Maleńka Dorrit/Część II/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IX: W STAREJ KLATCE.

Przyśpieszone kroki i głośne sapanie poprzedziły wejście Pancksa do kantoru, gdzie spodziewał się zastać Clennama.
Ale na progu zatrzymał się nagle. Jakże wyglądał dzisiaj ten przybytek porządku, spokoju i systematyczności! Na stole listy nierozpieczętowane, porozrzucane w nieładzie papiery, a pośród tego Clennam nieruchomy, z głową na ręku, oparty na stole.
Pancks długo nie był zdolny poruszyć się z miejsca, wreszcie ruchliwy jego temperament zwyciężył skamieniałość.
— To ja namówiłem pana, panie Clennam! — wybuchnął. — Moja wina, wiem o tem. Ukarz mię pan, jak zechcesz. Chciałbym, żebyś ukarał mię surowo.
— O Pancks, Pancks! — westchnął Clennam — tyś zawinił, ale jakże ja zawiniłem! Zrujnowałem Doyce’a, zrujnowałem Doyce’a! tego najzacniejszego człowieka. Zrujnowałem go, chociaż mię ostrzegał! Zrujnowałem go, bo mi ufał! Zrujnowałem cały dorobek jego życia! Czemże jestem?
Na te słowa Pancks zgrzytnął zębami i zanurzył dłonie w swoich czarnych włosach, które z widoczną ulgą wyrywał garściami.
— Jestem łotr! jestem zbrodniarz! jestem osioł! — powtarzał — warjat! podlec! niedołęga!
— O, Pancks! — jęknął znów Clennam — gdybyś się był nie zaraził tą gorączką, lepiej byłoby dla ciebie... i dla mnie!
— Lepiej — potwierdził Pancks. — Biegam od wczoraj rana — ale nic nie pomoże, wszystko stracone, wszystko!
— I właśnie wczoraj miałem sprzedać akcje — westchnął znów Clennam — przyszedłem do rozumu, pragnąłem się wycofać ze spekulacji... właśnie wczoraj!
— A ja nie wątpiłem do ostatniej chwili, stary osioł! — narzekał Pancks skruszony.
Artur podniósł się i wyprostował.
— Nie mam czasu do stracenia — rzekł poważnie — muszę zrobić, co w mojej mocy, aby ocalić dobre imię Doyce’a. Sam zawiniłem, sam jestem odpowiedzialny za wszystko. Jestem niewypłacalnym dłużnikiem Doyce’a i wszystkich jego wierzycieli. Niech mną rozporządzają.
— Czy pan wie, co to znaczy? — zawołał Pancks, odstępując od niego z przerażeniem.
— Może więzienie — rzekł Clennam ponuro — lecz zasłużyłem na to.
— W każdym razie powinieneś pan wezwać prawnika, to pański obowiązek w interesie Doyce’a. Przyślę panu Rugga.
Artur skinął głową na znak, że uznaje słuszność tej rady, i Pancks pomknął niezwłocznie, aby potwierdzić ją czynem. Clennam zajął się porządkiem w kantorze i napisaniem listu, który chciał ogłosić w pismach, wyznając swoją winę.
Szybkie przybycie Rugga było bardzo pożyteczne, gdyż Artur stracił głowę. Wprawdzie pan Rugg miał inny pogląd na tę sprawę i chciał uważać za swój obowiązek ratowanie swego klijenta, ale pod tym względem spotkał się z wolą stanowczą. Kljentem ma być Doyce i jego interes, jego opinja i ocalenie warsztatu. Clennam chce pokutować.
Nie oczekiwał długo na spełnienie tego życzenia. Nazajutrz rano pierwszy z wierzycieli zażądał aresztowania i uwięzienia Artura.
Ojciec i syn Chivery znajdowali się na stanowisku, gdy Artur Clennam zjawił się w Marshalsea jako więzień.
Stary odźwierny był zdumiony i wzruszony, uścisnął Arturowi rękę i wyznał, że nie wita go z radością. John skurczył się i zniknął.
Artur według obowiązujących przepisów w izdebce odźwiernego czekał na załatwienie formalności. Nie mając chęci mówić, wyjął z kieszeni gazetę i udawał, że czyta, póki nie zjawił się John z zawiadomieniem, że może iść do siebie.
Zeszedł z nim na podwórze. John wzdychał głęboko, lecz prowadził go na znane schody, do mieszkania, które Clennam dobrze pamiętał.
— Myślałem... że tu panu będzie lepiej — odezwał się ponuro. — Nie podam panu ręki... ale przygotowałem dla pana ten pokój. Czy pan zadowolony?
— Dziękuję ci, Johnie — rzekł Clennam roztargniony, wodząc zdumionem okiem po ścianach i sprzętach, które zdawały się wołać jednym głosem:
— Maleńka Dorrit!
Usiadł na krześle i pogrążył się w chaos myśli, wspomnień, trosk i bólu. Ogarniała go dziwna niemoc, znieczulenie, zdawało mu się, że zapada w sen jakiś, który obezwładnia go zupełnie.
A jednak w szarym mroku, który go otaczał, świeciło drobne, lecz miłe światełko: — maleńka Dorrit.
Nigdy dotąd nie zdawał sobie jasno sprawy, jaki wpływ na jego życie miało to drobne dziewczę. Teraz widział, iż była dla niego przykładem. Zbudziła w nim nowe, najlepsze uczucia. Kto czynem, nie słowami, uczył zapomnienia o sobie, pracy dla innych, miłości wytrwałej i bezinteresownej, walki cichej i mężnej z drobnemi, lecz ciągłemi przeszkodami? Gdy myślał o jej pracy, zniszczonem obuwiu, lichej sukience, niedojedzonych obiadach, które przynosiła do domu, gdy przypominał sobie, jak gorąco musiała bronić słabości ojca, — czuł się sam małym, słabym, niegodnym przyjaźni tej szlachetnej istoty.
A jednak tej przyjaźni nie myślał się wyrzec, ona była mu dzisiaj jedyną gwiazdeczką, rozjaśniającą ponure ciemności.
Do pokoju wszedł odźwierny Chivery.
— Czy pan nic nie potrzebuje? Wychodzę na miasto. Przepraszam, że wszedłem, lecz nie mogłem się dostukać, myślałem, że pan słaby.
— Stukaliście? — spytał Artur zadziwiony.
— Kilka razy. Przysłano pańskie rzeczy. John zaraz je przyniesie. Chciałem też prosić pana, żeby nie zwracał uwagi, jeśli John będzie dziwaczył. To bardzo dobry chłopiec i bardzo szlachetny, tylko... tylko... ma serce.
Skinął głową i wyszedł. Clennam nic nie rozumiał, co to znaczy. John przyniósł jego walizkę z rzeczami, skrzynkę z papierami, umieścił wszystko na właściwem miejscu.
— Dziękuję, panie Johnie — rzekł Clennam uprzejmie — może pozwolisz teraz podać sobie rękę.
John spojrzał na niego i zachmurzył czoło.
— Nie... nie... — rzekł — nie mogę... Nie mogę podać panu ręki.
— Co to znaczy, Johnie? Nie wiem, o co ci chodzi. Jakieś nieporozumienie.
— Niema żadnego nieporozumienia. Ja wiem, o co mi chodzi, i gdyby to było możliwe, wyzwałbym pana do walki na pięści. Ale... ha... przepraszam!
I wybiegł z pokoju.
Artur usiadł na krześle i pogrążył się znowu w myślach.
Nie wiedział, ile czasu upłynęło, gdy usłyszał pukanie i ujrzał na progu Johna.
— Przyszedłem — rzekł — bo... czy pan nic jeść nie będzie?
— Nie mam apetytu, Johnie.
— Tak nie można... doprawdy... Nie można cały dzień siedzieć na krześle i nic nie jeść. Ośmieliłbym się zaprosić pana do siebie na herbatę, ale jeśli nie łaska, to przyniosę.
Artur chciał mu okazać, że jest wdzięczny za pamięć, domyślał się, że odmowa byłaby przykra młodzieńcowi, i zgodził się iść do niego na herbatę.
John mieszkał w małej izdebce na strychu, którą Clennam znał także i pamiętał, gdyż tu znalazł zemdloną Emi w dniu wyjazdu, kiedy rodzina Dorrit opuszczała Marshalsea.
Izdebka była świeżo wyklejona i miała lepsze sprzęty, lecz Artur, stojąc w progu, widział żywo obraz, jaki wtedy miał przed oczami.
John gryzł paznogcie i patrzył na niego z pod oka.
— Pan pamięta ten pokój? — spytał wreszcie.
— O, tak! Drogie dziecko! Kochana, maleńka Dorrit.
John zbladł i zadrżał, zasłonił twarz rękami i gwałtownie wybiegł z pokoju.
Artur z rozrzewnieniem patrzył na lichą izdebkę, w której płynęło życie cichej bohaterki, widział ją przy tem oknie, które pozwalało sięgnąć wzrokiem za mur więzienny, tu siedziała, myślała, pracowała zawsze dla innych, zawsze dla kochanych.
John zjawił się nakoniec, przyniósł chleb, masło, wędlinę, sałatę, nakrył stół, poukładał te specjały na talerzach i listkach kapusty, nalał herbatę i zaprosił gościa do stołu.
Ale Artur jeść nie mógł. Nie mógł przełknąć chleba, który rozsypywał mu się w ustach niby piasek, czuł wstręt do mięsa. Pił tylko herbatę, żeby gospodarzowi nie robić przykrości.
John zapraszał, wkońcu sam stracił apetyt.
— Powinienem był zanieść panu tam posiłek — odezwał się po chwili — tu... wobec tych ścian, świadków jej miłości... nie, niepodobna!
Artur otworzył oczy, patrząc ze zdziwieniem na wzburzoną twarz Johna — wreszcie spytał cicho:
— Czyjej miłości?
John oblał się rumieńcem, a jego większe oko cisnęło błyskawicę gniewu.
— Czyjej? — powtórzył. — O, nie przypuszczałem, że... pan chce... tak udawać!
— Słowo ci daję, Johnie, że nic nie rozumiem. Miłości maleńkiej Dorrit? Mówiłem o tem z twoją matką... wiesz zapewne... pytałem także maleńkiej... o ile mogłem delikatnie... gdyby się przyznała... pragnąłem bardzo szczerze pomóc waszemu szczęściu... Jednak... zdaje mi się...
Teraz John miał szeroko otwarte źrenice, a wyraz jego twarzy takie wyrażał zdumienie, że Clennam umilkł nagle.
John zbudził się jak ze snu.
— Oh... ona! — jęknął. — Ona nie mogła mię kochać... Za nisko jestem dla niej! Ona... Dlaczego pan to wszystko mówi? Dlaczego pan udaje? — powtórzył znów z gniewem. — Pan wie dobrze, że oddała serce panu!
Artur cofnął się, jakgdyby te słowa były dla niego uderzeniem pięści, patrzył na Johna prawie nieprzytomny, jego usta poruszyły się dwukrotnie, niezdolne wydać głosu.
— Mnie? — wyszeptał nakoniec. — Chyba mylisz się, Johnie?
— Ja się mylę! — zawołał młodzieniec ze zgrozą. — Ja, co cierpiałem tyle, jakby strzały tysiąca dzikich ludzi przeszyły moje serce!... Ja, cobym skonał dawno, a może targnął się na własne życie, gdyby matka mogła beze mnie poradzić sobie z tym sklepikiem... gdyby ojciec nie liczył na to, że go zastąpić mogę! Nie, panie Clennam, takich rzeczy się nie mówi!
Wyjął z kieszeni chustkę i otarł zapłakane oczy. Artur podniósł się z miejsca.
— Szanuję twoje szlachetne uczucia, panie Johnie — rzekł z powagą — jesteś zacnym młodzieńcem, bezinteresownym, daruj mi jednak, że cię pożegnam w tej chwili. Czuję się tak zmęczony. Kiedyś pomówimy o tem... teraz potrzebuję odpocząć.
Wolnym krokiem wyszedł z pokoju, zszedł ze schodów, minął podwórze i nakoniec zamknął się w swoim pokoju.
Ach, jakże potrzebował samotności! Czuł chaos w głowie, zupełną niezdolność myślenia. Maleńka Dorrit — jej miłość — czy to może być prawda? — maleńka Dorrit.
Siedział na krześle, nie śpiąc, lecz nie wiedząc, co się wkoło niego dzieje. Teraz w głębi duszy, może nieświadomie płynął wzburzony potok wszystkich uczuć, lecz on nie zdawał sobie z tego sprawy. Upływały godziny, on nie zmieniał miejsca, zastał go w tej samej pozycji wieczór, gdy zjawili się Plornishowie.
Oboje byli ogromnie zmartwieni, Plornishowa płakała, mularz w zmienności losu wskazywał pociechę. Przynieśli mu cały kosz zapasów żywności, obiecywali odwiedzać go często, mówili o zmartwieniu wszystkich znajomych z Rozdartego Serca. Tylko Cavaletto nic o tem jeszcze nie wie, bo dotąd nie był w domu. Rzadkim teraz jest gościem.
— Całe szczęście, że miss Dorrit o tem nie wie i nie dowie się nigdy — zapewniła go wreszcie Plornishowa. — To byłoby dla niej za wiele.
— O, tak — powtórzył Plornish, westchnąwszy z silnem przekonaniem.
Artur pożegnał wreszcie dobrych ludzi i pośpiesznie położył się do łóżka, aby uniknąć jakichkolwiek już odwiedzin. Leżał bezsenny i zgorączkowany, a gdzieś w górze, w czarnej przestrzeni, świeciła nad nim maleńka gwiazdeczka, o której wiedział tylko, że nazywa się maleńka Dorrit.
To światełko było dla niego kotwicą, latarnią wśród odmętów burzy morskiej dla skołatanego okrętu. Nic nie chciał i nie pragnął, lecz dobrze — że była.
W izdebce maleńkiej Dorrit John spał snem spokojnym. Na stole leżał arkusz pięknego papieru, a na nim wypisany ostatni nagrobek:

Tu spoczywa w spokoju
JOHN CHIVERY,
umarł w sędziwych latach po wielkiem zwycięstwie nad sobą. Spotkał swojego rywala w nieszczęściu i zamiast go wyzwać na pięści, okazał się — wspaniałomyślnym
“.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.