Lubonie/Tom II/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Lubonie
Podtytuł Powieść z X wieku
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1876
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



X.



Jak niegdyś ojciec Własta przyjmował na Krasnéjgórze swych powinowatych i sąsiadów, gdy mu syn powrócił — teraz jesienią O. Matja na dzień Wszystkich Świętych, zaprosił chrześcian nawróconych do siebie, aby z nim razem nabożeństwo i skromną odprawili biesiadę, nie potrzebował się on taić ze swą wiarą, która codzień jawniéj po całym kraju występowała; ustały nawet nadzwyczajne ostrożności, gdyż nie zdawało się, ażeby gorliwsi bałwochwalstwa wyznawcy, śmieli się porwać na chrześcian, do których kniehini, znaczna część dworu jawnie, a kneź téż, choć nie ogłaszając się z tém, należał.
Bałwochwalstwo ustępowało milczące; strwożone, ale się tuliło uparte tam, gdzie je dosięgnąć było najtrudniéj... w lasy i niedostępne uroczyska.
Tu, kto z nowych apostołów śmiał się puścić, niosąc krzyż i ewangelią, znajdował opór tak groźny, iż życie unosząc, uchodzić musiał. Gdy w pobliżu grodów, już wszystkie na drogach bałwany, oznaki pogaństwa, poobalano — daléj w lasach strzeżone były pilnie i żadna ich ręka nie tknęła.
Gromady starców, bab, parobków w pałki pouzbrajanych, obsiadły brzegi świętych strumieni, rozdroża, dęby, i przystępu do nich broniły.
W lasach między Gnieznem a Poznaniem — na miejscu wywróconych bogów, kryjomo stawiano krzyże, ale nazajutrz znajdowano je połamane i popalone.
Nigdzie do téj walki nie występowano jawnie, a jednak nie ustawała ona ciągnąc się nieprzerwanie... Chrześciaństwo zyskiwało wyznawców — bałwochwalcy coraz się do rozpaczliwszéj pobudzali obrony...
Dom Własta, do którego oprócz nowych chrześcian, nikt prawie nie zaglądał, przybrał postać nową i wszystkie oznaki, jakie mieszkania chrześcian na zachodzie odróżniały.
Znikły dawne uzbrojenia, rynsztunki, łuki i tarcze, które Jarmierz pochował do komor.
O. Matia uczynił klasztor niemal ze swojego dworu. Sam teraz przywdział ciemną suknię podobną do tych, które nosili synowie Św. Benedykta na Monte Cassino, u których czas jakiś przebywał — a izby przybrał jak cele klasztorne w wizerunki zbawiciela, w bizantskie obrazki matki jego, w krzyże i godła wiary swojéj. U każdych drzwi wisiała przybita kropielnica... a kaplica coraz nowemi zbogacana nabytkami, świeciła kosztownym sprzętem i bogatemi aparatami. Ołtarz umajały kwiaty... zmieniane codzień. Przed nim O. Matia, modlił się za duszę ojca i za nawrócenie kraju, którego miłość była dlań pobudką nieustannego apostolstwa.
On i ks. Jordan, kilku czechów, którzy im pomagali, nauczali codziennie gromady tych, co już chrzest przyjąwszy, na pół jeszcze bałwochwalcami pozostali. Wielu tu wiarę jak szatę nową wdziewało obojętnie, a żyło starym obyczajem, usiłując z sobą pogodzić nieodżałowaną przeszłość, z nieuniknioną przyszłością.
Hoża już także z rąk brata przyjęła chrzest i zwała się Hanną, Jarmierz wziął imię Andrzeja, ślub połączył tę parę, którą Włast uczynił u siebie gospodarzami; lecz i z temi najbliższemi téż same miał trudności O. Matia co z obcemi. Powoli krzewiła się wiara, nie łatwo przyswajano jéj obowiązki.
Jesień już późna, na uroczysty ten dzień wszystkich świętych, obdarzyła niezwykłém ciepłem i pogodą. Pajęczyny jedwabne rozścielały się po polach, na drzewach ostatki liści pożółkłych jeszcze się trzymały, zasiane żyta już zdawały się wiosny obietnicą, tak zieleniały bujno.
Lekki przymrozek posrebrzył je tego rana.
We dworze już przed brzaskiem było wszystko w ruchu, pieczono i warzono dla gości, ustawiano stoły po izbach i w szopce... bo się spodziewano wielu. Włast z dawnych tradycyi, która się dobrze godziły z chrześciańską nauką, zachował gościnność polańską dla wszystkich. Każdy kto do drzwi jego zapukał, przyjętym był, choćby zresztą i do chrześcian nie należał. Jałmużnę rozdawano obficie.
Rano, razem z gośćmi dalszémi, przybył ks. Jordan z zamku, i dwaj czescy kapłani... przysposabiano się do mszy, a tymczasem coraz ktoś nadciągał nowy. Byli to po większéj części nawróceni żupani i kmiecie, ale i uboższego ludu przychodziły nieśmiałe gromadki. Większa część przybywszy, jako znak na piersiach zawieszała krzyżyk przy chrzcie dany, który najczęściéj jedną był w nich chrześciaństwa cechą.
Mała kapliczka nie mogła pomieścić przychodzących, lecz ołtarz stał naprzeciw otwartego okna, tak, że z podwórza przy nim widzieć było można kapłana, i tu ustawiały się téż szeregi. Tymczasem Jarmierz ze służbą przysposabiał stoły, chleb i przyjęcie.
Chrześciańska ta nowa społeczność powierzchownie się jeszcze nie różniła niczém od dawnéj pogańskiéj; szaty, oręże, wszystko zostało toż same, tylko łagodniejsze już widać było oblicza, i ciszéj sprawiali się zbrojni goście.
Przed południem, gdy już i podwórko i izby pełne były, samych prawie mężczyzn, ks. Jordan z dwoma duchownemi, wyszedł przed ołtarz ubogi ze mszą świętą. Cisza uroczysta zaległa do koła. Większa część tych chrześcian nie wiele modlitw umiała... modlono się duchem tylko, dopiero gdy po ofierze rozpoczęto litanią, cała gromadka powtarzać zaczęła głośno — zmiłuj się i módl się za nami.
Może, jak opowiada o innych słowianach Dytmar, że — kiryeelejson — przez nieświadomość przekręcali na — Ukra-olsza (u krzaku olszyna), tak i tu niejeden słów nie rozumiał, lub odmienił, lecz sama chęć starczyła ubogim na duchu za modlitwę.
Nabożeństwo odbyło się wśród ciszy poważnie i musiało radować apostołów, widzących już owoce swojego trudu. Z promieniejącą twarzą pomodliwszy się u ołtarza, O. Matia zdejmował białą komżę i miał spieszyć do gości, gdy Jarmierz wpadł dając mu znać, że od Poznania widać ciągnący orszak, w którym się domyślano knezia...
Wyszedłszy przed wrota, w istocie ujrzał Włast kilkanaście koni, które się zwolna ku dworowi zbliżały, a na ich czele mężczyznę, i dorodną niewiastę... Za niemi szły psy, a chłopak obok niósł na ręku sokoła.
Wyjechali więc na łowy, a Krasnagóra znalazła się na drodze — wypadkiem — czy do niéj zboczyli umyślnie?? Włast został przy wrotach, aby na wypadek odwiedzin pańskich powitać go z czołobitnością należną...
Gdy się jadący zbliżyli, łatwo już było rozpoznać wesołe knezia oblicze i swobodną zawsze twarz Dubrawki, która dotąd wianka dziewiczego zrzucić nie chciała, i teraz téż w nim jechała uśmiechając się to mężowi, to wesołéj okolicy. Zdala już kneź skinął na Własta i podjechawszy do wrót, stanął.
— Dziwne sprawy — zawołał — u was zawsze widzę gody! Zastałem je niegdy tu u ojca waszego, a oto i syn także biesiaduje i gości ściąga.
Kneź popatrzył na stojących w podwórzu, którzy mu się nizko kłaniali. Dubrawka rozglądając się téż, dostrzegła przez otwarte okno ołtarz i krzyż i przeżegnała pokornie.
— Co to u was dziś — wesele czy urodziny? spytał Kneź.
— Święto — odparł duchowny ks. Jordan — pamiątka tych wszystkich, co za wiarę cierpieli, i co się dla niéj zasłużyli — a jutro, obchodzić będziemy dzień zmarłych.
Kneź głową pokiwał tylko, jakby o tém mowy unikał, był bowiem nie bardzo jeszcze świadom obyczaju nowego i z ks. Jordanem często odzywając się, miewał o to spory... bo mu się trafiały dziwne sądy i pytania. Przy ludziach więc Mieszko wolał nie mówić, aby się na poprawki nieubłaganego kapłana nie narażać.
Włast ośmielił się poprosić, aby kneź i kniehini zsiedli i odpoczęli.
— Nie mam ja czasu — rzekł kneź - ze psy i sokoły, jedziemy sobie do Gniezna. Zamiast tu pozostać, ja gościa jeszcze zabiorę... Ks. Jordan mi potrzebny, pojedzie ze mną — ale kubek miodu mi dajcie — wypiję.
I tak na koniu siedząc, Mieszko rozglądając się ciągle, miód podany wychylił — kniehini téż drugi przyniesiono, i nie odtrąciła go. Śmiejąc się, przyłożyła do ust rumianych. Tymczasem już dla ks. Jordana konia wyprowadzano, i cały ten orszak, jak przybył zwolna, tak odciągnął nie spiesząc ku lasom. Ludzie stojąc długo za nim patrzali.
Ks. Jordan w orszaku pańskim jechał milczący modlił się, nie wiedząc spełna na co był w podróży i Gnieźnie potrzebny, lecz wszędzie i zawsze miał wiele do czynienia. Parę razy puszczono psy, raz czy dwa razy sokół się zerwał, ale łowy nie szły, co ks. Jordan świątecznemu dniowi przypisywał, ale dla nowo nawróconych w wielu rzeczach trzeba było być pobłażającym.
Przez cały dzień, polami i lasami podróż do nocy się przeciągnęła i już dobrze zmierzchało, gdy osada nad jeziorem z grodem na Lechowéj górze się ukazała. Znaczną przestrzeń zalegało miasteczko nad brzegiem, z drzewa pobudowane całe, ale czyste i zamożne. Dworki świeciły ścianami malowanemi, i wyrzynanemi słupkami.
Rzemieślników było tu prawie tyle co w Poznaniu i tyleż wojska... w części na grodzie, i w chatach około niego pomieszczonego. Na górze opasany wałem, a z jednéj strony wodą oblany stał gród książęcy stary, drewniany jak wszystkie ówczesne słowian, jak większa część budowli w niemczech nawet. Wśród niego widać było szarą, na wysokich słupach stojącą kontynę pogańską, z dachem czerwono malowanym. Na najwyższym jéj szczycie, wycięty z drzewa potwór jakiś się unosił.
Tuż były domostwa książęce obszerne, podobne do tych, co stały nad Cybiną, starsze od nich może, w tenże sposób przyozdobione.
Ale tu krasne malowania i dawne barwy wypełzły i słupy a ściany jednako szaro wyglądały a posępnie. Sydbór wyszedł pieszo do bramy naprzeciw brata, ciesząc się z jego przybycia. Musiał się go spodziewać, bo nietylko stoły czekały nakryte, ale gromada ziemian w podwórzu z odkrytemi głowy. Pomiędzy dworem a kontyną leżały stosy kamieni zwiezionych świeżo. Za starszyzną u ściany widać było ludzi obcych twarzy, którzy téż zdawali się tu oczekiwać na Mieszka i ciekawie mu się przypatrywali.
I on i Dubrawka zsiedli z koni pokłonami witani aż do ziemi — lecz zamiast iść do dworu, Mieszko poszedł z ks. Jordanem ku kontynie, dokoła ją okrążył, obejrzał się po podworcach, nic nie rzekł, i wszedł wróciwszy do izby biesiadnéj.
Mieszkanie to było nizkie, okopcone, proste i niczém nie ozdobne, tak jak z Piastowych czasów zostało... Ławy do koła, stoły na krzyżowych podporach, podłoga z opółków, zielonym kosaćcem posypana. Przez pootwierane drzwi, widać było izby dalsze, do pierwszéj podobne.
Mieszko się obejrzał z pewném uszanowaniem po dworze. U głównego stołu stały już gotowe dwa siedzenia, a przed niemi naczynia srebrne... i misy, lecz nie siadł kneź jeszcze i rzekł do żony...
— Pokłonić się nam trzeba wprzód... duchowi tego gospodarza, co tu pierwszy ze krwi naszéj gościł.
I szedł potém prowadząc żonę, a Sydbór jakby domyśliwszy się, poprzedzał ich przez izby i komory. I obeszli tak całą połać jedną grodu, aż do drzwi, które stały zaparte. Sydbór je otworzył...
Komora była niewielka, podobna do świetlicy w ubogiéj chacie. Ława i stół w niéj tylko... Naprzeciw wnijścia na ścianie, oponą bogatą, jak królewska szata, wisiało coś osłonionego.
Mieszko widocznie wzruszony kołpak zdjął z głowy, a Sydbór na dany znak, przystąpiwszy do ściany, oponę zwolna odgarnął.
Spodziewała się może kniehini ujrzeć jakieś bogactwa, lub coś nadzwyczajnego... U ściany wisiała prosta szara siermięga, lipowe kurpie i kobiałka, a pod niemi stał ul pusty.
— Miłościwa pani — odezwał się Mieszko — Piastowa to pradziadowa kmieca odzież, od któréj go wzięto na stolicę... Nam ją wnukom zostawił, abyśmy nasz początek i wyjście pomnieli.
To mówiąc, ujął w ręce kraj staréj szaty i pocałował ją kneź, a za nim Sydbór — Dubrawka stała nieco opodal.
— Nie zachowali my na Hradszynie Przemysławowego pługa — miły panie, ale Piastowa siermięga i ul na równi z nim w pamięci wnuków zostaną.
Sydbór zasłonę ściągnął — Mieszko wyszedł smutny. To wspomnienie przeszłości było dlań może wyrzutem w chwili, gdy mu się zdawało, że ją zdradził, i że się jéj wyrzekał. Zawahał się czując chwilę stanowczą nadchodzącą.
Dubrawka zdawała się myśli odgadywać, i gdy do izby dochodzili, w któréj starszyzna czekała, zaledwie mrucząc po cichu — odezwała się do knezia...
— Szkoda żeście z sobą do téj komory, nie wzięli ks. Jordana — niechby ową siermięgę święconą wodą pokropił — a lżéjby na sercu wam było...
Wchodzili już do izby, witani znowu pokłonami nizkiemi... a że mrok był, pacholęta wniosły pochodnie i uczta się rozpoczęła.
Nie było niewiasty nad Dubrawkę milszéj, gdy gośćmi otoczona, wesele w nich i dobrą myśl dostrzegła. Naówczas śmiały się jéj usta i oczy, i pobudzała drugich, wyzywała, a ochoty dodawała. Nikt u niéj czoła pochmurnego nie widział, ani ponuréj twarzy, przez co i drudzy się téż ożywiali i ośmielali.
Umiał kto pieśni, kazała spiewać, proszono ją, chętnie nuciła swoje czeskie stare, w których ludzie, jakby zapomniane swoje własne znajdowali. Czyniły one takie wrażenie u polan — jak gdyby je kiedyś w dzieciństwie — czy na drugim świecie jakimś słyszeli... a teraz je dopiero sobie przypominali. Gdy nad Wełtawą pieśń przezimowała ciężkie lata i z wiosną się obudziła — tu — nad Wartą i Wisłą, zmroził ją jakiś podmuch — czy wyżegła wojna...
W wielkiéj izbie wesoło było dziwnie... ale Mieszko siedział smutny... czy mu na oczach stała Piastowa siermięga, czy Wigmanowa śmierć — czy to co jutro przyjść miało.
Przez otwarte okna coraz to się dawał słyszeć trzask jakiś dziwny, na który nikt może nie zważał, oprócz Mieszka. Ile razy doszedł uszu jego, kneź się wstrząsnął, popijał, a oczyma wodził jakby przestraszonemi.
Gdy tu biesiadowano wesoło, w podworcu działo się, na co ludzie stojący na wałach dokoła, z przerażeniem patrzali.
Kupka obcych jakichś, którą kneź wysłał przodem, przystąpiła do staréj kontyny. — We drzwiach jéj stało dwu dziadów na kijach opartych. Starszyzna jakiś odezwał się do nich.
— Idźcie sobie starzy, nie macie tu już co robić, ni czego strzedz. Skarb wzięty na dworzec, a chramowi przyszła ostatnia godzina.
Dwaj dziadowie posłuchali jakby nie rozumieli, spojrzeli potém po sobie, i milcząc, weszli do środka. Za zasłonami stał stary drewniany kloc, podobny do jakiéjś nieforemnéj człowieczéj postaci, obwieszany blachami i kawałkami zbroi. Z jednéj strony przymocowana była dzida, z drugiéj tarcza bogata. U nóg posągu stały ofiarne naczynia.
Dziadowie przyszli do stóp posągu i posiadali na ziemi.
Człowiek, który ustąpić im kazał, poszedł powoli w ślad za niemi.
— Ustąpić! — zawołał — rozkaz knezia, idźcie ztąd, nie macie tu nic już do roboty.
Starcy ze spuszczonemi głowy, nie odezwali się z żadną odpowiedzią. Ten, co ich chciał wygnać ztąd, poczekawszy nieco, zniecierpliwiony jednego z nich za ramię chwycił i szarpnął. Dziad się pochylił, starał oprzéć, obalił, podniósł i siadł znowu. Łajanie, groźby, nie pomagało nic. Musiał wyjść i ludzi zawołać, którzy do starych się zbliżywszy, gdy inaczéj wyprzeć ich ztąd nie było podobna, musieli za bary pochwycić i mimo oporu wyrzucić za drzwi kontyny. Lecz zaledwie wypchnięci, oba wrócili i pokładali się przy posągu. Wyciągnięto ich raz jeszcze i związanych zaprowadzono gdzieś za dworzec. Na wałach jak mur stali ludzie milczący, patrzali mimo ciemnéj nocy i ktoby był usłyszeć mógł głosy, co z tamtąd płynąc, z wrzawą biesiadną się mięszały, rozeznałby w nich jęki i płacze, ale ciche i stłumione...
Co się działo wewnątrz kontyny, nie widział nikt, wynoszono z niéj, wytaczano, zabierano sprzętu resztę. Słychać było jak się darły zasłony i słupy nagie stanęły, a na przestrzał pod dachem, szopa pusta. W tém głuche uderzenia siekier słyszeć się dały, a każde z nich odezwało się w sercach tych, co tam na wałach stali. I biły siekiery długo, podrębywały do koła, a na niebie czarny dach chramu zdało się zadrżał, chylił, chwiał — po tém, odskoczyli ludzie, cała budowa stara z trzaskiem wielkim runęła na ziemię. Głośniejszy jeszcze od niego był jęk, który przebiegł po wałach. Świat się to walił stary. Ludzie oczy pozakrywali i płakali.
Ze dworca, mimo łomu tego i wrzawy, nikt nie wyszedł, pachołkowie z zewnątrz zasuwali okiennice. Została kupa rumowiska, w któréj gdzieniegdzie jeszcze coś chrupnęło, obsunęło się głębiéj i zapadło.
Ludzie długo nie przystępowali do téj ruiny, lecz wskazał starszy z boku i rozpoczęła się szybka robota. Chwytano i wyciągano belki, rozrąbywano krokwie, wleczono słupy, oczyszczano miejsce na którém stała kontyna. Parobcy zwołani dźwigali to i składali na kupę pod wałami, które gromady ludu zalegały. Nie ruszał się nikt zrazu, po tém w mroku jak mrówki zaczęli się tłumem spuszczać ludzie z okopów i unosić te szczątki. Ledwie się to rozpoczęło, w mgnieniu oka posypali się z innych stron drudzy, i belki, słupy, resztki dachu, wszystko co zostało, nikło. Tysiące rąk podawało sobie te pokruszone części chramu, które gdzieś w ciemnościach nocy tonęły.
Tylko na wałach, w cichych gromadach ruch się wziął jakiś, pospieszny, gorączkowy, nieustanny. Jedni na dół się spuszczali, drudzy pędzili do góry, mijając się w milczeniu. Straż i ci, co znosili drzewo, chcieli się opierać téj kradzieży. — Tłum ich milczący nacisnął, otoczył, skupił się, objął tak, że z trudnością wyzwolić się potrafili. Z wałów stoczyli się ludzie ci niemi, ku rumowisku i wprost z niego chwytali unosząc co leżało jeszcze. Wyparci obcy, którzy obalili chram, musieli milczący i bezczynni pozostać na boku, nie śmiejąc się już ruszyć. Z rąk im wyrywano drzewo odpychając, krzyczeć i wołać pomocy nie chcieli, ustąpili więc, czekając aż rabunek się skończy.
Stos się zmniejszał w mgnieniu oka, najcięższe kłody wysuwały się w ciemności gdzieś i przepadały w nich. Została kupka kamieni tylko i te potoczyły się ku wałom, nareszcie poruszona ziemia, węgle i trzaski okrywały plac i tłum z wałów odpływać począł.
Małe kupki gdzieniegdzie widać było zdala, po tém nikogo więcéj. Stary chram zniknął bez śladu.
Gdy po długiéj uczcie wyszła starszyzna z dworca, rozgrzana miodem i rozradowana przyjęciem, wszyscy stanęli oniemieli na widok pustéj przestrzeni, gdzie przed niewielą godzinami jeszcze stał chram stary. Spojrzeli po sobie długo, milcząco i cicho rozchodzić się zaczęli.
Po wałach czuwały zbrojne straże i wszystek lud wojenny gotowy był jakby nazajutrz wybierano się na wyprawę. Noc przeszła na czuwaniu w grodzie i mieście, tylko Mieszko legł spać, nie troszcząc się o nic. Do dnia, już był na nogach. Ze dworca wychodził on, Dubrawka, Sydbór i ks. Jordan w białéj sukience, włożonéj na czarną, którą zwykle nosił. Za nim chłopak dźwigał naczynie z wodą spiżowe.
Mieszko wyszedłszy z dworca, oczyma potoczył do koła. Świątyni dawnéj nie było ani szczątka, znikło nawet to z czego była zbudowana. — Noc, jakby cudem uprzątnęła miejsce, zmiotła okruchy nawet, tylko świeżo ruszona ziemia znaczyła plac, gdzie niegdyś stał chram Jessego.
Wolnym krokiem zbliżyli się wszyscy ku miejscu, które już ks. Jordan przodem pospieszając, kropił wodą święconą. Kneź się obejrzał do koła. Na grodzie nie było nikogo, prócz zbrojnych ludzi i dworu.
Obcy człek z odkrytą głową zbliżył się pokornie, w ręku trzymając miarę. Za nim postępowało kilku pomocników. Razem z ks. Jordanem poszli odmierzać plac i zakreślili na nim wielki krzyż, który białemi kołkami wytknięty, zdala był widoczny.
Godło zbawienia leżało w rozmiarach olbrzymich, na poświęconém miejscu, a Dubrawka przeżegnawszy się, wskazała środek krzyża.
— Tu będzie mój grób! — rzekła.
Mieszko milczał.
Odstąpili wracając ku dworowi, gdy do knezia zbliżył się jeden z jego komorników.
— Miłościwy panie — odezwał się cicho[1] — Dwaj starzy od chramu leżą powiązani, co zrobić każecie z niemi. Wczoraj bronili przystępu, nie można było ich odegnać.
Kneź milczał, zniżył głos, obejrzał się ku księdzu i żonie, jakby się lękał, aby go nie posłyszeli...
— Weźmijcie ich na wóz! nakryjcie słomą, wywieźcie gdzie do lasu na uroczysko i wyrzućcie. Odwrócił się szybko, nie wesoło mu z oczów patrzało.
Dubrawka przyszła i rękę położyła na ramieniu.
— Panie mój miłościwy — radować się i cieszyć macie, boście wielkiego dokonali dzieła.
— Nie dokonaliśmy go jeszcze — szepnął Mieszko — nie dokonali a już boli, cóż będzie, gdy się spełni.
— Wówczas boleć przestanie — dodała Dubrawka śmiało — a im prędzéj to uczynicie, będzie lepiéj.
Kneź swoim zwyczajem nie odpowiadając nic, na Sydbóra spojrzał, który także stał na pół wystraszony, pół smutny, weszli obaj do dworca.
Na owym rozpiętym krzyżu, który wodą pokropił święconą, klęczał ks. Jordan i modlił się. Nie obchodziło go to wcale, iż ludzie, poganie w wielkiéj części, patrzali nań z podziwem i zabobonną trwogą. Ta modlitwa dziękczynna była potrzebą jego duszy, od któréj się powstrzymać nie mógł. Z rękami zaciśniętemi, oczyma wlepionémi w ziemię na któréj klęczał, modlił się płacząc, jakby chciał wszelkie nieszczęścia od tego poświęconego przez się miejsca odegnać i sprowadzić nań błogosławieństwo Boże, po wiek wieków.
Tymczasem obcy ludzie co mierzyli i wytykali jakby zagrzani jakimś zapałem, ruszyli się ku stosom przygotowanych kamieni, drudzy już z łopatami stali, gotowi kopać. Ks. Jordan klęczał jeszcze. Gdy wstał i pobłogosławił na cztéry strony plac, dano znak i dokoła posypała się ziemia. Mieszko i Dubrawka już odjeżdżali, ks. Jordan téż z niemi, Sydbór przeprowadzał brata.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki lub następny wyraz (Dwaj) winien być małą literą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.