Ludzkie, arcyludzkie/Z historii uczuć moralnych

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

35.

Korzyści obserwacji psychologicznej. – Że rozmyślanie o ludzkim, arcyludzkim – lub jak brzmi bardziej uczone wyrażenie: obserwacja psychologiczna – należy do środków, za pomocą których można ulżyć sobie ciężaru życiowego, że ćwiczenie w tej sztuce użycza przytomności ducha w ciężkich położeniach i rozrywki pośród nudnego otoczenia, że nawet przy najbardziej kolczastych i najmniej wesołych drogach własnego życia dają się uszczknąć sentencje i że przy tym można czuć się nieco lepiej: w to wierzono, o tym wiedziano – w dawniejszych stuleciach. Dlaczego o tym zapomniało to stulecie, w którym w Niemczech przynajmniej, a nawet w Europie, po wielu znakach daje się poznać ubóstwo obserwacji psychologicznej? Nie w romansie, noweli, rozważaniach filozoficznych – te są dziełem ludzi wyjątkowych; bardziej już w sądach o wydarzeniach i osobistościach publicznych: ale przede wszystkim brak sztuki psychologicznego rozbioru i sumowania widoczny na każdym szczeblu społecznym; wprawdzie mówi się dziś dużo o ludziach, ale zupełnie nic o człowieku. Dlaczego pozwala się na to, żeby zanikał najobszerniejszy i najbardziej niewinny przedmiot rozmowy? Dlaczegóż nie czytuje się już wielkich mistrzów sentencji psychologicznych? – Gdyż, mówiąc bez wszelkiej przesady, rzadko można znaleźć w Europie człowieka wykształconego, który czytał La Rochefoucauld i jego krewnych duchowych i artystycznych; o wiele rzadziej jeszcze takiego, który ich zna i nie lży. Prawdopodobnie jednak i ten niezwykły czytelnik znajdzie w nich o wiele mniej przyjemności, niż mu powinna dostarczyć forma stworzona przez tych artystów; gdyż nawet najsubtelniejsza głowa nie jest w stanie należnie ocenić sztuki szlifowania sentencji, jeżeli sama do niej nie została wykształcona i o nią się nie ubiegała. Bez takiej nauki praktycznej bierze się to tworzenie i formowanie za łatwiejsze niż jest, nie wyczuwa się dość silnie tego, co w nich udane i pełne wdzięku. Dlatego dzisiejsi czytelnicy sentencji znajdują w nich stosunkowo nieznaczne zadowolenie, ledwie tyle smaku co na języku, i przytrafia się im to, co przytrafia się zwykle oglądającym kamee: chwalą je, ponieważ nie mogą lubić, i prędcy są do podziwu, jednak prędsi jeszcze do ucieczki.


36.

Zarzut. – Czyżby trzeba było przedstawić argument przeciwny temu zdaniu, że obserwacja psychologiczna należy do środków pociągających, zbawiennych, przynoszących ulgę w istnieniu? Czyżby miano przekonać się dostatecznie o nieprzyjemnych skutkach tej sztuki, żeby teraz z rozmysłem odwracać od niej wzrok tych, którzy pracują nad swym wykształceniem? W rzeczy samej, pewna ślepa wiara w dobroć natury ludzkiej, zaszczepiona niechęć do analizy ludzkich postępków, niejaka wstydliwość przed obnażaniem duszy byłyby może bardziej pożądane dla ogólnego szczęścia człowieka niż owa, przydatna w pewnych wypadkach, psychologiczna bystrość wzroku; i to być może, że wiara w dobro, w ludzi cnotliwych i w postępki cnotliwe, w mnóstwo nieegoistycznej przychylności w świecie uczyniła ludzi lepszymi, w tym znaczeniu, że czyniła ich mniej nieufnymi. Jeżeli naśladuje się z zapałem bohaterów Plutarcha i odczuwa wstręt do badania z powątpiewaniem motywów ich postępowania, to zaiste korzysta na tym nie prawda, lecz pomyślność ludzkiego społeczeństwa: błąd psychologiczny i w ogóle mętne pojmowanie tej dziedziny pomagały ludzkości posuwać się naprzód, gdy tymczasem poznanie prawdy więcej może zyska ze stymulującej siły hipotezy, jak ta, którą La Rochefoucauld poprzedził pierwsze wydanie swych Sentences et maximes morales: Ce que le monde nomme vertu n'est d'ordinaire qu'un fantôme formé par nos passions à qui on donne un nom honnête pour faire impunément ce qu'on veut. La Rochefoucauld i inni francuscy mistrzowie badania duszy (do których od niedawna przyłączył się Niemiec, autor Spostrzeżeń psychologicznych) podobni są do celnych strzelców, którzy trafiają zawsze w czarny krążek – lecz w czarny krążek natury ludzkiej. Ich zręczność budzi podziw, lecz w końcu widz, kierowany nie duchem nauki, lecz przyjaźnią ludzkości, może przeklina sztukę, która, jak się zdaje, zaszczepia w dusze ludzkie zmysł pomniejszania i podejrzliwości.


37.

Mimo to. – Lecz bez względu na to, czy słuszność leży po stronie argumentu czy kontrargumentu: rozbudzenie obserwacji moralnej przy dzisiejszym stanie filozofii stało się koniecznością; ludzkości nie można oszczędzić okrutnego widoku psychologicznego stołu operacyjnego, jego noża i szczypiec. Gdyż tu panuje owa nauka, która stawia pytania o pochodzenie i historię tak zwanych uczuć moralnych, która rozwijając się, powinna zrodzić i rozwiązać złożone zagadnienia socjologiczne – filozofia dawniejsza nie zna ich zupełnie i zawsze za pomocą nędznych wybiegów schodziła z drogi badaniom powstania i historii uczuć moralnych. Z jakim skutkiem: to dziś widać bardzo wyraźnie, gdy wykazano na wielu przykładach, jak błędy największych filozofów zwykle rodzą się z fałszywego wyjaśniania określonych postępków i uczuć ludzkich, jak na podstawie błędnej analizy, na przykład tak zwanych postępków nieegoistycznych, buduje się fałszywą etykę, jak znowu wtedy, żeby się etyce podobać, przywołuje się na pomoc religię i bałamuctwa mitologiczne, i jak w końcu cienie tych mętnych duchów przedostają się także do fizyki i ogólnego poglądu na świat. Kiedy jednak nie ulega wątpliwości, że powierzchowność obserwacji psychologicznej zastawiała i ciągle na nowo zastawia najniebezpieczniejsze pułapki na sądy i wnioski ludzkie, potrzeba więc teraz tej wytrwałości w pracy, która nie słabnie przy wtaczaniu kamieni na kamienie, kamyczków na kamyczki; zatem potrzeba wstrzemięźliwej dzielności, która nie wstydzi się tak skromnej pracy i wszelkiemu lekceważeniu stawia czoło. To prawda: niezliczone rozproszone uwagi o tym, co ludzkie i arcyludzkie najpierw odkryto i wypowiedziano w owych kręgach towarzyskich, które zwykle składały wszelkiego rodzaju ofiary nie poznaniu naukowemu, lecz błyskotliwej chęci podobania się; a woń owej dawnej ojczyzny sentencji moralnej – woń nader kusząca – prawie nie do pozbycia, udzieliła się całemu gatunkowi: tak iż człowiek prawdziwej nauki mimo woli zdradza pewne niedowierzanie względem powagi całego gatunku. Ale wystarczy powołać się na skutki: już dziś bowiem zaczyna się okazywać, jakie wyniki najpoważniejszego rodzaju wyrastają na polu obserwacji psychologicznej. Jakaż bowiem jest główna zasada, do której dotarł jeden z najśmielszych i najchłodniejszych myślicieli, autor książki O pochodzeniu uczuć moralnych, za pomocą swej wnikliwej i przenikliwej analizy postępowania ludzkiego? "Człowiek moralny, powiada on, nie stoi bliżej świata inteligibilnego (metafizycznego) niż człowiek fizyczny". To twierdzenie, które pod uderzeniami młota poznania historycznego stało się twarde i ostre, może kiedyś, w jakiejś przyszłości, posłuży za topór, którym u korzenia zostanie podcięta "potrzeba metafizyczna" człowieka – czy raczej ku błogosławieństwu niż na przekleństwo dobra ogólnego, któż by to umiał powiedzieć? – ale w każdym razie jako twierdzenie brzemienne w najważniejsze skutki, płodne i straszliwe zarazem, i tymi dwoma licami w świat patrzące, jakie ma każde wielkie poznanie.


38.

W jakim stopniu pożyteczna? – Zatem: czy obserwacja psychologiczna więcej pożytku, czy więcej szkody na ludzi sprowadzi, niechaj pozostanie nierozstrzygnięte; ale nie ulega wątpliwości, że jest konieczna, ponieważ nauka obejść się bez niej nie może. Nauka zaś nie uznaje żadnych względów na cele ostateczne, tak samo jak nie uznaje ich przyroda: tylko, jak ta przypadkiem urzeczywistnia rzeczy najbardziej stosowne do celu bez udziału w tym woli, tak też i nauka rzetelna, będąc naśladownictwem przyrody w pojęciach, będzie przypadkowo, a nawet wielorako popierać pożytek i dobro ludzkie i osiągać rzeczy właściwe – ale również bez udziału w tym swej woli. Komu zaś od powiewu takiego rozważania zbyt zimno robi się na duszy, ten być może tylko zbyt mało ma ognia w sobie: niechże obejrzy się więc wkoło, a zauważy choroby, w których okłady z lodu są konieczne, i ludzi, którzy tak z żaru i ducha są "ulepieni", że z trudem znajdują gdzieś dla siebie powietrze dość zimne i ostre. Ponadto: jak zbyt poważne jednostki i ludy odczuwają potrzebę lekkomyślności, jak innym, zbyt ruchliwym i pobudliwym, konieczne są dla zdrowia na pewien czas ciężkie, przygniatające brzemiona: tak czyż nie powinniśmy my, ludzie bardziej duchowi tego stulecia, które, jak widać, coraz większy obejmuje pożar, chwytać się wszelkich środków gaszących i studzących, jakie istnieją, abyśmy przynajmniej pozostali tak stali, niewinni i opanowani, jakimi jeszcze jesteśmy, a może tak kiedyś na to podatni, żeby służyć temu wiekowi za zwierciadło i powód do zastanowienia się nad sobą?


39.

Bajka o wolności inteligibilnej. – Historia uczuć, mocą których czynimy kogoś odpowiedzialnym, więc tak zwanych uczuć moralnych, przechodzi następujące fazy główne. Najpierw poszczególne postępki nazywa się dobrymi lub złymi, bez żadnego względu na motywy, lecz jedynie dla skutków pożytecznych lub szkodliwych. Prędko jednak zapomina się o pochodzeniu tych nazw i powstaje mniemanie, iż w samych postępkach, bez względu na skutki, tkwi przymiot "dobry" lub "zły": z tego samego błędu, który popełnia język, kiedy mówi, że sam kamień jest twardy, że samo drzewo jest zielone – a więc z tego, że się bierze za przyczynę to, co jest skutkiem. Następnie "to jest dobre", "to jest złe" przenosi się na motywy i czyny same w sobie rozważa się jako moralnie dwuznaczne. Idąc dalej, orzeczenia "dobry" lub "zły" nie dodaje się już do pewnego motywu, lecz do całej istoty człowieka, z którego motyw wyrasta jak roślina z ziemi. A tak czyni się człowieka odpowiedzialnym z kolei za skutki, następnie za postępki, następnie za motywy, a w końcu za całą jego istotę. Wtedy odkrywa się ostatecznie, że i ta istota nie może być odpowiedzialna, ile że jest najzupełniej koniecznym skutkiem i wytworem pierwiastków i wpływów rzeczy minionych i teraźniejszych: czyli że nie można uczynić człowieka odpowiedzialnym za nic: ani za jego istotę, ani za jego motywy, ani za jego postępki, ani za tych postępków skutki. Tym samym staje się jasne, że historia uczuć moralnych jest historią błędu, błędu o odpowiedzialności: a ten opiera się na błędzie o wolności woli. – Schopenhauer wnioskował natomiast tak: ponieważ pewne postępki pociągają za sobą niezadowolenie wewnętrzne ("świadomość winy"), więc musi istnieć odpowiedzialność; nie byłoby bowiem podstawy do tego niezadowolenia, gdyby nie tylko wszelkie postępki ludzkie odbywały się z koniecznością – jak rzeczywiście, i jak też według wniknięcia tego filozofa się odbywają – lecz sam człowiek z tą samą koniecznością stałby się tym, czym jest w swej istocie – czemu Schopenhauer przeczy. Z faktu tego niezadowolenia, jak się Schopenhauerowi wydaje, może on dowieść wolności, którą człowiek w jakiś sposób posiadać musiał, wprawdzie nie co do swych postępków, ale co do swej istoty: więc wolności bycia takim lub owakim, nie zaś postępowania tak lub owak. Z esse, sfery wolności i odpowiedzialności, wypływa według jego zdania operari, sfera ścisłej przyczynowości, konieczności i nieodpowiedzialności. Owo niezadowolenie wprawdzie stosuje się pozornie do operari – o tyle jest błędne – w rzeczywistości zaś do esse, które jest dziełem wolnej woli, zasadniczą przyczyną egzystencji jednostki: człowiek staje się tym, czym stać się chce, jego wola jest wcześniejsza od jego egzystencji. – Tutaj mamy do czynienia z tym błędnym wnioskowaniem, iż z faktu niezadowolenia zawyrokowano, że to niezadowolenie jest usprawiedliwione i że przypuszczać je jest rozumnie; a właśnie wskutek owego błędnego wniosku Schopenhauer dochodzi do swej fantastycznej konsekwencji, do tak zwanej "wolności inteligibilnej". Lecz niezadowolenie z czynu wcale nie musi być rozumne: a nawet na pewno nim nie jest, gdyż opiera się na błędnym założeniu, że czyn nie musiał nastąpić z koniecznością. Więc: ponieważ człowiek ma się za wolnego, nie że nim jest, odczuwa skruchę i zgryzoty sumienia. – Poza tym owo niezadowolenie jest czymś, od czego można się odzwyczaić; wielu ludzi nie odczuwa go wcale z powodu postępków, które je wzbudzają w wielu innych ludziach. Jest to rzecz bardzo zmienna, związana z rozwojem moralności i kultury, i istniejąca, być może, tylko przez stosunkowo krótki przeciąg historii świata. – Nikt nie jest odpowiedzialny za swoje czyny, nikt za swoją istotę; sądzić oznacza to samo, co być niesprawiedliwym. Jest to też prawdą i wtedy, kiedy jednostka osądza samą siebie. Zdanie to jest jasne jak światło słoneczne, a przecież każdy woli powrócić w cień i do nieprawdy: z obawy przed skutkami.


40.

Nadzwierzę. – Bestia w nas chce być okłamywana; moralność jest kłamstwem z potrzeby, żebyśmy nie byli przez ową bestię rozdarci. Gdyby nie błędy kryjące się w założeniach moralności, człowiek pozostałby zwierzęciem. Tak jednak zaczął się uważać za coś wyższego i przepisał sobie surowsze prawa. Stąd jego nienawiść do stopni pozostałych bliżej zwierzęcości: tym też wyjaśnić należy dawniejszą pogardę wobec niewolnika jako nieczłowieka, jako rzeczy.


41.

Niezmienność charakteru. – W ścisłym sensie nie jest prawdą, żeby charakter miał być niezmienny; ten osławiony pogląd znaczy raczej tylko tyle, że w ciągu krótkiego życia ludzkiego motywy oddziałujące nie mogą wryć się dość głęboko, żeby zniszczyć pismo, wyciskane w ciągu wielu tysięcy lat. Gdyby jednak wyobrazić sobie człowieka mającego osiemdziesiąt tysięcy lat, znalazłoby się w nim, owszem, charakter całkowicie zmienny: co więcej, rozwijałoby się u niego jedno po drugim mnóstwo różnych jednostek. Krótkość życia ludzkiego prowadzi do wygłaszania wielu błędnych twierdzeń o przymiotach człowieka.


42.

Hierarchia dóbr i moralność. – Raz uznana hierarchia dóbr, zależnie od tego czy niski, wyższy lub najwyższy egoizm pragnie tego lub innego, rozstrzyga obecnie, co jest moralne lub niemoralne. Dobro niższe (na przykład rozkosz zmysłową) przedkładać nad wyżej cenione (na przykład zdrowie) uchodzi za rzecz niemoralną; podobnie dobrobyt przedkładać nad wolność. Ale hierarchia dóbr wcale nie jest raz na zawsze stała i jednakowa; jeżeli ktoś przedkłada zemstę nad sprawiedliwość – jest moralny według miary kultury wcześniejszej, według miary kultury obecnej niemoralny. "Niemoralny" oznacza więc, że ktoś jeszcze nie odczuwa motywów wyższych, subtelniejszych, bardziej duchowych, które za każdym razem przynosi ze sobą nowa kultura, lub nie dość silnie je odczuwa: oznacza jednostkę spóźnioną, ale zawsze tylko w pewnym stopniu. – Sama hierarchia dóbr nie bywa ustanawiana i zmieniana według moralnego punktu widzenia; przeciwnie, raczej zależnie od tego, jak w danej chwili brzmi ustawa, rozstrzyga się, czy postępek jest moralny czy niemoralny.


43.

Ludzie okrutni pozostałością. – Ludzie, którzy dziś są okrutni, muszą uchodzić w naszych oczach za stopnie wcześniejszych kultur, przetrwałe do naszych czasów: w tym miejscu górskie pasmo ludzkości obnaża głębsze formacje, które kiedy indziej bywają ukryte. Są to ludzie zacofani, których mózg wskutek rozmaitych wypadków w przebiegu dziedziczenia nie uległ dość delikatnemu i wielostronnemu przekształceniu. Pokazują oni nam, czym myśmy byli wszyscy i wywołują w nas przerażenie: sami jednak tyleż są za to odpowiedzialni, ile kawałek granitu za to, że jest granitem. W naszym mózgu muszą znajdować się także wyżłobienia i zwoje, odpowiadające temu sposobowi myślenia, jak w formie pewnych organów ludzkich muszą się znajdować wspomnienia o stanie rybim. Ale te wyżłobienia i zwoje przestały być łożyskiem, w którym prąd naszego odczuwania kotłuje się obecnie.


44.

Wdzięczność i zemsta. – Przyczyna, dla której możny jest wdzięczny, jest taka. Dobroczyńca swym dobrodziejstwem niejako targa się na sferę możnego i wdziera się w nią: w odwecie gwałci on teraz sferę dobroczńcy przez akt wdzięczności. Jest to złagodzona forma zemsty. Gdyby nie uczynił zadość wdzięczności, możny okazałby się bezsilnym i odtąd za takiego uchodził. Oto dlaczego każda społeczność dobrych, co pierwotnie znaczyło możnych, zalicza wdzięczność do najpierwszych obowiązków. Swift mimochodem rzucił zdanie, że ludzie bywają wdzięczni w takim stosunku, w jakim potrafią żywić zemstę.


45.

Podwójna prahistoria dobra i zła. – Pojęcie dobra i zła ma podwójna prahistorię: mianowicie po pierwsze w duszy rodów i kast panujących. Kto ma moc odpłacania za dobre dobrem, za złe złem i rzeczywiście to odpłacanie pełni, zatem jest wdzięczny i mściwy, tego nazywa się dobrym; kto jest bezsilny i nie może odpłacać, uchodzi za złego. Jako dobry, należy się do "dobrych", do gminy, która posiada uczucie kastowe, ponieważ wszystkie jednostki splata w jedno duch odwetu. Jako zły, należy się do "złych", do gromady ludzi podbitych, bezsilnych, którzy nie mają żadnego uczucia kastowego. Dobrzy są kastą, źli masą, niby pył. Dobrze i źle to przez pewien czas tyle, co szlachetnie i podle, co pan i niewolnik. Przeciwnie, na wroga nie patrzą jak na złego: ten może odpłacić. W Homerze Trojańczyk i Grek – obydwaj są jednakowo dobrzy. Nie ten, który nam wyrządza krzywdę, lecz ten, kto jest godzien pogardy, uchodzi za złego. W gminie "dobrych" dobro jest dziedziczne; jest rzeczą niemożliwą, żeby z tak dobrej gleby wyrósł zły. Jeśli pomimo to jeden z dobrych uczyni coś, co nie jest godne dobrego, wtedy ucieka się do wybiegów; pomawia się o winę na przykład boga, mówiąc: on go dotknął ślepotą i obłędem. – Potem w duszy uciśnionych, bezsilnych. Tutaj każdy inny człowiek uchodzi za wroga, bezwzględnego eksploatatora, okrutnika, wiarołomcę, czy jest szlachetny, czy podły. Zły jest epitetem charakterystycznym dla człowieka, a nawet dla każdej istoty żyjącej, której istnienie się przypuszcza, na przykład dla boga; ludzki, boski, to tyle, co diabelski, zły. Oznaki dobroci, miłosierdzia, litości przyjmuje się z bojaźnią jako podstęp, przygrywkę do strasznego rozwiązania, oszołomienia i wyprowadzenia w pole, krótko jako wyrafinowaną złośliwość. Przy takim usposobieniu umysłu jednostki zaledwie może powstać społeczność, co najwyżej najsurowsza jej forma: toteż wszędzie, gdzie panuje to pojmowanie zła i dobra, bliska jest zguba jednostek, ich rodów i ras. – Nasza dzisiejsza moralność wyrosła na gruncie rodów i kast panujących.


46.

Współcierpienie silniejsze od cierpienia. – Są wypadki, kiedy współczucie jest silniejsze od właściwego cierpienia. Na przykład odczuwamy to boleśniej, kiedy który z naszych przyjaciół popełni coś hańbiącego, niż gdy sami to popełniamy. Raz mianowicie, że wierzymy więcej w czystość jego charakteru niż on sam; następnie, że nasza miłość ku niemu, prawdopodobnie właśnie wskutek tej wiary, jest silniejsza niż jego miłość ku sobie samemu. Jeżeli nawet jego egoizm w rzeczywistości cierpi więcej na tym niż nasz, ponieważ silniej kładą się nań złe skutki owego przestępstwa, przecież nieegoistyczność w nas – tego wyrazu nigdy nie należy brać ściśle, lecz tylko jako ułatwienie w wysłowieniu – bardziej jest dotknięta jego winą niż nieegoistyczność w nim.


47.

Hipochondria. – Są ludzie, którzy ze współczucia i troski o inne osoby stają się hipochondrykami: powstający przy tym rodzaj współczucia nie jest niczym innym, tylko chorobą. Podobnie istnieje też hipochondria chrześcijańska, która napada owych samotnych ludzi, poruszonych do głębi religią, wywołujących sobie ustawicznie przed oczy mękę i śmierć Chrystusa.


48.

Ekonomia dobroci. – Dobroć i miłość jako najbardziej zbawienne zioła i moce w relacjach z ludźmi są tak cennymi skarbami, że chciałoby się, żeby w używaniu tych balsamicznych środków postępowano jak najekonomiczniej: ale to niemożliwe. Ekonomia dobroci jest marzeniem najśmielszych utopistów.


49.

Życzliwość. – Między drobnymi, ale niezmiernie częstymi i dlatego bardzo skutecznymi rzeczami, na które nauka powinna więcej zwracać uwagi niż na rzeczy wielkie i rzadkie, należy także policzyć życzliwość; mam na myśli owe objawy przyjaznego usposobienia w relacjach międzyludzkich, ów uśmiech w oku, owe uściski dłoni, ową pogodę, którą zazwyczaj bywają przepojone wszystkie sprawy ludzkie. Każdy nauczyciel, każdy urzędnik ofiarowuje ten dodatek do tego, co jest jego obowiązkiem; jest to ustawiczne objawianie człowieczeństwa, jakby fale jego światła, w których wszystko wzrasta; szczególnie w najciaśniejszym kole, pośród rodziny, życie zieleni się i kwitnie tylko dzięki owej życzliwości. Dobrotliwość, przyjacielskość, grzeczność serca są wiecznie tryskającymi wypływami popędu nieegoistycznego i pracowały daleko skuteczniej przy budowie kultury niż owe o wiele więcej sławione objawy tego, co nazywa się współczuciem, litościwością i poświęceniem. Ale zazwyczaj ceni się je mało, i rzeczywiście: właściwie niewiele w tym nieegoistyczności. Mimo to suma tych drobnych doz jest ogromna, ich ogólna siła należy do najmocniejszych. – ZNajdzie się też więcej szczęścia na świecie, niż go widzą mętne oczy: mianowicie jeżeli się oblicza sumiennie i nie zapomina też o żadnej z owych pogodnych chwil, w które obfituje każdy dzień, choćby i w najsmutniejszym życiu ludzkim.


50.

Chcieć wzbudzać współczucie. – Bez wątpienia trafnie to zauważył La Rochefoucauld w miejscu najbardziej interesującym swego Portretu własnego (wydrukowanego po raz pierwszy w roku 1658), gdy ostrzega wszystkich, którzy mają rozum, przed współczuciem, gdy radzi je pozostawić dla ludzi z gminu, którzy potrzebują namiętności (ponieważ nie kierują się rozumem), by ich doprowadziła do tego, żeby cierpiącemu pomogli i w nieszczęście skutecznie się wdali; kiedy współczucie, według jego sądu (i Platona), pozbawia sił duszę. Prawda, należy współczucie okazywać, ale trzeba się strzec je odczuwać: nieszczęśliwi są bowiem wręcz tak głupi, że okazanie współczucia uchodzi dla nich za największe dobro w świecie. – Być może należy przed tym współczuciem jeszcze silniej ostrzegać, jeżeli tej potrzeby nieszczęśliwych nie uważa się właściwie za głupotę i brak umysłowy, za rodzaj rozstroju umysłowego, które nieszczęście pociąga za sobą (a tak, zdaje się, pojmuje to La Rochefoucauld), lecz widzi się w niej coś zupełnie innego, bardziej zastanawiającego. Obserwujcie tylko dzieci, kiedy płaczą i krzyczą, żeby się nad nimi litować, i wyczekują po temu chwili, kiedy stan ich może wpaść w oczy; trzeba tylko pobyć w otoczeniu chorych i przybitych na umyśle i zadać sobie pytanie, czy wymowne skargi i żałosne jęki, okazywanie na zewnątrz nieszczęścia nie mają w gruncie na celu obecnym zadawać ból: współczucie, które ci okazują, jest o tyle pociechą dla słabych i cierpiących, o ile z tego poznają, że posiadają przynajmniej jeszcze jedną władzę, pomimo całej swojej słabości: władzę zadawania bólu. Nieszczęśliwy znajduje rodzaj rozkoszy w tym uczuciu wyższości, które uświadamia sobie dzięki objawom współczucia; wyobraźnia jego ożywia się, znaczy on przecież jeszcze tyle, że może wyrządzać światu cierpienie. Tak więc pragnienie współczucia jest pragnieniem rozkoszowania się sobą, i to kosztem innych ludzi; pokazuje ono człowieka w całej bezwzględności jego najbardziej własnego, drugiego ja: lecz nie w jego "głupocie", jak myśli La Rochefoucauld. – W dialogu towarzyskim zadaje się trzy czwarte wszystkich pytań, udziela trzy czwarte wszystkich odpowiedzi, żeby partnerowi cokolwieczek bólu sprawić; oto dlaczego wielu ludzi tak pożąda towarzystwa: ono im udziela poczucia siły. W takich niezliczonych, lecz bardzo małych dozach, w jakich przebija się złośliwość, jest ona potężną przyprawą życia: równie jak życzliwość, w podobnej formie rozsiewana po świecie ludzkim, jest zawsze gotowym środkiem leczniczym. – Ale czy znajdzie się wielu ludzi uczciwych, żeby się przyznać, że zadawanie bólu sprawia im przyjemność, że nierzadko tym się bawią – i bawią dobrze – iż innym ludziom przynajmniej w myślach wyrządzają przykrości i strzelają ku nim śrucinami małostkowej złośliwości? Większość jest zbyt nieuczciwa, a inni, nieliczni, są zbyt dobrzy, żeby o tym pudendum coś wiedzieć; ci więc mogą zawsze przeczyć, że Prosper Mérimée ma słuszność, gdy mówi: Sachez aussi qu'il n'y a rien de plus commun que de faire le mal pour le plaisir de le faire.


51.

Jak pozór staje się rzeczywistością. – Aktor kończy wreszcie tym, że nawet w największym bólu nie może przestać myśleć o wrażeniu, jakie czyni jego osoba i całość scenicznego efektu, na przykład nawet na pogrzebie własnego dziecka będzie płakał nad swoim cierpieniem i jego objawami niby swój własny widz. Obłudnik, który zawsze gra jedną i tę samą rolę, przestaje wreszcie być obłudnikiem – przykładem kapłani, którzy w młodości są zazwyczaj świadomie lub nieświadomie obłudnikami, pod koniec stają się naturalni i wtedy są rzeczywiście, bez żadnej afektacji, właśnie kapłanami; lub jeżeli ojciec nie zajdzie tak daleko, to może syn, który korzysta z przewagi ojca i dziedziczy po nim przyzwyczajenie. Jeżeli ktoś bardzo długo i uparcie chce czymś się wydawać, to w końcu trudno mu czymś innym być. Zawód prawie każdego człowieka, nawet artysty, zaczyna się od obłudy, od zewnętrznego naśladownictwa, od kopiowania tego, co robi wrażenie. Ten, kto zawsze nosi maskę wyrazu przyjacielskiego, musi wreszcie posiąść władzę nad nastrojami życzliwości, bez której wyraz przyjazny nie daje się osiągnąć – w końcu te znowu zapanowują nad nim, jest on życzliwy.


52.

Punkt rzetelności w oszustwie. – We wszystkich wielkich oszustach daje się zauważyć pewne zjawisko, któremu zawdzięczają swą potęgę. Podczas właściwego aktu oszustwa, wśród tych wszystkich przygotowań, kiedy głos, wyraz, gesty stają się wstrząsające, pośród owej obfitującej w efekty scenerii zstępuje na nich wiara w samych siebie: ona to jest tym, co tak cudownie i przekonywająco przemawia do otaczających. Założyciele religii tym się różnią od owych wielkich oszustów, że nie wychodzą nigdy z tego stanu łudzenia samych siebie: lub że miewają bardzo rzadko chwile jaśniejsze, kiedy opada ich wątpliwość; zazwyczaj jednak pocieszają się przypisywaniem tych chwil jaśniejszych kusicielowi. Oszukiwanie samego siebie jest potrzebne, żeby jedni i drudzy czynili wrażenie potężnych. Ludzie bowiem wierzą w prawdę tego wszystkiego, w co się wierzy z siłą bijącą w oczy.


53.

Rzekome stopnie prawdy. – Jednym z najpospolitszych błędów logicznych jest ten: ponieważ ktoś jest prawdomówny i szczery z nami, więc mówi prawdę. Dziecko wierzy więc w sądy rodziców, chrześcijanin twierdzeniom założyciela Kościoła. Podobnie nie chce się przyznać, że wszystko to, czego ludzie w dawniejszych stuleciach bronili ceną szczęścia i życia, nie było czym innym, tylko błędem: co najwyżej przyznaje się, że były to stopnie prawdy. Ale w głębi myśli się, że jeżeli ktoś rzetelnie w coś wierzył, o wiarę swą walczył i dla niej umarł, byłoby zaiste zbyt niesprawiedliwie, gdyby właściwie był ożywiony tylko błędem. Takie zjawisko zdaje się sprzeciwiać wiecznej sprawiedliwości, dlatego serce ludzi wrażliwych dekretuje zawsze przeciw własnej głowie to zdanie: między postępkami moralnymi a poglądami intelektualnymi musi istnieć konieczny związek. Niestety, rzecz ma się inaczej; albowiem wiecznej sprawiedliwości nie ma wcale.


54.

Kłamstwo. – Dlaczego w życiu codziennym ludzie mówią najczęściej prawdę? – Na pewno nie dlatego, że Bóg kłamać zabronił. Tylko po pierwsze: ponieważ tak jak wygodniej, gdyż kłamstwo wymaga wynalazczości, udawania i pamięci. (Oto dlaczego mówi Swift: kto wygłasza kłamstwo, rzadko spostrzega, jak ciężkie brzemię wkłada na siebie; żeby jedno kłamstwo obronić, musisz wynaleźć dwadzieścia innych.) Następnie: ponieważ w prostych relacjach jest korzystnie powiedzieć po prostu: chcę tego, zrobiłem to, i tym podobnie; a więc ponieważ droga przymusu i autorytetu jest pewniejsza niż droga podstępu. – Niech się jednak dziecko wychowa w zawiłych stosunkach domowych, a będzie się posługiwać kłamstwem równie naturalnie i mówić mimo woli zawsze to, co się zgadza z jego interesem: zmysł prawdy, niechęć do kłamstwa jako kłamstwa są dla niego zupełnie obce i niedostępne, i kłamie też z całą niewinnością.


55.

Z powodu wiary podejrzewać moralność. – Żadna potęga nie może się ostać, jeżeli reprezentują ją tylko sami obłudnicy; Kościół katolicki może zawierać jak najwięcej pierwiastków "świeckich", jego siła opiera się na owych jeszcze i dzisiaj licznych naturach kapłańskich, które czynią sobie życie ciężkim i pełnym głębokiego znaczenia, których umartwione wzrok i ciało mówią o nocnym czuwaniu, o głodzeniu się, żarliwych modlitwach, może nawet o biczowaniu; ci wstrząsają ludźmi i budzą w nich niepokój: i cóż, gdyby trzeba było żyć w ten sposób? – To jest pytanie straszliwe, które widok ich kładzie na usta. Rozpowszechniając tę wątpliwość, wznoszą coraz nowe filary swej władzy; nawet wolnomyślni nie mają odwagi oprzec się tak nieegoistycznemu człowiekowi z bezwzględnym zmysłem prawdy i rzec: "Oszukany, nie oszukuj!". – Co ich dzieli, to tylko różnica poglądów, nie zaś jakakolwiek różnica w dobrym lub złym; lecz czego się nie znosi, to też zwykle ocenia się niesprawiedliwie. Mówi się więc o przebiegłości i osławionych podstępach jezuitów, i przeocza, jaki gwałt sobie zadaje każdy jezuita, i że ułatwienie praktyki życiowej, propagowane w podręcznikach jezuickich, ma wyjść na korzyść wcale nie im, lecz stanowi świeckiemu. Co więcej, oto pytanie, czy my, oświeceni, przy dokładnie takiej samej taktyce i organizacji, stalibyśmy się równie dobrymi narzędziami, równie godni podziwu w zwycięstwie nad sobą, w niezmordowaniu, w poświęceniu.


56.

Zwycięstwo poznania nad skrajnym złem. – Temu, kto chce stać się mądrym, przynosi obfity zysk, jeżeli przez pewien czas posiada wyobrażenie o człowieku jako o gruntownie złym i zepsutym: jest ono fałszywe, jak i wyobrażenie przeciwne; lecz panowało długie okresy historii, a korzenie jego doszły aż do nas i do naszego świata. Żeby siebie pojąć, musimy je pojąć; lecz żeby potem wstąpić wyżej, musimy przez nie przestąpić. Poznajemy wtedy, że w znaczeniu metafizycznym nie ma żadnych grzechów; ale w tym samym znaczeniu nie ma też żadnych cnót, że ta cała dziedzina wyobrażeń moralnych ustawicznie waha się, że istnieją wyższe i niższe pojęcia o dobru i złu, o moralności i niemoralności. Kto od rzeczy pragnie tyle tylko, żeby je poznać, łatwo z duszą swą pokój zawiera i co najwyżej z niewiedzy pomyli się (lub zgrzeszy, jak to nazywa świat), ale raczej nie z pożądliwości. Nie zechce też żądz wyklinać ani tępić; a jego jedyny, całkowicie nad nim panujący cel, żeby w każdej chwili poznawać jak najlepiej, uczyni go chłodnym i uśmierzy dzikość jego natury. Nadto pozbywa się mnóstwa dręczących wyobrażeń, nie odczuwa już nic na dźwięk wyrazów takich, jak kary piekielne, grzeszność, niezdolność do dobrego: widzi w nich tylko pierzchające cienie fałszywych poglądów na świat i życie.


57.

Moralność jest dzieleniem samego siebie na części. – Dobry autor, który rzeczywiście kładzie serce w swój przedmiot, pragnie, żeby ktoś przyszedł i jego samego unicestwił przez to, że tę samą rzecz przedstawi jaśniej i na pytania zawierające się w niej odpowie ostatecznie. Dziewczyna, która kocha, rada by kosztem zdrady kochanka wypróbować oddaną wierność swej miłości. Żołnierz pragnie polec na polu bitwy za zwycięską ojczyznę: gdyż zwycięstwo ojczyzny jest zwycięstwem jego najszczytniejszego pragnienia. Matka oddaje dziecku, co sama sobie odejmuje: sen, najlepsze potrawy, w pewnych warunkach zdrowie, majątek. – Lecz czy to są stany nieegoistyczne? Czy te akty moralności są cudami, skoro według wyrażenia Schopenhauera są "niemożliwe, a przecież rzeczywiste"? Czyż to nie jasne, że we wszystkich tych wypadkach człowiek więcej kocha coś z siebie, myśl, pragnienie, twór niż coś innego z siebie, że więc dzieli swą istotę i jednej części składa w ofierze drugą? Czy jest w tym istotnie coś innego, gdy uparta głowa mówi: "wolę raczej na miejscu być zabity, niż temu człowiekowi chociaż na jeden krok ustąpić"? – Skłonność ku czemuś (życzenie, popęd, pragnienie) znajduje się we wszystkich wymienionych wypadkach; ulec jej, ze wszystkimi skutkami, w każdym razie nie jest "nieegoistycznie". – Gdy chodzi o moralność, człowiek postępuje ze sobą nie jako z individuum, lecz jako z dividuum.


58.

Co można obiecywać. – Można obiecywać postępki, lecz nie uczucia; te bowiem są mimowolne. Kto obiecuje komuś kochać go zawsze lub zawsze go nienawidzić, lub zawsze mu być wiernym, obiecuje coś, co nie jest w jego mocy; ale owszem może obiecać takie postępki, które wprawdzie zazwyczaj są skutkami miłości, nienawiści, wierności, lecz mogą też wypływać i z innych motywów; albowiem do jednego postępku wiedzie wiele dróg i motywów. Obietnica kochania kogoś zawsze znaczy więc: dopóki cię będę kochał, będę ci świadczył miłość w postępkach; gdy cię kochać przestanę, te same postępki, chociaż już z innych motywów, nadal będziesz ode mnie otrzymywać: tak iż w głowach bliźnich nie przestanie istnieć pozór, że miłość jest niezmienna i zawsze wciąż ta sama. – Obiecuje się więc wytrwałość w pozorach miłości, kiedy bez zaślepienia przysięga się komuś miłość wieczną.


59.

Intelekt i moralność. – Trzeba mieć dobrą pamięć, żeby móc dotrzymywać danych obietnic. Trzeba mieć wielką siłę wyobraźni, żeby móc odczuwać litość. Tak ściśle jest związana moralność z wartością intelektu.


60.

Chcieć się mścić i mścić się. – Powziąć i wykonać myśl zemsty, to znaczy mieć silny atak gorączki, ten jednak przechodzi: ale żywić myśl zemsty bez siły i odwagi do jej wykonania, to znaczy nosić się z cierpieniem chronicznym, zatruciem na duszy i ciele. Moralność, która zwraca uwagę tylko na zamiary, ocenia jednakowo obydwa wypadki; zazwyczaj ocenia się pierwszy wypadek jako gorszy (z powodu złych skutków, jakie czyn mściwy może pociągnąć za sobą). Obydwie oceny są krótkowzroczne.


61.

Móc czekać. – Móc czekać jest tak trudno, że najwięksi poeci nie gardzili tym, żeby niemożność czekania brać za motyw swych utworów. Na przykład Szekspir w Otellu, Sofokles w Ajaksie: temu samobójstwo, jak to napomyka wyrocznia, przestałoby się wydawać konieczne, gdyby swemu uczuciu pozwolił jeszcze jeden dzień stygnąć; prawdopodobnie zadrwiłby z okropnych podszeptów dotkniętej próżności i rzekł do siebie: kto już bowiem, w moim wypadku, nie brał owcy za bohatera? Czyż to jest coś tak bardzo okropnego? Przeciwnie, jest to tylko coś ogólnoludzkiego: w ten sposób Ajaks powinien był sobie dodawać otuchy. Namiętność nie chce czekać; tragiczność w życiu wielkich ludzi często tkwi nie w ich konflikcie z czasem i podłością bliźnich, lecz w tym, że są niezdolni odłożyć swojego dzieła na rok, dwa; oni czekać nie mogą. – W każdym pojedynku zaproszeni do rady przyjaciele powinni stwierdzić tylko jedno, czy osoby, mające sprawę, mogą jeszcze czekać: jeżeli tak nie jest, pojedynek jest rozumny, jeżeli obydwaj sobie mówią: "albo ja mam żyć dalej, wtedy tamten musi umrzeć natychmiast, albo odwrotnie". Czekać w takim wypadku znaczy cierpieć jeszcze dłużej straszliwą męczarnię obrażonej czci w obliczu tego, kto nas obraził: a to wlaśnie może być cierpieniem tak wielkim, jakiego życie w ogóle nie jest warte.


62.

Upajanie się zemstą. – Ludzie ordynarni, kiedy się czują obrażeni, oznaczają zazwyczaj jak najwyżej stopień obrazy i opowiadają przyczynę jej w silnie przesadnych wyrazach, tylko dlatego, żeby się upoić rozbudzonym uczuciem nienawiści i zemsty.


63.

Wartość zmniejszania. – Niemało ludzi, może olbrzymia ich większość, odczuwa konieczną potrzebę zmniejszania i poniżania w wyobraźni wszystkich znanych sobie ludzi, a to, żeby podtrzymać w sobie szacunek dla siebie i pewną dzielność w postępowaniu. Ale ponieważ natury nędzne są większością i dużo od tego zależy, czy posiadają lub tracą ową dzielność, więc...


64.

Porywczy. – Przed takim, który na nas się unosi, należy się mieć na baczności, jak przed kimś, kto godził już raz na życie nasze: to że jeszcze żyjemy, zawdzięczamy temu, iż nie miał władzy zabijania; gdyby wystarczały spojrzenia, już by dawno było po nas. Jest w tym coś z kultury pierwotnej, przez obnażenie swej dzikości fizycznej i wzbudzenie strachu zmuszać kogoś do milczenia. – I owo zimne spojrzenie, które szlachta ma dla sług, jest pozostałością owych rozgraniczeń kastowych między człowiekiem a człowiekiem, cząstką starożytności surowej; kobiety, chronicielki przeszłości, przechowały też wierniej i ten survival.


65.

Dokąd uczciwość może zaprowadzić. – Pewien człowiek miał złe przyzwyczajenie przy okazji bardzo uczciwie spowiadać się z motywów, które kierowały jego postępkami i były równie dobre i równie złe, jak motywy wszystkich ludzi. Z początku wywoływać zgorszenie, potem obudził podejrzenie, stopniowo doszło do tego, że został wpisany na indeks i wyklęty, aż wreszcie i sprawiedliwość przypomniała sobie o tej nikczemnej istocie, i to przy okazji, w której kiedy indziej albo całkiem jest ślepa, albo swoje jedyne oko przymyka. Nieposzanowanie tajemnic publicznych i niepoczytalny pociąg do widzenia tego, czego nikt widzieć nie chce – siebie samego – doprowadziły go do więzienia i przedwczesnej śmierci.


66.

Karygodni, nigdy nie ukarani. – Nasze przestępstwo względem przestępców polega na tym, że postępujemy z nimi jak szubrawcy.


67.

Sancta simplicitas cnoty. – Każda cnota ma przywileje; na przykład ten: przynoszenia swojej wiązki drew na stos dla skazanego.


68.

Moralność i powodzenie. – Nie tylko widzowie mierzą często powodzeniem moralność lub niemoralność pewnego czynu: nie, sam sprawca tak czyni. Albowiem motywy i zamiary rzadko są dosyć wyraźne i proste, a nieraz i pamięć nawet zdaje się tak mącić wskutek powodzenia, że sam sprawca przypisuje swemu czynowi motywy fałszywe, a motywy nieistotne bierze za istotne. Powodzenie nadaje często czynowi pełen gotowości blask czystego sumienia, niepowodzenie rzuca cień zgryzot sumienia na postępowanie najbardziej zasługujące na szacunek. Stąd wypływa znana maksyma polityków, która mówi: "dajcie mi tylko powodzenie: z nim przeciągnę na swą stronę wszystkie zacne dusze – i sam w swoich oczach stanę się zacny". – Podobnie też powodzenie ma zastąpić lepsze uzasadnienie. Dziś jeszcze wielu ludzi wykształconych sądzi, że zwycięstwo chrześcijaństwa nad filozofią grecką jest dowodem jego większej prawdziwości – chociaż w tym wypadku zwyciężyło tylko coś bardziej grubiańskiego i brutalniejszego nad bardziej uduchowionym i delikatniejszym. Jak się rzecz ma z większą prawdziwością, widać z tego, że gdy nastąpiło odrodzenie się nauk, zaczęto punkt do punktu nawiązywać do filozofii Epikura, a chrześcijaństwo punkt po punkcie obalać.


69.

Miłość i sprawiedliwość. – Dlaczego przecenia się miłość, z krzywdą dla sprawiedliwosci, i mówi się o niej rzeczy najpiękniejsze, jak gdyby była od tamtej istotą o wiele wyższą? Czyż nie jest w oczywisty sposób głupsza od tamtej? – Z pewnością, ale właśnie dlatego o tyle przyjemniejsza dla wszystkich. Miłość jest głupia i posiada zasobny róg obfitości; z niego udziela swych darów każdemu, nawet gdy nie zasługuje na nie, co więcej, nie dziękuje nawet. Jest bezstronna niby deszcz, który, jak mówi Biblia i doświadczenie, nie tylko niesprawiedliwego, lecz w pewnych wypadkach i sprawiedliwego przemoczy do kości.


70.

Egzekucja. – Dlaczego każda egzekucja obraża nas bardziej niż morderstwo? Z powodu owego chłodu sędziów, dręczących przygotowań, ze zrozumienia faktu, że oto używają tu człowieka jako środka, żeby innych ludzi odstraszyć. Wina bowiem pozostaje bez kary, nawet gdyby wina była: ta leży w wychowawcach, rodzicach, otoczeniu, w nas, nie w mordercy – mówię o okolicznościach prowadzących do winy.


71.

Nadzieja. – Pandora przyniosła naczynie złego i otworzyła je. Był to dar bogów dla ludzi, z zewnątrz piękny, kuszący dar i noszący nazwę "naczynia szczęścia". I oto wyleciały wszystkie zła, żywe skrzydlate istoty: odtąd krążą wkoło nas i czynią ludziom szkody dniem i nocą. Jedno tylko jeszcze zło nie wymknęło się z naczynia: wtedy Pandora za wolą Zeusa zatrzasnęła pokrywę naczynia, i tak oto zostało ono wewnątrz. A odtąd człowiek przechowuje stale naczynie szczęścia przy sobie, myśląc, że posiada w nim Bóg wie jaki skarb; jest ono na jego usługi, sięga po nie, ilekroć przychodzi mu na to ochota; nie wie, iż naczynie, które przyniosła Pandora, było naczyniem zła, a zło, które zostało w naczyniu, uważa za największe szczęście – jest nim nadzieja. – Zeus bowiem chciał, żeby człowiek, choćby jak najbardziej przez inne zła dręczony, nie wyrzekł się jednak życia, lecz jak dawniej i wciąż od nowa męczyć się pozwalał. Oto dlaczego daje człowiekowi nadzieję: w istocie jest ona najgorszym złem, ponieważ przedłuża mękę ludzi.


72.

Stopień moralnej rozżarzalności nieznany. – Od tego czy się przeżyło pewne wstrząsające widoki lub wrażenia, czy nie, na przykład niesprawiedliwą egzekucję, zamordowanie lub zamęczenie ojca, zdradę żony, okrutny napad wroga, zależy, czy namiętności nasze doszły do białego żaru i pokierowały całym życiem, czy nie. Nikt nie wie, do czego mogą doprowadzić go okoliczności, litość, oburzenie, nikt nie zna stopnia swojej rozżarzalności. Nędzne małostkowe stosunki czynią nędznym; zazwyczaj nie ilość zdarzeń przeżytych, lecz jakość jest tym, od czego zależy niższość i wyższość człowieka w dobru i złu.


73.

Męczennik wbrew woli. – W jednej partii był pewien człowiek, który był zbyt bojaźliwy i zbyt tchórzliwy, żeby przeczyć kiedykolwiek swoim towarzyszom: używano go do wszelkich posług, wymagano od niego wszystkiego, gdyż bardziej niż śmierci obawiał się złej opinii swoich kompanów; była to biedna, słaba dusza. Oni poznali się na tym i dzięki wspomnianym własnościom uczynili z niego bohatera, a w końcu nawet męczennika. Chociaż tchórz, w duchu mówił zawsze "nie", wargami mówił zawsze "tak", nawet jeszcze na szafocie, gdy umierał dla poglądów swej partii: obok niego stał bowiem jeden z jego dawnych towarzyszy i tak go tyranizował słowem i spojrzeniem, że tamten rzeczywiście zniósł śmierć w sposób najprzyzwoitszy i odtąd był czczony jako męczennik i wielki charakter.


74.

Miara na co dzień. – Rzadko zbłądzi ten, kto będzie przypisywał postępki krańcowe próżności, umiarkowane przyzwyczajeniu, a małostkowe strachowi.


75.

Nieporozumienie co do cnoty. – Kto występek pozna w związku z rozkoszą – jak ten, kto spędził młodość na uganianiu się za użyciem – wyobraża sobie, że cnota musi być połączona z przykrością. Przeciwnie, kto wiele ucierpiał od swych namiętności i występków, tęskni do cnoty jako do spokoju i szczęścia duchowego. Dlatego zdarzyć się może, że dwaj cnotliwi wcale się nie rozumieją.


76.

Asceta. – Asceta z cnoty czyni utrapienie.


77.

Przenosić cześć z osoby na rzecz. – Ogólnie czci się postępki miłości i poświęcenia dla bliźnich niezależnie od tego, gdzie się przejawiają. Przez to powiększa się cenę rzeczy, które w ten sposób są kochane lub dla których się poświęcają; chociaż one w sobie może niewiele są warte. Waleczne wojsko przekonuje do sprawy, za którą walczy.


78.

Ambicja jako surogat poczucia moralnego. – Takim naturom, które nie posiadają ambicji, nie powinno zbywać na poczuciu moralnym. Ambitni dają sobie radę i bez niego, prawie z takim samym skutkiem. – Dlatego synowie skromnych, stroniących od ambicji rodzin, gdy raz utracą poczucie moralne, w prędkim tempie stają się zazwyczaj skończonymi łotrami.


79.

Próżność wzbogaca. – Jak biedny byłby duch człowieczy, gdyby nie próżność! Z nią jednak jest on podobny do dobrze napełnionego i wciąż na nowo napełniającego się składu towarów, zwabiającego nabywców wszelkiego rodzaju: tutaj mogą znaleźć niemal wszystko, wszystko nabyć, pod warunkiem, że przyniosą ze sobą mającą dobry kurs monetę (podziw).


80.

Starzec i śmierć. – Odsuwając na bok wymagania religii, wolno przecież zapytać: dlaczego ma być bardziej chwalebne dla człowieka, gdy się starzeje i czuje, że mu sił ubywa, wyczekiwać powolnego wyczerpania i rozkładu, niż samemu sobie wyznaczyć kres z całą świadomością? Samobójstwo w tym wypadku jest postępkiem zupełnie naturalnym i prostym, który jako zwycięstwo rozumu słusznie powinien wzbudzać szacunek: i wzbudzał go też w owych czasach, gdy koryfeusze filozofii greckiej i najdzielniejsi patrioci rzymscy zwykli byli umierać śmiercią samobójczą. Przeciwnie, żądza prolongowania siebie z dnia na dzień pośród bojaźliwych narad z lekarzami i najbardziej męczącego trybu życia, niemająca siły, żeby się zbliżyć do właściwego celu życia, jest o wiele mniej godna szacunku. – Religie obfitują w wybiegi przed koniecznością samobójstwa: przez to wkradają się w serca tych, którzy są zakochani w życiu.


81.

Błędy cierpiącego i sprawcy. – Kiedy bogacz odejmuje ubogiemu jego własność (na przykład książę plebejuszowi ukochaną), w umyśle ubogiego powstaje błąd; ubogi sądzi, że tamten musi być już całkiem niecny, żeby mu zabierać nawet to niewiele, co posiada. Lecz bogacz wcale nie odczuwa tak głęboko wartości, jaką przywiązuje się do posiadania jedynego dobra, ponieważ jest przyzwyczajony posiadać wiele: nie może też dlatego przenieść się w duszę ubogiego i przynajmniej nie popełnia tak wielkiej nieprawości, jak ten myśli. Obydwaj mają o sobie fałszywe wyobrażenie. Najbardziej oburzająca nas w historii nieprawość możnowładcy bynajmniej nie jest tak wielka, jak się wydaje. Już samo odziedziczone uczucie, że się jest istotą wyższą, że się posiada większe prawa, usposabia dosyć chłodno i zapewnia spokój sumienia: co więcej i my sami, kiedy różnica między nami a inną istotą jest bardzo wielka, nie odczuwamy zupełnie nieprawości i zabijamy na przykład komara bez żadnej zgryzoty sumienia. Dlatego nie jest też oznaką złego charakteru Kserksesa (wszak nawet wszyscy Grecy przedstawiają go jako wybitnie szlachetnego), że zabiera ojcu syna i każe go ćwiartować, ponieważ wyraził bojaźliwą, złowróżbną nieufność względem całej wyprawy wojennej: jednostka w tym wypadku zostaje usunięta niby nieprzyjemny owad: stoi ona za nisko, żeby mogła wywoływać przez czas dłuższy męczące uczucia we władcy świata. Nie, żaden okrutnik nie jest okrutny w tej mierze, jak to sądzi pokrzywdzony; wyobrażenie bólu nie jest tym samym, co doznawanie bólu. Nie inaczej rzecz się ma z niesprawiedliwym sędzią, z dziennikarzem, który przez drobne nierzetelności wprowadza w błąd opinię publiczną. We wszystkich tych wypadkach przyczyna i skutek są otoczone odmiennymi grupami uczuć i myśli; a tymczasem mimo woli przypuszcza się, iż sprawca i cierpiący myślą i czują jednakowo, i zgodnie z tym założeniem winę jednego mierzy się bólem drugiego.


82.

Skóra duszy. – Jak kości, mięso, wnętrzności i naczynia krwionośne powleka skóra i widok człowieka czyni znośnym, tak poruszenia i namiętności duszy osłania próżność: jest to skóra duszy.


83.

Sen cnoty. – Po przespaniu się cnota wstanie świeższa.


84.

Subtelność wstydu. – Ludzie nie wstydzą się myśli brudnych, lecz owszem, kiedy im na myśl przyjdzie, że się ich o te brudne myśli posądza.


85.

Złośliwość jest rzadka. – Większość ludzi za bardzo zajęta jest sobą, żeby być złośliwa.


86.

Wskazówka u wagi. – Chwali się lub gani w zależności od tego, czy jedno, czy drugie daje lepszą okazję błyśnięcia swoją siłą sądu.


87.

U Łukasza 18, 14 poprawnie. – Kto się sam poniża, chce być wywyższony.


88.

Przeszkodzić samobójstwu. – Jest prawo pozwalające odebrać człowiekowi życie, lecz nie ma żadnego, które pozwalałoby odbierać śmierć: to już jest okrucieństwem.


89.

Próżność. – Troszczymy się o dobrą opinię u ludzi, przede wszystkim, ponieważ przynosi nam ona pożytek; następnie, ponieważ chcemy sprawić radość tym komuś innemu (dzieci rodzicom, uczniowie nauczycielom, a ludzie uczuciowi w ogóle wszystkim innym ludziom). Tylko wtedy, kiedy ktoś ceni dobrą opinię ludzi niezależnie od korzyści lub od chęci sprawienia przyjemności, mówimy o próżności. W tym wypadku człowiek samemu sobie chce sprawić przyjemność, ale czyni to kosztem innych, przez to, że prowadzi ich ku fałszywemu mniemaniu o sobie bądź usiłuje osiągnąć taki stopień "dobrej opinii", który dla wszystkich musi stać się udręczeniem (wskutek rozbudzenia zawiści). Zazwyczaj człowiek pragnie swój własny sąd o sobie potwierdzić przez sąd innych ludzi i umocnić we własnym pojęciu; ale silne przyzwyczajenie do autorytetu – przyzwyczajenie stare jak człowiek – wielu doprowadza także do tego, że nawet swoją własną wiarę w siebie opierają na autorytecie, czyli przyjmują ją dopiero z ręki innych: ufają więcej sądowi innych niż własnemu. – Zajmowanie się sobą samym, pragnienie zadowolenia siebie osiąga w próżnych tak wysoki stopień, że innych pociągają do fałszywego, zbyt wysokiego mniemania o swojej osobie, a i wtedy jednak powołują się na ich autorytet: czyli sami powodują błąd, a przecież dają mu wiarę. – Trzeba więc wyznać, że ludzie próżni nie tyle chcą się podobać innym, ile sobie, i że w tym zachodzą dosyć daleko, żeby zapominać nawet o swojej własnej korzyści: zależy im bowiem często na tym, żeby innych ludzi usposobić nieprzychylnie, wrogo, zawistnie, a przez to niekorzystnie dla siebie, tylko w tym celu, żeby odczuć zadowolenie, rozkosz z siebie samych.


90.

Granica miłości ludzi. – Każdy, kto zawyrokuje o innym, że inny jest głupcem, nicponiem, irytuje się, kiedy tamten okaże w końcu, że tym nie jest.


91.

Moralité larmoyante. – Ilu przyjemności dostarcza moralność! Pomyśleć tylko, co za morze rozkosznych łez wypłynęło już przy opowiadaniach o szlachetnych, wielkodusznych czynach! – Znikłby ten urok życia, gdyby wiara w nieodpowiedzialność zupełnie wzięła górę.


92.

Pochodzenie sprawiedliwości. – Sprawiedliwość (słuszność) bierze początek między mniej więcej równie potężnymi, jak to Tukidydes (w straszliwej rozmowie posłów ateńskich z meloskimi) trafnie zrozumiał: gdzie nie ma przewagi, wyraźnie dającej się poznać i gdzie walka stałaby się bezskutecznym wzajemnym szkodzeniem sobie, tam powstaje myśl, żeby się porozumieć i roztrząsnąć żądania stron obydwu: charakter wymienny to początkowy charakter sprawiedliwości. Jeden zadowala drugiego, otrzymując to, co ceni więcej niż inny. Każdemu daje się to, co mieć chce, jako odtąd jego własność, a w zamian otrzymuje się to, czego się pragnie. Sprawiedliwość jest więc odwzajemnieniem się i wymianą pod warunkiem, że obie strony przedstawiają mniej więcej jednakową potęgę: na tej zasadzie zemsta należy pierwotnie do dziedziny sprawiedliwości, jest wymianą. Również wdzięczność. – Sprawiedliwość sprowadza się drogą naturalną do punktu widzenia przenikliwego instynktu samozachowawczego, a więc do egoizmu tej refleksji: "po co mam bez pożytku szkodę sobie wyrządzać i, być może, nie osiągnąć przy tym celu?". – Tyle o pochodzeniu sprawiedliwości. Przez to, że ludzie, zgodnie ze swym nałogiem intelektualnym, zapomnieli o pierwotnym celu tak zwanych sprawiedliwych, słusznych postępków, a szczególniej, ponieważ w ciągu tysięcy lat wpajano w dzieci, żeby takie postępki podziwiały i naśladowały, powstał stopniowo pozór, jakoby postępek sprawiedliwy był nieegoistyczny: a właśnie na tym pozorze opiera się wielki szacunek, którym się cieszy, szacunek, który ponadto, jak wszelkie odmiany szacunku, ustawicznie wzrasta, gdyż do rzeczy, którą się ceni wysoko, dąży się z poświęceniem, naśladuje ją, pomnaża i rośnie ona przez to, że wartość jej powiększa jeszcze wartość podjętego dla niej trudu i gorliwości przez każdą jednostkę. – Jakżeby niemoralnie świat wyglądał, gdyby nie zdolność zapominania! Poeta mógłby powiedzieć, że Bóg umieścił zapomnienie jako stróżkę u progów świątyni godności ludzkiej.


93.

O prawie słabszego. – Kiedy ktoś, na przykład miasto oblężone, poddaje się silniejszemu pod pewnymi warunkami, warunkiem przeciwnym jest ten, że można samemu się zniszczyć, miasto spalić i w ten sposób silniejszego przyprawić o wielką stratę. Dzięki temu powstaje w tym wypadku pewnego rodzaju zrównanie, które może służyć za podstawę do ustalenia praw. Wróg znajduje korzyść w zachowaniu przedmiotu. – W tym znaczeniu istnieją prawa między niewolnikami i panami, to znaczy ściśle w takiej mierze, w jakiej posiadanie niewolnika jest pożyteczne i ważne dla pana. Pierwotnie prawo rozciąga się do tej granicy, do której jeden drugiemu wydaje się wartościowym, istotnym, nieulegającym zgubie, niepokonanym i tym podobnym. W tym znaczeniu i słabszy ma jeszcze prawa, ale mniejsze. Stąd to sławne unusquisque tantum iuris habet, quantum potentia valet (lub ściślej: quantum potentia valere creditur).


94.

Trzy fazy moralności dotychczasowej. – Pierwszym znakiem, że zwierzę stało się człowiekiem jest ten, kiedy postępki jego przestają zmierzać do chwilowego dobrobytu, a zaczynają się stosować do rzeczy trwałych, kiedy więc człowiek zaczyna zdążać do pożytku, celowości: w tym po raz pierwszy przebija się wolne panowanie rozumu. Jeszcze wyższy stopień osiąga, kiedy zaczyna postępować zgodnie z zasadami honoru; dzięki nim dyscyplinuje się, zaczyna się poddawać uczuciom wspólnym, a to podnosi go wysoko ponad fazę, w której kierował się jedynie pożytkiem osobistym: szanuje i chce być szanowanym, to znaczy: pojmuje pożytek w zależności od tego, co on o innych i co inni o nim myślą. W końcu, na najwyższym stopniu moralności dotychczasowej, postępuje według swojej miary rzeczy i ludzi: sam określa dla siebie i innych, co jest honorowe, co jest pożyteczne; staje się prawodawcą opinii, zgodnie z coraz wyżej rozwiniętym pojęciem pożyteczności i honorowości. Poznanie czyni go zdolnym do przedkładania największego pożytku, to jest trwałego ogólnego pożytku, nad osobisty, ogólnej i trwałej wartości nad chwilową; żyje i postępuje jako indywiduum kolektywne.


95.

Moralność jednostki dojrzałej. – Dotychczas jako właściwą cechę postępowania moralnego uważano bezosobowość; dowiedziono też, że na początku wzgląd na pożytek ogólny był tym, ze względu na co chwalono i wyróżniano postępki bezosobowe. Czy nie stoimy wobec doniosłej przemiany tych poglądów dziś, kiedy coraz lepiej wnikamy, iż właśnie tam, gdzie rządzą względy jak najbardziej osobiste, pożytek ogólny jest też największy: tak iż właśnie postępowanie ściśle osobiste odpowiada obecnemu pojęciu moralności (jako ogólnego pożytku)? Zrobić z siebie całkowitą osobistość i we wszystkim, co się czyni, mieć na oku jej największe dobro – to prowadzi dalej niż owe litosne wzruszenia i postępki na korzyść innych. To prawda, wszyscy cierpimy ciągle jeszcze na zbyt małe liczenie się ze swoją osobistością, że źle jest wychowana – przyznajemy się do tego: raczej gwałtem odrywano nam od niej naszą myśl, żeby złożyć ją w ofierze państwu, nauce, potrzebującym pomocy, jak gdyby ona być miała tym złem, które należy poświęcić. I teraz pragniemy pracować dla innych ludzi, ale tylko o tyle, o ile znajdujemy w tej pracy dla siebie największą korzyść, ani więcej, ani mniej. Chodzi tylko o to, co się rozumie przez swoją korzyść; właśnie jednostka niedojrzała, nierozwinięta, brutalna będzie ją też pojmowała najbrutalniej.


96.

Moralność i moralnie. – Być moralnym, dobrych obyczajów, cnotliwym znaczy tyle, co być posłusznym z dawna ustanowionemu prawu lub tradycji. Czy poddawać się im z trudem, czy chętnie, to rzecz obojętna, dość, że się to robi. "Dobrym" nazywa się tego, kto jakby z natury, wskutek długiego dziedziczenia, więc łatwo i z przyjemnością, postępuje moralnie, stosownie do tego, co jest uznane za takie (na przykład mści się, jeżeli zemsta, jak u starożytnych Greków, należy do dobrych obyczajów). Nazywa się go dobrym, gdyż jest dobry "do czegoś"; a ponieważ życzliwość, współczucie i rzeczy podobne w przemianie obyczajów zawsze odczuwane były jako "dobre do czegoś", jako pożyteczne, dlatego obecnie człowieka życzliwego, uczynnego nazywa się przeważnie "dobrym". Źle jest być "nieobyczajnym" (amoralnym), dopuszczać się złych obyczajów, postępować wbrew tradycji, bez względu na to czy jest rozumna, czy głupia; a że szkodzenie bliźniemu odczuwano przeważnie jako rzecz szkodliwą we wszystkich prawach obyczajowych różnych czasów, obecnie przy słowie "zły" myślimy o dobrowolnym szkodzeniu bliźniemu. Nie "egoistyczność" i "nieegoistyczność" jest zasadniczym przeciwieństwem, które doprowadziło ludzi do rozróżniania moralności od niemoralności, dobra od zła, lecz: czy się jest przywiązanym do tradycji, prawa, czy też się z nimi zrywa. W jaki sposób tradycja powstała, jest przy tym obojętne; w każdym razie bez względu na dobro i zło lub jakikolwiek inny immanentny imperatyw kategoryczny, lecz przede wszystkim w celu zachowania społeczności, ludu; każdy zabobonny zwyczaj, który powstał na gruncie fałszywie wyjaśnianego wypadku, narzuca tradycję, do której stosowanie się jest rzeczą moralną; zerwanie z nią jest właśnie niebezpieczne, dla ogółu jeszcze szkodliwsze niż dla jednostki (ponieważ bóstwo karze każde świętokradztwo i zdeptanie swych przywilejów na gminie i przez to tylko na indywiduum). Lecz każda tradycja staje się tym czcigodniejsza, im więcej się oddala od początku, im więcej się o nim zapomina; okazywany jej szacunek gromadzi się z pokolenia na pokolenie, tradycja staje się w końcu święta i wzbudza cześć; a zatem moralność oparta na pietyzmie bez wątpienia jest o wiele starsza niż moralność, która wymaga postępków nieegoistycznych.


97.

Przyjemność z obyczaju. – Ważny rodzaj przyjemności, a przez to źródło moralności, wypływa z przyzwyczajenia. Rzecz, do której się przywykło, wykonuje się łatwiej, lepiej, więc chętniej, odczuwa się przy tym przyjemność i wie się z doświadczenia, że to, do czego się przywykło, dowiodło swej wartości, czyli że jest pożyteczne; obyczaj, z którym dało się żyć, dowiódł, że jest zbawienny, korzystny, w przeciwieństwie do wszystkich nowych, jeszcze niewypróbowanych usiłowań. Obyczaj jest to więc połączenie przyjemności z pożytkiem, nadto nie wymaga zupełnie zastanawiania się. Skoro człowiek może wywierać przymus, wywiera go, żeby przeprowadzić i wprowadzić swoje obyczaje, ponieważ dla niego one są wypróbowaną mądrością życiową. Podobnie każda społeczność jednostek zmusza każdą poszczególną jednostkę do tego samego obyczaju. Tutaj tkwi następujący błędny wniosek: ponieważ z pewnym obyczajem czuję się dobrze lub dzięki niemu przynajmniej zapewniam sobie byt, więc obyczaj ten jest konieczny, gdyż uważa się go za jedyną możliwość, przy której można się czuć dobrze; zadowolenie z życia, tak się wydaje, pochodzi wyłącznie z niego. Pojmowanie tego, do czego się przywykło, jako warunku istnienia, zostało przeprowadzone w obyczaju do najdrobniejszych szczegółów: ponieważ zrozumienie rzeczywistej przyczynowości u ludów i w kulturach stojących bardzo nisko jest bardzo nikłe, uważa się więc z zabobonnym strachem na to, żeby wszystko szło ciągle tą samą drogą; nawet kiedy obyczaj jest ciężki, twardy, męczący, zachowuje się go dla jego pozornie najwyższej pożyteczności. Nie wie się o tym, że ten sam stopień dobrobytu może istnieć także przy innych obyczajach i że nawet można osiągnąć stopnie wyższe. W każdym razie daje się zauważyć, że wszystkie obyczaje, nawet najtwardsze, stają się z czasem przyjemniejsze i łagodniejsze, i że najsurowszy sposób życia może się stać przyzwyczajeniem, a przez to przyjemnością.


98.

Przyjemność i instynkt społeczny. – Ze swoich stosunków z innymi ludźmi człowiek osiąga nowy rodzaj przyjemności i łączy ją z tymi przyjemnymi uczuciami, które czerpie z siebie; przez to w ogóle znacznie poszerza królestwo uczuć przyjemnych. Być może wiele z tego, co się z tym wiąże, odziedziczył wprost po zwierzętach, które, jak widzimy, doznają przyjemności, kiedy się wspólnie zabawiają, na przykład matki ze swymi młodymi. Z drugiej strony należy też wspomnieć o stosunkach płciowych, które każdemu samcowi mniej więcej każdą samiczkę (i odwrotnie) ukazują w interesującym świetle w przewidywaniu przyjemności. Uczucie przyjemności, wypływające ze stosunków ludzkich, w ogóle czyni człowieka lepszym; wspólna radość, przyjemność potęguje te uczucia, dodaje jednostce pewności, czyni ją lepszą, rozbraja nieufność, zawiść: ponieważ sama czuje się dobrze i widzi, że inni także czują się dobrze. Podobne objawy przyjemności rozbudzają wyobraźnię współodczuwania, uczucie, że się jest czymś podobnym: ten sam skutek sprawiają także wspólne cierpienia, jednakowe burze, niebezpieczeństwa, ci sami wrogowie. Na tym gruncie bez wątpienia powstaje najstarszy związek: jego znaczenie polega na wspólnym usuwaniu grożącej nieprzyjemności i zabezpieczaniu się przed nią, z korzyścią dla każdej poszczególnej jednostki. Oto w ten sposób instynkt społeczny wyrasta z przyjemności.


99.

Pierwiastek niewinności w tak zwanych złych postępkach. – Wszystkie "złe" postępki motywuje się popędem samozachowawczym lub, mówiąc dokładniej, poszukiwaniem przyjemności lub ucieczką przed przykrością; bywają w ten sposób motywowane, ale nie są złe. "Zadawanie bólu samo w sobie" nie istnieje, chyba w mózgu filozofów, ani też "wyrządzanie przyjemności samo w sobie" (współczucie w znaczeniu schopenhauerowskim). W stanie przedpaństwowym zabijamy istotę, czy to małpę, czy człowieka, jeśli chce nam chwycić owoc z drzewa, kiedy akurat czujemy głód i biegniemy do drzewa: jakbyśmy jeszcze i teraz zrobili ze zwierzem w wędrówkach po krajach niecywilizowanych. – Złe postępki, które nas dziś najwięcej oburzają, opierają się na błędzie, że człowiek, który nam je wyrządza, posiada wolną wolę, że więc od jego upodobania zależy wyrządzenie nam tego zła. Ta wiara w upodobanie rodzi nienawiść, chęć zemsty, złośliwość, zupełne wypaczenie wyobraźni, gdy natomiast na zwierzę gniewamy się o wiele mniej, ponieważ uważamy je za nieodpowiedzialne. Zadawać ból nie z popędu samozachowawczego, lecz jako odwet – to skutek fałszywego sądu, i dlatego też niewinność. W stanie poprzedzającym państwo jednostka może obchodzić się nieraz z innymi istotami twardo i okrutnie, żeby je zastraszyć: żeby przez takie odstraszające dowody swojej mocy zabezpieczyć swą egzystencję. Tak postępuje potężny, gwałtowny, pierwszy założyciel państw, podbijający sobie słabszych. Ma on do tego prawo, jakie sobie państwo dziś jeszcze bierze; albo raczej: nie ma takiego prawa, które by temu mogło przeszkodzić. Dopiero wtedy gleba może być gotowa pod wszelkie moralności, gdy indywiduum silniejsze lub indywiduum kolektywne, na przykład społeczność, państwo, podbije jednostki, a więc wydobędzie je z odosobnienia i uporządkuje w związek. Przymus poprzedza moralność, co więcej, nawet ona sama przez jakiś czas jest przymusem, któremu poddajemy się, żeby uniknąć przykrości. Później stanie się obyczajem, jeszcze później dobrowolnym posłuszeństwem, w końcu prawie instynktem: wtedy, jak wszystko, do czego się z dawna przywykło, i jak wszystko, co naturane, wiąże się z przyjemnością – i nazywa się cnotą.


100.

Wstyd. – Wstyd istnieje wszędzie, gdzie zachodzi "misterium"; to zaś jest pojęciem religijnym, które w dawniejszych czasach kultury ludzkiej posiadało szeroki zakres. Wszędzie istniały odrębne dziedziny, do których prawo boskie nie dozwalało wstępu, chyba że pod określonymi warunkami: wpierw całkiem przestrzennymi w tym znaczeniu, że pewnych miejsc nie mogły przestępować stopy osób niepoświęconych i że w ich pobliżu osoby te odczuwały dreszcz i niepokój. Uczucie to przenoszono w sposób rozmaity na inne stosunki, na przykład na stosunki płciowe, które jako przywilej i adyton wieku dojrzalszego miały być usunięte spod spojrzeń młodzieży dla jej własnego dobra: dla ochrony i utrzymania w świętości tych stosunków istniało wiele bóstw, które stawiano w komnacie małżeńskiej jako stróżów. (Dlatego też po turecku ta komnata nazywa się haremem, "świątynią", a więc nosi to samo miano, którego się używa dla określenia przedsionków meczetu.) Nie z innego powodu królewskość, jako ognisko, z którego promieniuje potęga i blask, jest dla poddanego misterium pełnym tajemniczości i wstydu: czego dziś jeszcze wiele skutków daje się odczuwać między ludami, które wcale nie należą do wstydliwych. Również cały świat stanów wewnętrznych, tak zwana "dusza", jeszcze do dziś dla niefilozofów jest misterium, ponieważ przez nieskończenie długie wieki wierzono, iż jest pochodzenia boskiego i godna obcowania z Bogiem: dlatego jest to adyton i budzi wstyd.


101.

Nie sądźcie. – Trzeba się mieć na baczności, żeby przy rozważaniu dawniejszych epok nie wpaść w niesprawiedliwe szkalowanie. Niesprawiedliwości niewolnictwa, okrucieństwa w podbijaniu osób i ludów nie należy mierzyć naszą miarą. Wtedy bowiem instynkt sprawiedliwości nie był jeszcze tak rozwinięty. Kto ma prawo zarzucać genewczykowi Kalwinowi spalenie lekarza Serveta! Był to konsekwentny, wypływający z jego przekonań postępek, i tak samo inkwizycja miała słuszność; tylko poglądy panujące były fałszywe i wywołały następstwo, które nam się wydaje twarde, ponieważ dla nas te poglądy stały się obce. Czym jest zresztą spalenie jednostki w porównaniu z wiecznymi karami piekielnymi dla wszystkich prawie! A przecież to wyobrażenie panowało wtedy nad całym światem, nie czyniąc wyobrażeniu o Bogu żadnej istotnej szkody swoją o wiele większą okropnością. I u nas obchodzą się z sekciarzami politycznymi twardo i okrutnie: ale ponieważ nauczyliśmy się wierzyć w konieczność państwa, odczuwa się to okrucieństwo nie tak bardzo, jak w tych wypadkach, kiedy odrzucamy jej uzasadnienie. Okrucieństwo dzieci i Włochów względem zwierząt wypływa z niezrozumienia; zwierzę, szczególnie w interesie nauki kościelnej, zostało zbyt daleko odsunięte poza człowieka. – Łagodzi się też w historii wiele okropności i nieludzkości, w które by ledwie wierzyć można, przez rozważanie, iż rozkazodawca i wykonawca są dwiema różnymi osobami: pierwszy nie znajduje się wobec ich widoku i dlatego też nie czynią one silnego wrażenia na jego wyobraźni, drugi słucha przełożonego i czuje się nieodpowiedzialnym. Większość książąt i wodzów wojskowych z powodu braku wyobraźni wydaje się nam lekkomyślnie okrutnymi i twardymi, choć takimi nie są. – Egoizm nie jest zły, ponieważ wyobrażenie o "bliźnim" – wyraz pochodzenia chrześcijańskiego i niezgadzający się z prawdą – jest w nas bardzo słabe i czujemy się tak prawie względem siebie wolni i nieodpowiedzialni, jak względem rośliny i kamienia. Że inny cierpi, tego trzeba się jeszcze uczyć: i nigdy nie będzie można nauczyć się zupełnie.


102.

"Człowiek zawsze postępuje dobrze". – Nie oskarżamy natury o niemoralność, kiedy nam zsyła nawałnicę z grzmotami i ulewą: dlaczegóż nazywamy niemoralnym człowieka czyniącego szkodę? Ponieważ przypuszczamy, że tu samowolnie rządzi wolna wola, tam konieczność. Ale to rozróżnianie jest błędne. A następnie: nawet rozmyślnego szkodzenia nie nazywamy niemoralnym w każdej okoliczności: na przykład bez skrupułu i rozmyślnie zabija się komara tylko dlatego, że się nam nie podoba jego granie, z rozmysłem karze się przestępcę i zadaje mu ból, żeby zabezpieczyć siebie i społeczeństwo. W pierwszym wypadku ból zadaje rozmyślnie indywiduum w celu samozachowawczym, lub tylko żeby uniknąć przykrości, w drugim państwo. Wszelka moralność pozwala na rozmyślne wyrządzanie szkody w obronie koniecznej: to znaczy, gdy chodzi o samozachowanie! Ale te dwa punkty widzenia wystarczają do wytłumaczenia wszystkich złych postępków, których ludzie dopuszczają się względem ludzi: albo poszukują przyjemności, albo się bronią przed przykrością; w jakimś znaczeniu zawsze chodzi o instynkt samozachowawczy. Sokrates i Platon mieli słuszność: cokolwiek by człowiek czynił, czyni zawsze dobrze, to znaczy: czyni to, co mu się wydaje dobrym (pożytecznym) według stopnia jego inteligencji i za każdym razem na miarę jego rozumności.


103.

Niewinność w złośliwości. – Złośliwość nie ma sama w sobie na celu cierpienia innej osoby, lecz swą własną rozkosz, na przykład w formie zemsty lub silniejszego napięcia nerwów. Już samo drażnienie kogoś pokazuje, jak to jest przyjemnie wywierać na innym swą władzę i osiągać przez to przyjemne uczucie przewagi. A teraz, czy jest to niemoralne,że się odczuwa przyjemność kosztem przykrości innych? Radować się z cudzej krzywdy – czy jest to rzecz diabelska, jak mówi Schopenhauer? Wszak, znajdując się na łonie natury, odczuwamy przyjemność w łamaniu gałęzi, rozbijaniu kamieni, w walce z dzikimi zwierzętami, i właśnie tylko dlatego, że przy tym uświadamiamy sobie swą siłę. To więc, że wiemy, iż ktoś inny cierpi przez nas, miałoby tę samą rzecz, za którą kiedy indziej czujemy się nieodpowiedzialni, uczynić teraz niemoralną? Ależ gdyby się nie wiedziało o tym, to by się nie miało przyjemności z poczucia własnej przewagi, ta daje się właśnie poznać tylko po cierpieniu innej osoby, na przykład, gdy się kogoś drażni. Żadna przyjemność sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła; skąd by miało pochodzić określenie, że, żeby mieć przyjemność z samego siebie, nie należy przyczyniać przykrości innym? Jedynie z punktu widzenia pożytku, to jest ze względu na skutki, na ewentualną przykrość, kiedy pokrzywdzony lub państwo zamiast niego każe spodziewać się kary lub zemsty: tylko to pierwotnie mogło być powodem do wyrzekania się innych postępków. – Współczucie równie mało ma na celu przyjemność innej osoby, jak złośliwość (było to już powiedziane) ból innej osoby. Ponieważ kryje w sobie przynajmniej dwa pierwiastki (może o wiele więcej) osobistej przyjemności i tym sposobem jest rozkoszowaniem się samym sobą: przede wszystkim przyjemność emocjonalną – do tego rodzaju należy współczucie odczuwane podczas tragedii, a następnie, jeżeli doprowadza się do czynu, przyjemność z zadowolenia popędu do wywierania władzy. Nadto kiedy osoba cierpiąca jest nam bardzo bliska, przez postępki współczujące ujmujemy bólu samym sobie. – Nie licząc niektórych filozofów, ludzie umieszczali współczucie zawsze dosyć nisko w hierarchii uczuć moralnych: i słusznie.


104.

Obrona konieczna. – Jeżeli obronę konieczną w ogóle uważa się za moralną, to trzeba też dopuścić prawie wszystkie objawy tak zwanego egoizmu niemoralnego: wyrządzamy krzywdę, rabujemy lub zabijamy w celu zachowania albo obrony życia, żeby zapobiec nieszczęściu osobistemu; kłamie się, jeżeli podstęp i udawanie są właściwymi środkami do zachowania samego siebie. Że rozmyślne wyrządzanie szkody jest moralne, jeżeli chodzi o naszą egzystencję lub bezpieczeństwo (zachowanie swego dobrobytu), takie ustępstwo się robi; z tego punktu widzenia i samo państwo wyrządza szkody, gdy wymierza kary. Naturalnie, w szkodzeniu nierozmyślnym nie może być nic niemoralnego, tu rządzi przypadek. Ależ czy istnieje jakiś rodzaj szkodzenia nierozmyślnego, w którym nie chodzi o naszą egzystencję, o zachowanie naszego dobrobytu? Czy istnieje szkodzenie z samej złośliwości, na przykład w okrucieństwie? Jeżeli się nie wie, jak boli pewien postępek, to nie jest to postępek wypływający ze złośliwości; dziecko nie jest złośliwe, nie jest złe dla zwierząt: ono je bada i niszczy jak zabawki. A czyż wie się kiedykolwiek w zupełności, jak boli jakiś postępek inną osobę? Dokąd sięga nasz system nerwowy, wystrzegamy się bólu: gdyby sięgał dalej, do wnętrza innych ludzi, nikomu byśmy nie wyrządzali bólu (oprócz wypadków, kiedy wyrządzamy go samym sobie, kiedy na przykład dla ocalenia życia pozwalamy się krajać, dla zdrowia zadajemy sobie trud i wysiłek). Wnioskujemy przez analogię, że coś kogoś boli, a dzięki pamięci i sile wyobraźni może się przy tym i nam samym źle zrobić. Jaka jednak jest różnica między bólem zęba a bólem (współczuciem), który wywołuje widok bólu zęba! Taka oto: wyrządzając szkodę z tak zwanej złośliwości, w żadnym razie nie znamy stopnia zadawanego bólu; jednak o ile taki postępek połączony jest z przyjemnością (poczucie własnej mocy, silnego podniecenia), popełnia się postępek, żeby zachować dobrobyt jednostki i zalicza się go do tej samej kategorii, co obronę konieczną, kłamstwo konieczne. Bez przyjemności nie ma życia; walka o przyjemność to walka o życie. Czy jednostka prowadzi tę walkę tak, że ludzie nazywają ją dobrą, czy tak, że ją nazywają złą, o tym rozstrzyga miara i właściwości jej intelektu.


105.

Sprawiedliwość nagradzająca. – Kto zupełnie zrozumiał naukę o całkowitej nieodpowiedzialności, ten nie może już podciągać pod pojęcie sprawiedliwości tego, co się zwykle nazywa sprawiedliwością karzącą i nagradzającą: jeżeli tylko sprawiedliwość polega na tym, żeby każdemu oddać, co mu się należy. Ten bowiem, którego się karze, na karę nie zasługuje; używa go się tylko jako środka dla odstraszenia innych na przyszłość od pewnych postępków; i ten, którego się nagradza, na tę nagrodę nie zasługuje: wszak nie mógł on postąpić inaczej niż postąpił. Dlatego nagroda posiada tylko znaczenie zachęty dla niego i innych, żeby tym sposobem stworzyć motyw dla czynów późniejszych; pochwałę wykrzykuje się biegnącemu w szrankach, nie temu, który stanął u mety. Ani kara, ani nagroda nie są czymś, co się komuś należy jako jego; udziela się ich ze względów pożyteczności, chociaż sprawiedliwie nie mógłby on do nich rościć pretensji. Również należy mówić: "mędrzec nie nagradza dlatego, że postąpiono dobrze", jak się mówi "mędrzec nie karze, że źle postąpiono, lecz żeby nie postępowano źle". Gdyby znikły kara i nagroda, znikłyby także najsilniejsze motywy, które od pewnych postępków odciągają, a do pewnych postępków popychają; pożytek ludzki wymaga ich trwania; i w tej mierze, w jakiej kara i nagroda, nagana i pochwała działają najdotkliwiej na próżność, w tej samej mierze sam pożytek wymaga także trwania próżności.


106.

Przy wodospadzie. – Kiedy patrzymy na wodospad, zdaje się nam że w niezliczonych skrętach, wężowych ruchach, załamaniach fal widzimy wolność woli i dowolność; jednak wszystko w tym jest koniecznością, każdy ruch daje się wyliczyć matematycznie. Tak jest też z czynami ludzkimi; gdyby się było wszystkowiedzącym, czyn można by naprzód wyliczyć, tak samo każdy postęp poznania, każdy błąd, każdą złośliwość. Osoba działająca, to prawda, tkwi w złudzeniu samowoli; gdyby w jednej chwili zatrzymało się koło świata, a wszystkowiedzący rachujący rozum znalazł się przy tym, żeby skorzystać z tej pauzy, mógłby w najdalsze czasy obliczyć przyszłość każdej istoty, oznaczyć wszystkie koleje, którymi to koło jeszcze toczyć się będzie. Złudzenie osoby działającej co do siebie, przeświadczenie o wolnej woli należy także do tego, dającego się obliczyć, mechanizmu.


107.

Nieodpowiedzialność i niewinność. – Zupełna nieodpowiedzialność człowieka za swe postępowanie i swą istotę jest najbardziej gorzką kroplą, którą poznający musi połknąć, jeżeli się przyzwyczaił widzieć dyplom szlachecki swego człowieczeństwa w odpowiedzialności i obowiązku. Wszystkie jego oceny, wyróżnienia, niechęci straciły wskutek tego wartość i stały się fałszywe: najgłębsze uczucie, to, które żywił dla męczennika, bohatera, poświęcone było błędowi; nie ma on już prawa ani chwalić, ani ganić, gdyż nie rymuje się to z niczym: chwalić lub ganić naturę i konieczność. Podobnie jak lubi dobre dzieło sztuki, ale go nie chwali, gdyż ono samo przez się nie może nic, jak stoi wobec rośliny, tak musi stać wobec postępków ludzkich, wobec swoich własnych. Może podziwiać w nich siłę, piękność, pełnię, ale nie wolno mu znajdować żadnej w tym zasługi: proces chemiczny i walka pierwiastków, udręka chorego, który z upragnieniem wyczekuje wyzdrowienia, równie nie są zasługą, jak nie są owe walki i cierpienia duchowe, w których różne motywy szarpią człowiekiem w tę i ową stronę, póki się w końcu nie zdecyduje na motyw najpotężniejszy – jak to się mówi (w rzeczywistości zaś, póki najpotężniejszych motyw o nas nie rozstrzygnie). Lecz wszystkie te motywy, chociaż tak wielkie miana im nadajemy, wyrosły z tych samych korzeni, w których, jak my wierzymy, mieszkają złe trucizny; między dobrymi i złymi postępkami nie ma żadnej różnicy gatunkowej, lecz co najwyżej różnica stopnia. Dobre postępki są wysublimowanymi złymi postępkami; złe postępki to pogrubione, pogłupione – dobre. Jedyne pragnienie jednostki, pragnienie rozkoszowania się sobą (połączone z obawą, żeby go nie utracić), musi być zaspokojone we wszystkich okolicznościach, jakkolwiek by człowiek był w stanie postępować, to jest – musiał postępować: czy to popełniając czyny podyktowane próżnością, zemstą, przyjemnością, złośliwością, podstępem, czy dokonując aktów poświęcenia, litości, poznania. Zdolność sądzenia rozstrzyga, dokąd się kto da pociągnąć przez to pragnienie; każde społeczeństwo, każda jednostka posiada zawsze tablicę dóbr, według której określa swoje postępki i sądzi innych. Ale ta miara zmienia się ustawicznie, wiele postępków nosi miano złych, a są tylko głupie, ponieważ stopień inteligencji, która się za nimi oświadczyła, był bardzo niski. Co więcej, w pewnym znaczeniu i dziś jeszcze wszystkie postępki są głupie, gdyż najwyższe stopnie inteligencji ludzkiej, jakie dziś mogą być osiągnięte, na pewno zostaną przewyższone, a wtedy, gdy się rzuci okiem wstecz, całe nasze postępowanie i sądzenie wydadzą się tak ograniczone i pośpieszne, jak nam wydaje się dziś ograniczonym i pośpiesznym postępowanie i sądzenie zacofanych dzikich plemion. – Wejrzenie w to wszystko może sprawiać głęboki ból, potem jednak przychodzi pociecha: takie boleści to bóle porodowe. Motyl chce przerwać swą osłonę, wgryza się w nią, rozrywa ją: wtedy oślepia i oszołamia go nieznane światło, królestwo wolności. Na takich ludziach, którzy są zdolni do owego smutku – jak mało ich będzie! – zostanie dokonana pierwsza próba, czy ludzkość może się przemienić z moralnej na mądrą. Słońce nowej Ewangelii rzuca pierwszy swój promień na najwyższe szczyty dusz owych jednostek: i oto kłębią się chmury gęściej niż kiedykolwiek, a obok siebie rozbijają namioty najjaśniejszy dzień i najgłębszy zmierzch. Wszystko jest koniecznością – tak mówi nowe poznanie; i to poznanie samo jest koniecznością. Wszystko jest niewinnością: i poznanie jest drogą do wejrzenia w tę niewinność. Czy przyjemność, egoizm, próżność, konieczne do wydania zjawisk moralnych i ich najszczytniejszych kwiatów, zmysłu prawdy i rzetelności poznania, błąd i błąkanie się wyobraźni były jedynym środkiem, dzięki któremu ludzkość zdołała z wolna wznieść się do tego stopnia poświęcenia i wyzwolenia samej siebie – któż by zatem mógł ów środek nisko oceniać? Któż by miał być smutny, że cel, do którego prowadzą owe drogi, został przeczuty. Wszystko w dziedzinie moralności stawało się, wszystko jest zmienne, chwiejne, wszystko w toku, to jest prawda: ale wszystko także jest w pędzie ku Jednemu Celowi. Może w nas ciągle jeszcze rządzić odziedziczone przyzwyczajenie fałszywych ocen, miłości, nienawiści, ale pod wpływem rosnącego poznania będzie stawać się coraz słabszym: nowe przyzwyczajenie, przyzwyczajenie pojmowania, niemiłości, nienienawiści, patrzenia ponad, wszczepia się stopniowo w nas na tym samym gruncie i po tysiącach lat może będzie dość potężne, żeby ludzkości dać siłę wytworzenia mądrego, niewinnego (świadomego niewinności) człowieka równie normalnie, jak dziś wytwarza niemądrego, niesprawiedliwego, świadomego winy człowieka – to jest stopień konieczny, nie przeciwieństwo tamtego.