Lubonie/Tom II/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Lubonie
Podtytuł Powieść z X wieku
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1876
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



IX.



W obozie nad Odrą, jednego wieczora cesarski krewniak, nie tak jakeśmy go widzieli w Quedlinburgu odarty i opuszczony, ale we zbroi lśniącéj, na koniu dzielnym, w hełmie skórzanym łuskami żelaznemi naszywanym z kitą czerwoną, w płaszczu niebieskim na ramionach, opatrywał nowych swych przyjaciół szeregi.
Sam jeden tu był wśród tego ludu, do którego i on nie przystawał, i orszak co go otaczał, jakby cudzy przy nim wyglądał. Dziwnie zaprawdę wydawał się ten niemiecki rycerz, przygodami osobliwemi ze dworu najświetniejszego w Europie wygnany, pomiędzy lud na pół surowy i do innego należący świata. Między tym wodzem a jego ludźmi, trudno było powinowactwa dopatrzeć. Ziemko i Hłaska, dwaj naczelnicy wolińców, jechali przy zbrojnym niemcu, także niby z niemiecka przyodziani, ale dziwacznie. Mieli oba po kawałku zbroi... Ziemko na głowie skórzaną czapkę, na krzyż żelaznemi opasaną prętami, mieczyk u boku, pióro u hełmu, jaskrawy płaszczyk na ramionach, ale na nogach po staremu chodaki sznurowane wytarte, i spodnie z grubego płótna. Nie lepiéj wyglądał Hłaska, który téż między niemcami bywał, i przyodziaćby się był rad, aby wstydu Wigmanowi nie czynił. Krótki tułubek frankijski, paskiem obszyty miał czerwono, pod szyją śpiżowe spięcie, na ramionach stare kolce mosiężne, wszystko to z sobą nie dobrze szło, ale Hłaska uczynił co mógł.
Dwaj wolińcy, w rozpaczy, dla wybicia się z jarzma niemieckiego, niemca się chwycili... Zdało się im, że ten cesarski krewny, a sławiony rycerz najlepiéj mógł ich poprowadzić. Nim jednak na niemców napaść mieli, chcieli się na polanach sprobować i łupem się opatrzywszy, a jak im się zdało, pobiwszy może — większą siłą występować dla wyswobodzenia, na markgrafów.
Na Mieszku próba tylko uczynioną być miała.
Wigman się zabawiał z wolińcami, Ziemko i Hłaska w oczy mu patrząc jak wyroczni go słuchali... Świetne mieli nadzieje... Naprzód polan zwojować i albo ich zmódz a złupić, lub z sobą na markgrafa pociągnąć. Zdawało się to łatwém — urok niemieckiego wodza oślepiał biednych słowian, a stare waśnie graniczne kazały zapominać, że mieli walczyć z pobratymcami.
Pycha Wigmana, który się bezmiernie wśród tych prostodusznych ludzi czynił wielkim, a pewnym siebie, wiarę w nich wlewała... Czynił ten wódz nowy z niemi co chciał, ufali mu jako zbawcy, a przyszłéj wielkości swéj założycielowi...
Niemiecki Comes tymczasem objeżdżając szeregi tego ludu, dziwnie jakoś nań poglądał. Nie było to wojsko — ale tłum mężny i bitny, ochoczy do walki, a niesworny. Na kilka oddziałów podzieleni wolińce, leżeli obozem nad rzeczką, na wysokim brzegu, a było ich tak sporo, że jak okiem zajrzeć w dolinie, łąka ludźmi była usłana. Starszyzna tylko miała parę namiotów szarych, na tykach rozpiętych. Dla Wigmana na wzgórzu paradniejszy ustawiono; reszta pod gołem niebem i w małych szałasach koczowała przy ogniskach.
Nie wiele jazdy i to dosyć niepokaźnéj udało się Ziemkowi zgromadzić. Na małych konikach, siedzieli więksi stosunkowo od nich wojownicy w prostych sukmanach, z łukami na plecach, z młotami i siekierami u siodeł, z dzidami różnych rozmiarów w dłoni. Z twarzy tych ludzi, którym włosy długie i gęste starczyły za nakrycia głowy po większéj części, widać było dzikie i nieustraszone męztwo — lecz nie to co się powodować umie i łączyć spójnie w gromadę, ale rachujące samo na siebie tylko i niedające ni pokierować sobą, ni powstrzymać.
Jak konie rwały się i wierzgały a kąsały, w kupie ustać nie mogąc, tak ludzie ucierali się, łajali i przechwalali głośno.
Po niemieckich pocztach milczących i posłusznych, ta butna ciżba Wigmanowi osobliwą wydawać się musiała. Poglądał na nią oczyma zdumionemi, a Ziemko i Hłaska, jadąc tuż, w jego oczach usiłowali czytać, co myślał o ich drużynie, któréj oni sił i męztwa byli pewni.
Comes liczył tylko ile ich było, bo na nic innego jak na lik znać rachować nie mógł.
To Ziemko to Hłaska po bokach jadąc, zagadywali go, wskazując na swych ludzi, rycerz niemiecki tylko głową potrząsał i ramionami ruszał.
Tak przepatrzywszy jednych, u których żelaznego okrycia ledwie można było gdzie dopatrzyć, ruszyli ku pieszemu ludowi, którego daleko więcéj było. Kazano leżącym i spoczywającym wstawać, a zbijać się w rzędy, aby i tych okazać, czém byli.
Dosyć nieochoczo ruszył się tłum mrucząc, i wstali jak dęby ogromni, szerokich ramion, niezbyt odziani, na pół bosi wojacy, u których oszczepów i pałek więcéj było, niż innéj broni. Za to niemal wszyscy mieli tarcze, tak jak i polanie, z desek cienkich drewnianych pospajane, dwa i trzy razy obciągnięte skórą, gdzieniegdzie gwoźdźmi nabijane i sztabkami.
Z gwarem na nogi wstając wolińcy stawali kupami, każdy chwyciwszy broń jaką miał.
Wigman pomyślał w duchu, iż gdyby oręż a wprawa nic nie ważyła, straszneby były te gromady ludzi silnych, nielękających się śmierci, chciwych boju dla niego samego, dla krwi i gorączki, jaką walka daje. I znowu z konia siedząc niemiec liczył sobie tych ludzi, na mnogości ich pokładając nadzieję.
Lecz na Mieszka, który niewiele może lepszego miał żołnierza, zdawało się to dostateczném, gdy taki wódz prowadził.
Dwaj wodzowie jak najlepszą mieli otuchę, czy ją Wigman podzielał, odgadnąć było trudno. Objechawszy szeregi, zawrócił nazad ku wzgórkowi i namiotowi. Naglili go Ziemko i Hłaska, aby im co rzekł; powiedział im tylko, że lud piękny...
Czegoś mu na duszy smętno było, popatrzywszy gdzie, z kim był, i komu miał dowodzić. Przed namiotem zsiedli z koni, jeszcze raz pytać go zaczęli, odpowiedział im mało, pozdrowił dumnie ręką i wszedł opłotek uchyliwszy do wnętrza.
Jeden stary jak pan sługa, niemiec Hatton, czekał tu na niego. Ten jeden nie opuścił go i nie zdradził, a choć wstręt miał iść przeciw cesarzowi z poganami razem wojować, Wigmana nie rzucił. Był to człowiek przykuty do comesa, który porzuciwszy go, nie wiedziałby zaprawdę co uczynić z sobą. Mały, krępy, posiwiały pachołek, milczące stworzenie i posłuszne, stworzone było aby przy kimś wisiało. Los mu nastręczył Wigmana. Z nim i świetne przeżył lata i teraz gorzkiemi truł się dniami.
Gdy Wigman pod namiot wszedł, zerwał się stary Hatton, aby mu zbroję zdjąć, i wnet począł swą usługę. Milczący comes dawał mu czynić z sobą co chciał, był zadumany i ponury.
— Hattonie! co mówisz na to? — począł ponuro niemiec — z Quedlinburga do obozu wolińców? z gościny u tego Ottona do Ziemka? hę? dobrześmy padli?..
Hatton ramionami ruszył. Milczał długo.
— Miłościwy grafie — rzekł w końcu — a nie lepsze to, jak los Eryka, Bakki, Hermana, Wiryna i Ezeryna?..
— Pewnie... ależ ci omal Hilliwarda biskupa nie zabili, przeto ich Otto w Quedlinburgu pościnać kazał... a ja?.. ja tylko swojego broniłem gardła...
Hatton mruczał.
— Mów ty mruku głośniéj, chceszli, by cię zrozumiał! — krzyknął Wigman.
— Broniliście miłościwy panie gardła, nie trzeba było pleców żałować... — odparł giermek.
— Krzyże mam twarde! to nieszczęście moje... — zawołał Wigman — w żyłach moich krew Ottonów płynie...
Hatton głową skinął potakująco. Rozpinał mu kaftan łuską wyszywany, pod którym drugi skórzany widać było. (Noszono ich po kilka na sobie.)
— U nich... u nas... — mówił daléj Wigman — wszystko pod humor i od fantazyi... Gdybym na Ottona dobrego trafił, dobrzeby mi było, los mój chciał, abym na złego padł...
Pamiętasz Hattonie — dodał — Gintera ratysbońskiego biskupa? I co mu dało biskupią dostojność?..
Hatton milczący głową pokiwał.
— Otto szedł rano na mszę w Ratysbonie do klasztoru świętego Emmerama. Po drodze powiedział sobie: Stołek biskupi wakuje... komu go dać? komu?.. niechaj los wybiera... Pierwszy duchowny, którego spotkam, biskupem będzie... U furty klasztoru ubogi Ginter mu otwiera... Co mi dasz za biskupią infułę? pyta Otton. — Miłościwy panie, śmiejąc się odparł biedny księżyna, nie mam nic swojego oprócz podartych na nogach chodaków... I został biskupem... — dorzucił Wigman. — Tak samo ja w dobrą godzinę mógłem być saskim księciem w miejsce Hermana...
Hatton ostatni kawał zbroi odczepiał i znowu mruczał coś niezrozumiale.
— A coby ci po tém przyszło miłościwy panie — rzekł chmurno. — Albo w łaskach będący Herman nie wywołał na się gniewu cesarskiego za to, że go w Magdeburgu przy biciu w dzwony i oświeconym kościele przyjmowano, że śmiał tam spać w łóżku cesarskiém i u cesarskiego siedzieć stołu? Albo go nie wyklął biskup Bruno tego szczęśliwego Hermana, któremu zazdrościcie...
— Wolałbym być jednak wyklętym przez Brunona — zawołał Wigman — niż odepchniętym przez cesarza... Ale łaska familii niestała rzecz... Wolałbym być jego bękartem niż krewniakiem...
Hatto[1] rękami poruszył jakby zaprzeczał tym rozpaczliwym oświadczeniom.
— Pewnie — potwierdził Wigman wzdychając — alboż nie wiesz, że bękarta swojego z niewolnicy, ze słowianki, z prostéj dziewki narodzonego, Wilhelma, uczynił Otto arcybiskupem mogunckim?.. Jego synom, jego córkom, jego nieprawemu potomstwu wszystko było wolno... a nam, biednym, milczeć tylko i cierpieć... Wilhelm został arcybiskupem, a wdowa po Konradzie frankońskim, choć Kononowi potajemnie ślubowała, wyparła się go i Burchard wystąpił w jéj obronie, a rękę mu obciął, co zawysoko sięgała!..
Mówił tak Wigman z bólem wielkim, aż zamilkł wreszcie, głos coraz był smutniejszym i siła a duma w téj chwili zdawały złamane. Gdy Hatton mu zbroję zdjął i odstąpił, Wigman na stole ujrzawszy krzyż, kląkł się modlić.
Z pokorą i skruchą załamał dłonie przed Chrystusem i na głos począł odmawiać modlitwy, Hatton, który w kącie stał, jakby mimowolnie téż ręce złożył i za panem je powtarzał. Modlił się tak długo, a wśród szmeru modłów tych okrzyki obozu wolińców dolatywały dzikie, jakby szydziły z ich nabożeństwa.
Wigman legł wreszcie na pościel przygotowaną, ale do snu mu było daleko, oczy miał otwarte, sparty na dłoni, dumał może o cesarzu, o sobie i dziwnych losach swoich.
Zaczynało zmierzchać, gdy sykanie słyszeć się dało przed namiotem. Hatton zerwał się i wyszedł, Wigman głowę zwróciwszy czekał.
Po chwili wprowadził giermek Ziemka.
Szedł on pospiesznie bardzo i z ożywioną twarzą i wzrokiem.
— O Mieszku wieść przyniesiono — rzekł szybko.
— Rad jéj będę... Gdzież on jest?
— Stoi o pół dnia drogi od nas, pewnie się niczego nie spodziewając... co poczniemy? Mamyli czekać na niego czy następować?
Wigman wstał z łoża i siadł.
— Licznyż ma poczet z sobą?.. gdzie się położył?..
Na to Ziemko odpowiedzieć nie umiał, przywołano tego, który przyszedł z wieścią. Był to stary człek, o kiju, w koszuli, w sakwach przez plecy, boso, trochę przelękły a bardzo niespokojny. Ziemko badać go począł. Widział on tylko piechotę w obozie, a zapytany ręczył, że jéj pewnie i połowy nie było téj, jaką wolińce mieli. Obóz był na łące, wśród zarośli i gajów, rozłożony bezpiecznie, jakby się sąsiedztwa niczyjego nie spodziewał.
Ziemko patrzał w oczy niemcowi, który się wahał długo.
— Jeżeli swoim ufacie, czemubyśmy naprzeciw nich iść nie mieli? — rzekł Wigman — zawsze ten przewagę ma, kto pierwszy naciera...
— Więc ruszym jutro o świcie...
Comes ani zaprzeczał, ni zachęcał, położył się znów skinąwszy głowę i w myślach swych zatopił.
Nazajutrz jako dzień ruszyło się wszystko z obozowiska, ustawiać poczęło, siedli wodzowie na konie, Wigman znowu opięty kaftanem łuskowym, wyjechał z Hattonem, który małą tarczę i zapaśny miecz wiózł za nim.
Dzień obiecywał się skwarny.
Oddziały wyruszały powoli, każdy poprzedzany stanicą swą, na których orły, ptaki i potworne stworzenia grubo były wyrzezane. Stanica Ziemka wystawiała wołu białego.
Ruszając z noclegu zanucili pieśń jakąś dziwnie brzmiącą w uszach Wigmana, który pocichu modlitwy odmawiał.

W obozie Mieszka, on, Sydbór i dwaj czescy dowódzcy stali od rana pogotowiu. Wiedziano tu o Wigmanie, o wolińcach, o ich sile i kneź rano wstawszy, czechów jazdę z dwu stron na boki wyprawił, poleciwszy jéj, by się dopiero na skinienie i hasło ruszyła.
Na wysokiéj sośnie posadzone pacholę czatowało, by dać znać gdy się wolińcy spodziewani ukażą. Równo prawie z hasłem przez chłopaka daném zdala i śpiewy usłyszano. Mieszkowy lud niecierpliwy był, ale mu się ruszać nie kazano. Stać tak mieli, ażby na nich naszedł nieprzyjaciel.
Gdy się w dali kupy owe ukazały, Mieszko i Sydbór skoczyli na koniach przodem, postali im na widoku trochę i puścili nazad spiesznie, a wnet i ludziom niby popłoszonym zwolna się cofać nakazano.
Ujrzawszy to Wigman i Ziemko, którzy przodem szli, z okrzykiem gromadom swoim dali znak, aby się na nieprzyjaciela rzuciły.
Stał się w obozie Mieszka jakby zamęt umyślny i oddziały jego jedne po drugich za gajami znikać poczęły.
W pogoń się puścili wolińcy, z okrzykiem coraz głośniejszym, ze wrzawą i zapałem niezmiernym. Wigman na koniu przed niemi.
Mieszkowi ustępowali, lecz tak zwolna, że się dogonić dali... ustępowali głębiéj między gaje, i jakby się ulękli wolińców, nawet im nie stawili czoła.
Tém silniéj nacierali Ziemko i Hłaska, tém gwałtowniéj zagrzewać począł Wigman.
Już byli kilkoro staj od nieprzyjaciela, gdy na dany znak piechota Mieszkowa odwróciła się na wolińców i do bitwy stanęła. Z obu stron rzucono się na siebie z porywczością wielką.
Cały zastęp wolińców bez porządku wysypał się, wylał, rzucił na polan. Podniesiono tarcze i pałki walić o nie zaczęły. Świsnęły strzały... posypały się pociski...
W téj chwili, gdy jeszcze wolińcy pewni byli prawie zwycięztwa, z lewéj i prawéj strony na tyłach, na odgłos trąbki Sydbóra, wystąpiły ukryte w zaroślach dwa czeskiéj jazdy oddziały.
Zatętniała ziemia pod kopytami i nim kupy niesforne wycofać się mogły, wzięte były z obu stron jak w kleszcze, między Mieszkową piechotą a konnicą Sławnika; już czesi im siedzieli na karkach. Z drugiéj strony oddział Sydbóra piechoty, ludzie dobrani i wprawni do boju, kładł trupem wolińców, zaczynających się rozsypywać i w ucieczce szukać ratunku.
Ziemko i Hłaska widząc się w położeniu rozpaczliwém, poszli naprzód, aby ratować swoich, albo ginąć z nimi. Wigman z konia swego na wzgórzu stojąc już widział, że bitwa była przegraną.
Siły piesze Mieszka niewiększe były może niż wolińców, lecz ujęte w porządniejsze szeregi; jazdy nie mieli prawie sprzymierzeńcy Wigmana, a czeska była wyborna i uzbrojona jak niemiecka. Chwilę comes patrzał na tę rzeź, z któréj ratować się już nie było nadziei, wreszcie z pogardą i dumą zawrócił konia i wolnym krokiem ustępować począł. Jedynym ratunkiem była ucieczka... Serce się krwawiło na myśl sromotnego uchodzenia przed nieprzyjacielem, Wigman nie spieszył, gdy przypadłszy doń Hatton, zaklinać go zaczął, aby uchodził.
Czas jeszcze było się cofnąć i ujść czechów pogoni, zajętych rozpraszaniem gromady, która po gajach szukała bezpieczniejszego schronienia.
Wigman już konia miał uderzyć, gdy z zaiskrzonemi oczyma, w porwanéj sukni, z krwawą twarzą dopędził go Ziemko i za cugle konia pochwycił. Rozpacz malowała się na jego obliczu.
— Ha! — zawołał — dobrze wam było nas wprowadzić w zasadzkę, oddać na rzeź i zgubę, samemu będąc pewnym, że was dobry koń ztąd wyniesie?
Wigman zaczerwieniał od téj wymówki jak policzek mu ciśniętéj; można było sądzić, że mieczem, który trzymał w ręku, przebije zuchwałego śmiałka. Powstrzymał się jednak, drgnął cały i z konia zeskoczył.
Z dobytym mieczem, nie odpowiadając słowa, poszedł gdzie wrzała bitwa.
Koń rzucony nie dając się pochwycić Hattonowi, który chciał cugle porwać, spłoszony krzykiem, rzucił się czwałem w pole.
Wigman w ciężkiéj zbroi został pieszo. Około niego łamiąc ręce i przeklinając dzień i godzinę nieszczęśliwą szedł Ziemko, ale na przekleństwa i wymówki jego nie odwracał się nawet Wigman. Oskoczyła ich wnet kupa Mieszkowéj piechoty. Starszyzna wolińców i Wigman z nią musieli się począć cofać odcinając. Comes milczący szedł nie okazując wściekłości, ale ilekroć się odwrócił, płatał straszliwie napastników. Od żelaznych łusk jego kaftana odskakiwały miecze[2] kruszyły się na nim oszczepy. Ziemko i Hłaska bronili się téż z rozpaczą ludzi, którzy wiedząc, że nie obronią życia, drogo je przynajmniéj chcą kazać opłacić wrogowi.
W dolinie wkrótce nie było już wojsk walczących z sobą, tylko kupki przelękłych, unoszących życie ludzi, które ścigali zwycięzcy. Tam gdzie się starły pierwsze szeregi, leżały wałem trupy pobite i przez czechów posiekane. W krzakach i zaroślach tulili się ranni. Zielona łąka stratowana, zkrwawiona, potrzaskanemi usypana pociskami, była jakby straszném śmietniskiem grobowém. W prawo i lewo wśród lasów słychać było wycie i jęki. Uciekali jedni, gonili drudzy na wszystkie strony.
Jeden oddział z Sydbórem puścił się ścigać Wigmana, o którym wiedziano, że prowadził wolińców. Mieszko nie chciał mu dać ujść i byłby go sam pędził, gdyby mu fałszywie innéj kupki nie wskazano, w któréj się miał comes znajdować. Pogoń ta rozpoczęta około południa, przeciągnęła się do wieczora. Następowali polanie na Wigmana i tych co przy nim byli, ale go ująć ani zabić nie mogli. Zmniejszała się gromadka jego towarzyszów, wołano nań, aby się poddał, krew mu z ran ciekła, lecz krewniak cesarski z dumą swojego rodu ginąć wolał, niż temu tłumowi zdać oręż i życie na łaskę... Krok w krok szli za nim zmęczeni jak on, ale równie chciwi pochwycenia go jak on ocalenia, napastnicy; łajano się wzajem po słowiańsku i niemiecku... i mrok padał, a końca téj walce upartéj nie było. Wigmanowi udało się nieco oddalić od pogoni, pomogły mu gąszcze w lesie, zdawało się, że ujść potrafi. Ziemko już był zginął. Hłaska się odbił w pochodzie, został on sam, a z nim Hatton tylko, który go i tu nie chciał opuścić.
Nadeszła noc i ciemność...
Jeszcze w prawo i w lewo słyszeli przedzierających się tych co ich ścigali, ale wkrótce ucichły głosy, i Wigman padł na ziemię napół żywy. Ostrza włóczni kilku tkwiły w jego kaftanie i krew się z pod nich sączyła.
Z niecierpliwością wyrywać je począł Wigman, choć nowéj przyczyniał boleści. Ranny Hatton przywlókł się chcąc go ratować, lecz siły już sam nie miał, upadł u nóg jego i ducha wyzionął.
Wigman popatrzał nań jakby na wiernego psa ubitego na łowach, w oku mu się zakręciła łza, drżącą rękę przyłożył do jego czoła. Oblane było potem, ale już zimne, stygło bardziéj pod jego dłonią.
Został sam, ranny, z poszczerbionym mieczem, nie wiedząc gdzie był i co miał począć z sobą. Umierać tak w lesie, na pustkowiu, czy usiłować się jeszcze ocalić? Dokoła cicho było, las tylko szumiał i czasem niezrozumiały krzyk ptaka, jakby czémś zbudzonego, przerywał głuche milczenie.
Wigman pozostał tak długo patrząc na trupa sługi, rozciągnionego u nóg swoich, to na niebo, które gdzieniegdzie z między gałęzi świeciło gwiazdami. Sam nie wiedział, jak długo tak leżał, aż gdy powstać zapragnął, uczuł się złamanym i bezsilnym. Uśmiech mu usta blade wykrzywił; zmógł się na ostatek mocy i poruszył, oparłszy na mieczu. Powolnym krokiem począł się sunąć, nie wiedząc dokąd go doprowadzi dalsza nocna ucieczka. Bojowe krzyki, hasła, nawoływania, wszystko ucichło. Las tylko szumiał mu nad głową i wiatr czasami przerzynał się przez gałęzie, jakby duchy w polocie uderzyły o nie.
Wigman już nie miał ocalenia życia nadziei, ale cześć swą rycerską ocalił, miecza nie pozbył, z ran płynęła krew, lecz do niewoli się nie dostał. Chciał pomodlić się i skonać gdzieś spokojnie, chciał... sam już nie wiedział czego. Instynkt jakiś kazał mu szukać przytułku. Wlókł się więc lasem, trzymając skraju jego, podpierając na skrwawionym mieczu, myśląc o Hattonie, którego ciało zostało bez chrześciańskiego pogrzebu.
Myśliwy i wojak, trochę znał niebo i gwiazdy, bo się po nocach nieraz przez puszcze przedzierał. Na niebie wóz północny wskazywał mu zbliżanie się poranku, ku wschodowi blada łuna poprzedzająca dzień już się zarysowywała. Nie wiedząc dokąd, szedł daléj Wigman, niekiedy odpoczywając przy drzewach, gdy w dali na wybrzeżu lasu zdało mu się, że ujrzał zagrodę. Zbliżając się rozpoznał w istocie wysokie ostrokoły, które ją otaczały, dach okryty dranicami, drewniany dymnik i żuraw studni.
Pragnienie go paliło.
Około chaty cisza panowała i nierychło, gdy się ku niéj zbliżał, psy ujadać zaczęły. Głos ten był mu prawie miłym, zwiastował ludzi... mógł się ktoś znaleść litościwy.
Wigman stanął u wrót zamkniętych, z których drugiéj strony zebrane psy wrzawę nań ogromną podniosły. Skrzypnęły drzwi chaty i wyszedł człowiek. Dniało już, mógł więc dojrzéć tę postać olbrzymią, która się wnijścia dopraszała milcząc.
Chata była słowiańskiego ubogiego ziemianina, jak wszystkie stojące otworem dla każdego proszącego o schronienie. Gościnność była u słowian prawem, z którego i wroga nie wyjmowano.
Z siermięgą narzuconą na plecy wyszedł milczący gospodarz otworzyć wrota. Spojrzał na okrwawionego rycerza, poznał w nim niemca i nic nie mówiąc poprowadził za sobą. Psy zdala idąc za nim ujadały i wyły.
Słaniając się przywlókł Wigman do wnętrza chaty, gdzie już od węgli w ognisku zapalono łuczywo, obejrzał tylko i rzucił na ławę. Krew po nim ciekła, wyglądał straszno i gospodarz ujrzawszy go, ręce załamał.
Podparty na stole niemiec spoczywał, ręką tylko wskazał, że ma pragnienie. Przyniesiono mu wody.
Gdy się to działo w chacie, a psy się jeszcze uspokoić nie mogły, na podwórku wrzawa powstała.
Wigman usłyszawszy ją, słabą ręką porwał za miecz, który przy sobie postawił; chciał wstać, ale sił już nie miał.
W tém w progu chaty zjawili się ścigający niedobitków po lesie Mieszkowi ludzie, kilku prostych ciurów. Od progu téż dał się słyszeć krzyk radosny; mieli go nakoniec w ręku.
Z podniesionemi pałkami i oszczepami poczęli się cisnąć otaczając Wigmana, który miecz podniósłszy z za stołu, groził im jeszcze.
Naczelnik wołał, aby się poddał.
— Ja? wam?.. nigdy!.. niech tu przyjdzie wasz kneź sam, tylko jemu jednemu miecz oddam... a nie, bronić się będę do ostatniego tchu i kropli krwi... Precz, hałastro!..
Na chwilę wstrzymali się ludzie, lecz wnet poczęli znowu naciskać, i jeden z nich pałką się na Wigmana zamierzył który oburącz miecz chwyciwszy i pałkę odbił i rękę zakrwawił.
Ta rozpaczliwa obrona wstrzymała napaść. Nie było potrzeby nieszczęśliwego dobijać, który cały krwią był okryty i chwiał się na nogach; poczęto szukać starszego i słać za Sydbórem, który był blisko. Mieszkowi żołnierze zostali tak w pewném oddaleniu, szanując nieszczęście w człowieku, którego chwile były policzone.
Wigman słabł widocznie, lecz oczy mu jeszcze świeciły groźnie i twarzą zdawał się napastnikom urągać.
Trwało to chwilę, gdy Sydbór nadbiegł spiesznie, przebił się przez kupkę ludzi i stanął naprzeci[3] Wigmana.
— Poddaj się, lub zginiesz!..
— Ktoś ty? — zapytał comes.
— Brat Mieszka.
Nastąpiło milczenie. Wigman popatrzył na swój miecz oblany krwią, chwycił go za ostrze i rękojeścią wyciągnął do Sydbóra. Oczy mu znowu zapałały dziko i wargi się zatrzęsły.
— Oddaj ten miecz zwyciężonego Wigmana panu swojemu — rzekł — i powiedz mu, niech go odeśle przyjacielowi swojemu cesarzowi, Otto wdzięczen mu będzie za to... i wynagrodzi go pewnie...
Gdy Sydbór wpatrując się w niego ciekawie stał miecz biorąc, Wigman szepnął.
— Dajże mi umrzeć spokojnie...
I jak stał za stołem, posunąwszy go jeszcze, padł na kolana na ziemię, złożył ręce i głośno po niemiecku modlić się zaczął.
W téj przedśmiertnéj modlitwie było coś tak przejmującego, że ludzie wszyscy ustąpili się z trwogą i poszanowaniem od niego. On nie widział już ich i nikogo, modlił się gorąco... Ze krwią razem płynęły mu łzy, a z ust dobywały się niezrozumiałe wyrazy i głębokie westchnienia; kilkakroć dłonią okrwawioną uderzył się w piersi, potém czoło sparł na skrzyżowanych dłoniach, zasłonił oczy, jak ci rzymscy gladiatorowie, co rzucali na twarz kraj szaty, aby się nie wydać z bolu wyrazem... nie widać było nic, tylko drżące dłonie i zbielałe czoło. Zsunął się powoli na ławę i skonał.
Tam gdzie siedział i klęczał, stała kałuża krwi skrzepłéj.
Sydbór i wszyscy świadkowie téj śmierci długo stali, wpatrując się w nieszczęśliwego. Dzień się robił coraz jaśniejszy i do chaty zaglądał już, gdy zatętniło i kneź Mieszko z drużyną podjechał pod zagrodę. Wybiegł Sydbór miecz Wigmana niosąc i winszując mu zwycięztwa.
Wolińcy byli na głowę pobici, poszli w rozsypkę i mnogim trupem usłali pobojowisko, najniebezpieczniejszy z nieprzyjaciół, Wigman, nie żył.
Mieszko wszedł spojrzéć tylko na trupa, zmierzył oczyma tę dumną, nawet w chwili zgonu postać i nie rzekłszy słowa, chatę opuścił, nakazując pogrzeb przystojny nieprzyjacielowi.
Wkrótce około zagrody zbierać się zaczęły rozproszone oddziały, które przez całą noc ścigały uchodzących. Ziemko i Hłaska polegli oba, zwycięztwo było zupełne i na długo trwogą napełnić mogło nad-odrzańców.
Czesi i polany zebrali się tu znowu, znosząc łupy i obliczając swe straty, które bardzo szczupłe były. Zdobyczy nie wzięto wielkiéj, oprócz silnego niewolnika a niewiele wartego uzbrojenia.
Tu odpocząwszy nieco kneź zdał dowództwo Sydbórowi, napowrót ciągnąć mu każąc do Poznania, a sam w kilkanaście koni tylko puścił się przodem, zabrawszy z sobą Wigmanów miecz, jako zwycięztwa swojego pamiątkę.
Tak skończył niespokojny ów warchoł, który z Geronem razem napadał naprzód polan, potém na nich wiódł wolińców, wojował za cesarza i przeciw niemu, ze słowiany i na słowian... i nigdzie nie znalazłszy spokoju, musiał umrzeć, aby przestać mącić go drugim.
Naprzeciw zagrody słowiańskiéj usypano mogiłę comesowi, na któréj krzyża nie było komu postawić.
Cesarz dowiedziawszy się o tém z pogranicza, nie rzekł nic, żal mu go było może.
Nazajutrz w Regensburgu uroczyste za duszę grafa odprawiono nabożeństwo.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Hatton.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku;brak przecinka.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – naprzeciw.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.