki otoczenie ulubionych przedmiotów, miłych drobiazgów i arcydzieł rzeźby i malarstwa, któremi ozdobiła swoje pokoje — rozerwie i pobudzi uzdrawiająco. Przeniesiono ją w pogodny poranek do jej sypialni na zamku.
Już Cochin narysował symboliczny obraz: „Prozerpina (z twarzą pani de Pompadour) wracająca z Hadesu na ziemię“ — już Favart napisał wspaniałą canzonę, poczynającą się od słów:

Słońce było chore
I chora była Pompadour...
Znów mamy piękna porę,
Wyszło słońce z chmur...
I twarz Jej gra mu wtór —
Znów mamy piękną porę!

Ale rysunek i oda przyszły do Wersalu zapóźno. Pani de Pompadour leżała w agonji...

W ostatniej chwili nie zaprzeczyła swemu charakterowi. Była wierną sobie w śmierci, jak i w życiu. „Faworyta,“ mówi biograf, „z plamką różu na wargach zachowywała się tak, jakby wykonywała doskonale wyuczoną rolę; można było rzec, iż agonja jest wytworną komedją — jest jej pożegnalną rolą.“
Zawezwany do niej za przyzwoleniem Króla proboszcz kościoła Świętej Magdaleny był zdumiony — nietyle pobożnem skupieniem w sobie Chrześcianki, co filozoficzną pogodą ducha w świadomem oczekiwaniu nieubłaganego kresu życia.
W obecności księdza poleciła notarjuszowi otworzyć sporządzony już przed czterema laty testament, wysłuchała go w milczeniu, kiwając głową i poruszając potakująco wychudłemi palcami przy uroczystych wyrazach wstępu:
„Ja, Joanna Antonina Poisson, Markiza de Pompadour, rozłączona w posiadaniu dóbr z małżonkiem swoim Karolem Wilhelmem Lenormant d’Étioles... stanowię niniejszem ostatnią moją wolę. Polecam duszę moją Bogu, błagając Go, aby miał wyrozumiałą litość dla mnie, przebaczył mi moje grzechy, gwoli czemu czynię pokutę, ufna w odkupienie przez drogocenną krew Zbawiciela Mojego, Jezusa Chrystusa. Amen. Pragnę, aby ciało moje bez wszelkich uroczystości przewiezione zostało do Paryża i pochowane w kaplicy klasztoru Kapucynek przy placu Vendôme“ i t. d.
Sprawdzała słuchem, czy śród hojnych zapisów i darów, któremi obdarzała Króla, najbliższych przyjaciół, książąt i księżne krwi, brata Abla de Marigny i sługi swoje — nie pominęła kogoś, lub czy testament nie wymaga zmian ze względu na zmiany w masie spadkowej przez czas, gdyż znaczne dobra swoje nieraz pod wpływem kaprysu rozdarowywała ludziom bliskim, sprzedawała nieopatrznie za bezcen i z upodobaniem kolektorki zakupywała nowe arcydzieła sztuki, lub nabytkami swemi popierała powstające z jej inicjatywy świeże gałęzie przemysłu. Okazało się, że akt ostatniej woli wymaga sporego kodycylu, który podyktowała tuż zaraz z pamięci jasnym i równym głosem, podkreślając wdzięcznemi legatami stosunki lat ostatnich, darząc znacznemi pensjami i upominkami wielki sztab swojej służby od administratora dóbr Collina aż do kucharza, piwniczego, lokaja i portjera, wykazała dbałość o ubogich i jeszcze zaleciła bratu „mieć na pieczy tych, kogoby z ludzi swoich przypadkiem zapomniała“.
Jeszcze poza testamentem podyktowała zapiskę do naturalisty Buffona, prosząc go o czułą opiekę nad powierzonemi mu już w czasie jej choroby ulubionemi swemi zwierzątkami: małpką, psem i papugą — zaznaczając, że z góry wie, iż zwraca się pod adresem człowieka, który ceni piękno, zmyślność i dobroć nawet w zwierzęciu. Trafiła dobrze.
Była już w agonji — ale do ostatniego tchnienia udzielała audjencji zgłaszającym się do niej, którzy chcieli jej dać przez poszanowanie i tkliwość złudzenie, iż kres jej nie nadszedł. Jej przenikliwe oczy rozumiały ten szlachetny fałsz, ale ręce jeszcze czepiały się kurczowo uciekającej władzy — wezwała dyrektora kancelarji, aby udzielił jej ostatnich wiadomości z poczty zagranicznej w związku ze sprawami Francji.
Nagle oczy jej zasnuły się mgłą... Przycisnęła dłoń do serca... Czuła, że bicie ucieka... Zrozumiała, że skończyło się wszystko... Przymknęła oczy.
Ksiądz powstał pocichutko i postąpił na palcach ku drzwiom. Zasiedział się tu długo udzielił jej zdawna ostatnich Sakramentów — sądził, że rola jego skończyła się. Ale ona dosłyszała czułem uchem konającej szelest jego kroków — twarz jej przybrała wyraz antycznego uśmiechu i na moment przed zgonem usta rzuciły zdanie klasyczne, godne pamięci historji:
„Jeszcze chwileczkę, księże proboszczu — odejdziemy stąd razem.“
...I wyzionęła ducha.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.