Lubonie/Tom I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Lubonie‎ | Tom I
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Lubonie
Podtytuł Powieść z X wieku
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1876
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



IX.



Niczém było przyjęcie dnia pierwszego obok tego, co nazajutrz zgotowaném było. Trzeciego potém rana Mieszko się nazad wybierać począł, stary kneź więc niewiele miał czasu na pochwalenie się ze swém bogactwem, mocą i gościnnością. Gościowi téż niewiele godzin zostawało, by zamiar powzięty doprowadzić do skutku. Myśl zaślubienia Dubrawki, z którą z domu wyjechał, musiała lub być porzuconą, albo stanowczo objawioną. Dobrosław wieczorem jeszcze wysłany został z prośbą o rękę kniehini.
Przeczuwał ją, albo raczéj wiedział o niéj zawczasu Bolesław, ale zbył posła odraczając do jutra.
Jak świt powołał kneź do siebie ojca duchownego, świątobliwego kapłana Prokopa. Nie zajmował on żadnego widocznego w hierarchii duchownéj i wyższego stanowiska, bo go nie pragnął. Apostołował, modlił się i wiódł życie ascety, zamknięty w ciasnéj celce na zamku. Resztki dawnéj wiary po całych jeszcze Czechach, pod rozmaitemi postaciami się kryjące, trzebił kapłan niezmordowany, nauczał, nawracał, gromił, a miał tę apostolską odwagę, iż potędze ziemskiéj z prawdą wiekuistą odważnie stawał w oczy. — Sam Bolko, któremu nieraz inni ulegali duchowni, a któremu ks. Prokop mówił prawdę śmiało, szanować go musiał i upokarzać się przed nim. Grubą suknią z prostego sukna odziany, w obuwiu wieśniaczém, z twarzą wychudłą i ogorzałą, z głową przedwcześnie osiwioną i wypełzłą, mąż boży stanął przed starym księciem ze spokojem ducha, który go nigdy nie opuszczał.
— Ojcze mój — odezwał się kneź żywo — rady twéj potrzebuję.
Starzec skłonił głowę w milczeniu, mówił zwykle mało.
— Wiecie kogo mam gościem?
— Poganina upartego i żyjącego w grzechu —[1]
— Tak jest... ażaliż nie byłoby zasługą dla mnie i rodu mojego, gdyby przezeń on i naród jego na wiarę świętą Chrystusową się nawrócił...
— Dałby to miłościwy Bóg! — zawołał Prokop ręce podnosząc do góry i oczy wlepił w starca.
— Mieszko prosi o Dubrawkę za żonę...
— Ze chrztem razem... — dodał ksiądz.
— Nie odmawia go on... lecz z pogany swemi musi się wprzódy zabezpieczyć... Mam mu ją dać?
— Jeżeli przez nią światło i zbawienie wnijdzie na te kraje... a! dlaczegóżbyście dziecka dla Boga poświęcić nie mieli? Daliście mu już jednego syna i córkę... dajcie drugą, a przebłagacie gniew i pomstę Bożą...
— Dziecka nie chciałbym zmuszać — odezwał się kneź — jedno mi pozostało! jedno tylko!.. Idźcie ojcze mój, przygotujcie ją, ośmielcie, a gdy to uczynicie, ślijcie ją do mnie.
Ksiądz Prokop wyszedł natychmiast. Kneź pozostał sam, w oknie sypialni siedząc. Ztąd widok był na obszerny podwórzec, a na nim już młodzież się uganiała z oszczepami, wśród któréj Bolko i Mieszko téż zabawiali się.
Lat niemal trzydzieści ubiegło od pamiętnego poranku dnia śś. Kuzmy[2] i Damjana, gdy pobożny Wacesław także o świcie gonitwy sprawiał przedśmiertne... Widok téj zabawy przypomniał Bolkowi brata, teraz, znowu i drgnął!.. Pokuta, ofiary, żal, wszystko to jeszcze zatrzeć nie mogło pamięci tego strasznego poranka. Łzy mu popłynęły z oczów i dłonie zwarły boleśnie. Drżącemi wargami począł odmawiać modlitwę, a wlepione w podwórzec oczy nie widziały już nic.
I nie czuł ani wiedział, ile czasu upłynęło od wyjścia ks. Prokopa, gdy drzwi się otworzyły i Dubrawka, już strojna, cała we wstęgach, łańcuchach i kolcach, z twarzą rozpromienioną, weszła do izby ojcowskiéj, przypadając do ręki starego, która się ku niéj wyciągnęła.
Zdziwił się widząc ją tak wesołą, a uląkł niemal, że Prokop powiedzieć chyba jéj nie śmiał, z czém go posłał.
Kniehini się uśmiechając patrzała nań śmiało.
— Dubrawka — rzekł kneź — a widzieliście Prokopa?
— Idę od niego miłościwy ojcze i panie.
— Mówił on z wami?..
Dubrawka pokraśniała spuszczając zrazu oczy, potém nagle je na ojca podniosła.
— Mówił...
— Cóż wy na to? czy chętnie pójdziecie niosąc krzyż między pogany?..
— Chętnie... z ochotą! tak! — zawołała Dubrawka — czuję w tém rozkaz Boży...
— I nie masz obawy?
— O! nie! — śmiejąc się zawołała Dubrawka — mam odwagi dosyć. Kneź Mieszko strasznym mi się nie wydaje...
Bolko widząc, z jaką łatwością córka wybierała się go porzucić, rozstać z rodzeństwem, iść w nieznany kraj, na losy niepewne, uląkł się niemal i posmutniał.
— A nie żal ci będzie Hradszyna i Pragi? — zawołał — i mnie ojca starego i siostry i braci?..
— O! żal, okrutny żal!.. — przerwała Dubrawka — ale nie mówionoż nam, iż przeznaczeniem niewiasty iść za mężem?.. Jam jak Młada nie stworzona do klasztoru... ja wolę inne życie... mnie cisza cięży...
Mówiąc jakby zawstydzona spuściła trochę oczy, ale półuśmiech krążył jéj po ustach.
Podeszła do ojca, w rękę go całując, stary milcząc w głowę ją pocałował i westchnął.
— Idź — rzekł — niech Bóg cię błogosławi... idź... i mnie czas do gościa...
Jeszcze raz ucałowawszy rękę ojca Dubrawka, żywo z izby wybiegła.
Stary kneź klasnął na sługi.
I on także szedł w podwórze przypatrywać się zapasom młodzieży.
Tak się ten dzień rozpoczął od igrzysk w podwórzu, przy których i Mieszko mógł popisać się z niepospolitą siłą i zręcznością. Trzaskano włócznie, rzucano oszczepy, biegano pieszo i konno.
Uznojeni i gwarząc wesoło siedli potém wszyscy do uczty, bo obiad naówczas w rannéj dawano godzinie. Znowu tedy dwaj kneziowie siedli razem, ale weselszą wiedli i poufalszą rozmowę. Bolko niemal już jak syna gościa uważał.
Dubrawka przybyła do stołu ubrana wytworniéj jak wczora z twarzą figlarnie rozweseloną. Spojrzał Mieszko na nią.
— Miłościwy panie — odezwał się pocichu — gdybym się wam naprawdę do kolan o córkę pokłonił... cobyście rzekli...
Stary pochylił mu się do ucha.
— Weźcie ją sobie... i niech Bóg wam błogosławi... Chrzest przyjąć musicie.
— Gdy będę mógł... wierzcie mi i ufajcie, zostanę chrześcianinem...
— Mówcie z nią sami.
Zaledwie od stołu wstawać poczęto, już się Mieszko nie wahał wprost przystąpić do Dubrawki.
Wszyscy jeszcze byli w izbie i patrzali, jak się zbliżył do niéj i odwiódł ją, lekko za rękę wziąwszy ku oknu, wszystkich téż oczy ciekawe zwrócone na nich były. Dubrawka szła śmiało i nie udając wstydliwości niewieściéj, która kniehini, wedle jéj przekonań, nie przystała.
— Piękna kniehini — rzekł Mieszko — my poganie wierzymy w dolę i losy. Od wczorajszego wieczora wierzę i ja, że mnie was dola i los przeznaczyły za małżonkę... Kłaniałem się ojcu waszemu, chceli mnie za syna... odesłał do waszéj miłości. Cóż mam rzec... Chcecie mnie za męża?..
Dubrawka mu w oczy spojrzała uśmiechając się.
— Choćbym was i nie chciała, toć muszę wziąć, kiedyście mi jeszcze wczora wasz pierścień narzucili, a u nas pierścień zaślubiny znaczy... Cóż mam czynić nieszczęśliwa? wyszłabym z niesławą, gdybym przyjąwszy pierścień, nie dała zań wianka?.. A no... czekajcie, nie dziękujcie — dodała widząc, że kneź się zabiera znowu ją w twarz całować, nie zważając na oczów tyle — a no, czekajcie. Mówiłam wam wczoraj, że u mnie służba ciężka. Myślicie że ja na gród pojadę, gdzie niewiast pełno i że siódma czy dziesiąta siądę z niemi?.. Jam przecie Bolesławowa córka i chrześcianka, a u nas obyczaj jednę żonę daje mężowi, jednego męża żonie...
— Nie będzie na grodzie nikogo, miłościwa kniehini... oprócz was a służby waszéj.
— Pierw chrzest... potém wesele... — dodała Dubrawka.
Mieszko się schmurzył.
— Weźcie mie poganinem — rzekł — i nawróćcie na wiarę waszą. Nie wzdragam się jéj, przyjąć ją ślubuję, ale moich ludzi i naród muszę w garść wziąć, abym i ja i wy nie nałożyli głową... Jeżeli ufacie mi, pójdziecie za mną...
Spojrzał jéj w oczy, westchnęła i kładnąc rękę w jego dłoni, odezwała się.
— Wierzę wam... i pójdę za wami!
Gdy tych słów domawiała, popędliwy Mieszko w pół ją pochwycił i w czoło pocałował.
Na widok tego zuchwalstwa cała izba zatrzęsła się oklaskami i okrzyki, Dubrawka wyrwała się i uciekła. Mieszko poszedł w ramię starego ojca pocałować, a w twarz brata.
Podano miód stary i wesołość się wzięła taka, że nawet smutny kneź Bolko rozruszał się i oczy mu zapałały wesoło. Na całym grodzie téjże godziny wiedziano, że Dubrawka kneziowi polańskiemu przyrzeczona. Śpiewy, uczta, okrzyki rozległy się na Hradszynie, a z niego popłynęły na miasto.
Wśród téj wesołości i zajęcia nikt nie dostrzegł, co się działo z gromadką ludzi przybyłych z Mieszkiem, nikt nie widział, jak wszyscy oni niemal posmutnieli i pomięszani stali na boku, jakby zawstydzeni czy strwożeni. Stogniew, najzręczniejszy z nich, najlepiéj w sobie ukryć umiał co czuł, ale w nim się poganina starego krew zburzyła cała i musiał na chwilę wynijść z izby, aby ochłonąć z gniewu. Za nim pociągnął Wojsław koniuszy książęcy, druh jego i jednéj z nim myśli człek. Oba wybiegli niepostrzeżeni w podwórce i spojrzawszy w oczy, ręce tylko sobie podali milczący.
— Jam się tego spodziewał — zawołał Stogniew odwodząc Wojsława na stronę — jam jechał tu wiedząc co nas czeka... ale... wiem téż, co jego czeka... — dodał pięść ściskając.
— Gdy te Dobrosławy i Własty zaczęły nam się kręcić u dworu, czułem, co z niemi idzie... niewola niemiecka... Bóg niemiecki...
Rozśmiał się Stogniew.
— Niedoczekanie ich — rzekł — wracajmy... nie trzeba po sobie dać znać nic... naradzim się w drodze, a w domu wiedzieć będziem co robić...
Wojsław i on, jak zwierz w klatce zamknięty, przeszli się w ciasném kółku kilka razy, rzucani myślami gniewnemi; spojrzeli sobie w oczy, podali znowu ręce, Stogniew twarz ułożył i wrócili napowrót do izby, gdzie téż Mieszko oczyma ich szukał.
Jak skoro zobaczył wchodzących, szepnął Stogniewowi, by przygotowane dary przyniesiono. Były one bądź co bądź przeznaczone dla Bolesława, inne na wypadek dla Dubrawki. Posłuszny Stogniew skinął na komorników i wyszedł.
Nie upłynęło pół godziny, gdy we drzwiach gwar się zrobił, szli Mieszkowi ludzie, ze Stogniewem na czele szeregiem, każdy z nich niósł naczynie, zbroję, kosztowny klejnot jakiś. Postrzegłszy ich kneź wystąpił przed Bolka, pokłonił mu się nizko i przemówił prosząc, aby miłościwie dary od niego przyjąć raczył. Szli potém z kolei wszyscy, przyklękając i u nóg knezia składając co który niósł.
Kołem stał dwór, na którego twarzach malowało się niemałe zdumienie. Nie wyobrażano sobie, ażeby w pogańskim kraju mogło się znaleść bogactw tyle, które tylko z zachodu zwykle przychodziły. Kupcy od wschodu przywozili naówczas do Polan wyroby, które mało nawet na zachodzie Europy były znane. Niektóre z nich z wielkim kunsztem wykonane obudzały podziwienie, inne nieznane wcale osobliwością swą zastanawiały. Kobierce, opony, srebrne ozdoby, bronzowe sprzęty, emalie wschodnie... wszystko to na kupę u nóg Bolka złożone zostało. Ludzie do rąk biorąc dary te oglądali je ciekawie.
Prosił zatém Mieszko, aby mu wolno było dary złożyć Dubrawce, i powtórnie wysłał komorników ze Stogniewem po nie. Pobiegł brat po siostrę, aby ją samą do przyjęcia ich przyprowadził, i przyszła Dubrawka zasiąść przy ojcu.
Ten sam obrzęd odbył się powtóre z tą tylko różnicą, że dla kniehini niewieście przybory, futra, tkaniny i ozdoby do stroju przyniesiono, niemniéj bogate i piękne.
W ten sposób niemal uroczyście odbyły się zrękowiny, wobec dworu całego, gdy ich inaczéj i z obrzędem kościelnym nie można było odprawić z powodu, iż Mieszko ochrzczonym nie był.
Ku wieczorowi uczta i śpiewy przedłużały się jeszcze, przy których już Dubrawka swobodnie z narzeczonym swym mówić mogła.
Gdybyśmy te rozmowy żartobliwe, rubaszne, w duchu owych wieków powtórzyć śmieli, nadtoby się one dziwne wydały. W obcowaniu z niewiastami ton ten wesoły był niemal obowiązkowym.
Mieszko zajęty tém co się z nim działo, radosny z powodzenia, ledwie miał czas zobaczywszy Dobrosława uderzyć go po ramieniu i powiedzieć, że mu daje szeroką ziemię i lasy, dla niego i potomków.
Włast przez cały ten dzień się nie okazywał, a nie był téż potrzebny. Jako kapłan z wieczora zaraz zapukał do księży przy kościele św. Wita, ich prosząc o gościnę. Ze zdumieniem i radością go tu przyjęto, wraz ze starym ojcem Gabrielem, który złamany drogą legł zaraz do spoczynku.
Włast a raczéj ojciec Matja, bo tak się tu syn Lubonia nazywał, z niecierpliwością wyglądał następnego poranka, w którym po tak długiém od ołtarza oddzieleniu, miał znowu niekrwawą odprawić ofiarę.
Wieczór cały spędził na modlitwie, wstrzymując się od pokarmu, legł spać z myślą pełną tego jutra i wcześniéj nim się igrzyska poczęły na podwórcu, on już stał drżący przed ołtarzem i zapłakany. Przy drugim mszę świętą odprawiał O. Gabriel, dziękując Bogu za cudowne niemal ocalenie.
Dobrosław klęczał zdala.
O. Matja tę ofiarę tak upragnioną poświęcił w duchu za nawrócenie rodziny swéj i narodu. Lecz myśląc nad trudném dziełem tém, nad ofiarami, jakie kosztować miało, płakał.
Przypomniało mu się co słyszał nocą na wzgórzu, wracając z Krasnéjgóry, co znalazł we własnym domu. O. Prokop przyniósł mu tu spędzającemu cały dzień przy kościele i z braćmi, wiadomość o zaswataniu Dubrawki. Była to wieść radości wielkiéj i nadziei. Padł na kolana O. Matja, modlił się i płakał znowu.
Imię Stogniewa słyszane w nocy na myśl mu przyszło. Czuł się w obowiązku kneziowi stać na straży, a w razie najmniejszéj oznaki zdrady, w oczy Stogniewowi zadać ją i wyzwać, by się oczyścił lub usuniętym został. Z Mieszkiem wszakże, gwałtownym i porywczym, trudna była sprawa, a i z rodziną własną nie wiedział, co pocznie nawrócony. Wszystko jednak co go spotkać miało ofiarując Bogu, gotował się młody kapłan, choćby na męczeństwo.
Dobrosław był daleko lepszéj myśli, ufając, że Mieszko poczynać sobie będzie tak, aby się na niebezpieczeństwo nie narażać. Lecz napróżno starał się dodawać otuchy Włastowi, który milczał zasępiony, spoglądając na radość powszechną, lękając się, aby ona zawcześnie w krew i łzy się nie zmieniła. Twarz Stogniewa, chociaż ją układać się starał, mieniła się dziwnie i strasznie, oczy mu pobłyskiwały. Włast odgadywał a raczéj przeczuwał, co się działo w jego duszy. Trwoga go ogarniała. Odwiódł na stronę Dobrosława nieznacznie i pokazał mu tych ludzi.
Mogli tu niepostrzegani przez nikogo pocichu rozmówić się z sobą i Włast wyznał Dobrosławowi, co słyszał w lesie, jak się tam odgrażano i imię Stogniewa wymieniono. Z narady to tylko wyszło, iż należało mieć się od niego na baczności, nie donosząc o niczém kneziowi, boć dowodów żadnych winy nie było, a z posądzeń Stogniew łatwo się oczyściwszy, na przyszłość tylko mógł się stać baczniejszym.
Jak wprzódy już czasu podróży, tak i tu Wojsław, Stogniew i większa część ludzi z orszaku Mieszka, okazywała dwom chrześcianom niechęć i pogardę. Nie mówiono do nich chyba gdy to było konieczném, odwracano się i rzucano ich samych. Dobrosław napróżno się starał zbliżyć do Stogniewa, który go unikał milczący.
Gdy się tak wieczór wśród śpiewów i ucztowania zbliżał do końca, a Mieszko to przy starym księciu siadał, to z Dubrawką żartobliwie rozmawiał, dwór téż częstowany podochocił sobie. Pomimo to starszyzna Mieszkowa pozostała niewesołą i do Czechów mało się zbliżała. Zapito jeszcze zrękowiny, kneź zapowiedział, iż nazajutrz powracać musi do kraju swego i przed północą wszyscy się rozchodzić poczęli.
Młody Bolko znowu przyszłego brata odprowadził do jego izby i tu go w twarz pocałowawszy, odszedł.
Mieszko pozostał sam ze Stogniewem i kilką komornikami.
Teraz dopiero spojrzawszy na twarz swojego ulubieńca, dostrzegł w niéj ponury wyraz zamiast radości. Stogniew jednak odzywać się nie śmiał.
— Kniehinię mieć będziecie! — odezwał się do niego Mieszek — wielkiego rodu i możną panią... Podaliśmy sobie z Bolkiem ręce, abyśmy oba silniejsi byli...
Stogniew spuścił głowę.
— Nie radujecie się? — zapytał kneź.
Zmilczał zapytany. Mieszko téż nie odzywał się doń więcéj. Wydał rozkazy i odprawił. Po odejściu jego Dobrosława przywołano. Kneź pachołków odprawiwszy dziękować mu znowu począł.
— Miłościwy Panie — rzekł przybyły cicho — cieszę się ja, żem panu memu mógł usłużyć, ale się drudzy pono burzą i nie wszystkim to sprawia radość...
Nie wymienił nikogo. Kneź téż unikał pytania.
Zmarszczyła mu się brew, błysnęły oczy, ale ze słowem nie zwykł był spieszyć. Nierychło dopiero poszedł ku Dobrosławowi rękę mu kładnąc na ramieniu.
— Ty i Włast, i co was jest chrześcian, gotujcie mi drogę i pomagajcie — odezwał się cicho. — Wielki jest Bóg ich... ale niełatwo od swoich odstać... i nową odziać skórę, gdy ta, z którą człek na świat przyszedł, do ciała przyrosła... Tych co się opierać będą, zmogę... ale gromadkę wierną mieć muszę, by przy mnie stanęła... Mów — dodał — mów Dobrosławie, jako wiesz... wielu chrześcian naliczysz w ziemiach naszych?.. Wiem, iż byli oni już za ojca i dziada mojego... ale się kryli z wiarą swoją...
— Miłościwy kneziu — odezwał się Dobrosław — jest nas rozsianych po wielkiéj przestrzeni niewielu... Strach niejednego odwiódł już od krzyża... kapłanów trzeba jak Włast... aby szli między lud i nauczali... a pilnego oka na to, aby starszyzna, wieszczkowie i gęślarze nie burzyli go... Co kneź Bolko uczynił u siebie, czemużby się téż u nas dokonać nie miało?..
Kneź się zadumał nieco i z tém Dobrosława odprawił, by Czechów nawróconych, jacy się znaleźć mogli do Polan zaciągnął.
Nazajutrz rano już konie stały w podwórcu, gdy w izbie jeszcze obiad podawano na pożegnanie. Wyszła i kniehini do narzeczonego, aby mu dobre słowo dać na odjezdném, cały dwór Bolesławów dla uczczenia gościa był na nogach i dziesięciu jezdnych dodano do orszaku, by przeprowadzali Mieszka do granicy łużyckiéj.
Tak się w drużbie i weselu rozstali, z miłością wielką, i cały poczet ruszył z Hradszyna uroczyście, przy okrzykach, które się jeszcze z murów grodu długo słyszeć dawały.
Ani Dobrosław, ani Włast nie śmieli potém już rzec słowa kneziowi, aby w podróży bacznym był na tych, co go otaczali. Do granicy téż czeskiéj, dopóki dodani Bolesławowscy ludzie im towarzyszyli, nie było niebezpieczeństwa.
Gdy ich obdarzonych odprawiono z pozdrowieniem do Pragi, a kneź sam z orszakiem swoim pozostał, przypadł spoczynek w lesie dla skwaru, który tego dnia panował, i wszyscy się do snu pokładli.
Włast téż szukając cienia, odszedł opodal od gwaru i w zaroślach się gęstych położył. Leżał tu już czas jakiś, nie mogąc zasnąć jeszcze, gdy szelest się dał słyszeć w pobliżu i szepty. Pomimo iż go dostrzedz trudno było w trawie i krzakach, z miejsca swego mógł widzieć, że Stogniew z Wojsławem stali, potajemnie się naradzając z sobą. Zrazu słów ich usłyszeć nie mógł, lecz natężywszy ucha i podpełznąwszy ostrożnie, pochwycił wyrazy Stogniewa.
— Dziś na noclegu... czego więcéj czekać mamy? Jawna rzecz, że nas niemcom zaprzedają...
— Czekajmy do domu — mówił Wojsław — Sydbora namówim z nami.
— Aby zdradził? — rzekł Stogniew. — Nie potrzeba nikogo. Śpiącemu oszczep w piersi wrażę i nim się przebudzi, ducha wyzionie. We dwu im trzem po kolei radę damy. Dobrosław go prowadził... Lubonia syn jawnym chrześcianinem jest, widziałem go do ich kontyny idącego i obcującego z czarnemi wróżbitami.
Sprzeczali się jeszcze pocichu czas jakiś, lecz Stogniew na swém postawił i z zarośli wyszli umówiwszy się, iż spać nie będą, a gdy wszyscy zasną, wstaną, aby ich wymordować z kolei. Stogniew miał pewnych ludzi kilku do pomocy.
Zaledwie się oddalili, zimnym potem okryty wstał Włast i pobiegł szukać Dobrosława, aby mu o niebezpieczeństwie oznajmić.
Unikać musiał oczów i tak to dopełnić, aby żadnego nie obudził podejrzenia. Księciu téż potrzeba było powiedzieć o tém, co się gotowało, aby obmyślił co miał czynić.
Dobrosław chodził około konia swojego w miejscu, gdzie nikogo nie było, łatwo więc przyszło Włastowi natychmiast mu rozmowę podchwyconą cudem, powtórzyć.
Mieszko na wysłaném suknie pod dębem zasypiał bezpiecznie, budzić go nie śmiał Dobrosław, ale stanął na straży, by się zbliżyć natychmiast, gdy ze snu wstanie.
Włast poszedł krążyć zdala, aby innych przed czasem nie dopuścić.
Znużony drogą kneź spał prawie do wieczora, szczęściem rżenie koni sen ten głęboki przerwało, a gdy oczy przecierać zaczął, znalazł się przy nim pierwszy Dobrosław i nie tracąc chwili, rzekł mu:
— Miłościwy panie, Włast podsłuchał rozmowę, zmówili się Stogniew z Wojsławem, aby cię w pierwszym śnie zamordowali...
Słysząc to Mieszko, wcale nie okazał poruszenia. Kazał sobie powtórzyć prędko wszystko, co Włast usłyszał, i wstał ręką odprawiając precz Dobrosława, słowa więcéj nie rzekłszy.
Wnet dano znak, aby na konie siadać. Stogniew się zbliżył po rozkazy. Mieszko nie dał poznać po sobie, iżby go miał w podejrzeniu. W zwykły sposób zagadał doń i szykować ludzi rozkazawszy, sam siadł na koń z twarzą pogodną. Zdumiał się Dobrosław sądząc, że mu chyba wiary nie dawał, lecz przystąpić już nie mogąc, trzymał się w pobliżu wraz z Włastem.
W drodze aż do nocy przez gęste przedzierając się bory, Mieszko nie okazał téż najmniejszéj po sobie trwogi. Późnym już wieczorem, w lesie na polanie, między skałami, które nad niemi ścianę wysoką tworzyły, na nocleg kneź zatrzymać się kazał. Tuż z drugiéj strony stromo ścięty brzeg wprost do Łaby spadał. Przez stojące tu rzadko drzewa widać było łąkami w dali płynącą rzekę i lasy piętrzące się ławami jedne nad drugiemi, z pośrodka których gdzieniegdzie szare ściany kamienne wyglądały.
Kazano ognie rozpalić, zwierzynę w drodze ubitą piec i konie na paszę wypuścić. Kneź pod starą sosną, na czystém miejscu posłanie sobie przygotować kazał, głośno zapowiadając Stogniewowi, ażeby wcześnie wszyscy do snu się kładli, gdyż z pierwszym brzaskiem ruszyć miano. Dobrosław z niepokojem przypatrujący się Mieszkowi, najmniejszéj w obejściu się jego nie dostrzegł zmiany. Stogniew chodził widocznie niespokojny i chmurny.
Po rozdaniu jedzenia wprędce ludzie się pokładać zaczęli, straż opodal postawiwszy; ognisku dano wygasnąć i czarna noc z milczeniem posępném osłoniła obozowisko. Dobrosław i Włast z miejsc swoich podpełzli bliżéj, aby być panu z pomocą na skinienie. Cisza panowała długo, gdy Mieszko silnie chrapać zaczął.
W chwilę potém usłyszeli w krzakach zaczajeni, jak niedaleko śpiący Stogniew i Wojsław wstali pocichu i skradać się poczęli ku miejscu, w którém kneź spoczywał, chrapiąc coraz mocniéj. Noc była tak ciemna, iż zaledwie poruszające i skradające zcicha postacie dwu morderców dostrzedz było można.
Stanęli oni oba już przy Mieszku, gdy nagle stłumiony krzyk się dał słyszeć. Dobrosław, który się zerwał i nadbieżał, spostrzegł jak kneź uchwyciwszy Stogniewa, gdy się ten najmniéj spodziewał, obalił go, przygniótł, oburącz za gardło ścisnął i — udusił. Wojsław, który stał zrazu przelękły, umknął natychmiast i biegł w las naoślep.
Nim Włast i Dobrosław przybiegli, Stogniew już ducha wyzionął, w rękach knezia, który wnet krzyknął, aby ognia rozpalono. Gorzały jeszcze węgle pod popiołem, od których łatwo było suche zażedz gałęzie. Pobiegli pachołkowie, Mieszko tymczasem stał spokojnie nad trupem, oglądając się, czy drugiego napastnika nie zobaczy.
Gdy ogień błysnął, a służba w pierwospy zbudzona nadbiegła, strach ogarnął wszystkich, słowa nikt nie śmiał rzec...
Mieszko skinął na ludzi, aby trupa ściągnęli i z góry go rzucili do rzeki. Stało się w jednéj chwili jak przykazał, nikt pytać nie śmiał ani spojrzeć panu w zagniewane oczy. Posłano szukać Wojsława, lecz nigdzie go nie znaleziono... Ucieczka sama o winie świadczyła.
Gdy Stogniewa ciało z hałasem toczyło się po skałach, Mieszko ognia kazawszy naniecić, słowa nie mówiąc legł nazad na posłanie, sparł się na ręku i drzymać począł. Ludzie przerażeni wrócili na miejsca swoje. Tak doczekano ranka.
O świcie dowództwo nad ludźmi objął Dobrosław, siedli wszyscy na konie i w milczeniu jechali w dalszą drogę ku domowi.
Z pocztu kneziowskiego nikt o Stogniewie wspomnieć nie śmiał, a wjeżdżając na gród nad Cybiną, towarzysze pańscy na pytania odpowiadali milczeniem.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Zamiast pauzy winna być kropka.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Kuźmy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.