Lubonie/Tom I/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Lubonie‎ | Tom I
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Lubonie
Podtytuł Powieść z X wieku
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1876
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



X.



Już w podróży przez Dobrosława miał sobie oznajmioném Włast, że mógł się udać do Krasnéjgóry do ojca — z tém tylko, by na każde zawołanie się stawił. Przybywszy więc na zamek natychmiast się wybierał, gdy stara Srokicha dowiedziała się o powrocie i do swojego dziecięcia przybiegła.
Zaledwie godzina upłynęła jak na zamek wjechali, służba zdawała się nie mówić słowa oglądając się bojaźliwie — przecież cały niemal już dwór wiedział i zkąd i z czém powracano...
Śmierć Stogniewa przeraziła wszystkich. Na twarzach widać było postrach i smutek. Jawnie nikt się do nikogo nie zbliżał, ale po kątkach, za węgłami szeptali ci co wracali, z temi co pozostali.
W niewieścim dworze już płacz słychać było i narzekanie; popłoch panował wszędzie, kniehini Górka czekała wyglądając na brata, nie mogąc się go doczekać.
Mieszko natychmiast wysłał gońca po Sydbóra do Gniezna, aby nie tracąc chwili, do niego przybywał.
Sześć mil miał konny ubiedz tak, aby przed nocą wezwany, był nad Cybiną.
Dobrosław wydawał rozkazy i nad dworem miał zwierzchnią władzę... Srokicha pochwyciwszy Własta, pieszczoty macierzyńskiemi, wnet rozpłakała się i wypytywać natarczywie zaczęła, niedając mu odetchnąć. Po dworze chodziły już wieści straszne.
Strwożeni byli wszyscy. Włast, któremu nakazano milczenie, nic powiedzieć jéj nie mógł. Nie było już tajném, że do Pragi jeździli, lecz nadto nie wiedział nic. Srokicha niedowierzająco potrząsała głową.
— Gołąbku mój — mówiła płacząc — straszne dni na nas przyszły. Nie darmo wy do Pragi téj, do Czech jeździli. Groza idzie na nas i niewola, zginiemy wszyscy... Nasi starzy przyszłość wróżą krwawą.
Próżno Włast się jéj wyrywał — Srokicha ściskała go, jakby się lękała utracić i zalewała się łzami...
Chciała go zaprowadzić do swéj pani, ale Włast się wyprosił. Wycałowawszy go i wygłaskawszy, puściła wreście staruszka, tém niespokojniejsza, iż nic od niego dowiedzieć się nie mogła.
Unikając pytań podobnych Włast poszedł po konia swojego, aby za dnia jeszcze zdążyć do Krasnej-góry... Pociechą dlań było, że z Pragi wiózł dane mu do mszy świętéj wino i opłatki, których w domu upiec nie miał sposobu.
Wino naówczas było w kraju rzadkością prawie nie do nabycia, a duchowieństwo chleb téż do mszy świętéj używany, chciało mieć z nadzwyczajną pieczony troskliwością. Ś. Wacław sam zżynał kłosy pszenicy, sam wybierał i wyciskał grona, z których wino i chleb do świętéj ofiary użyte być miały.
Z równém poszanowaniem i inni kapłani przygotowywali się do niéj. Włast długo pozbawiony téj kapłańskiéj pociechy, sposobił się teraz, choć potajemnie, gdzieś na ustroniu w lesie odprawiać mszę, aby w niéj zaczerpnąć siły i znaleść pociechę. Gorliwym był jak człowiek, długim głodem zmorzony — a gdy o rodzinie swéj myślał, zalewał się łzami, rozpaczając prawie, aby mógł ją nawrócić. Nie wiedział sam jak ma to wielkie rozpocząć dzieło, lecz czuł święty obowiązek. Ze wszystkich dusz jakie chciał ocalić, los tych najbliższych, najmocniéj go obchodził.
W tych myślach zbliżył się do Krasnéj-góry, i już widział dwór zdaleka, a serce mu biło niespokojnie gdy wracając konno z pola nadjechał Jarmierz, witając go serdecznie.
— Pan nasz ucieszy się wam wielce — rzekł — bo niecierpliwie czeka powrotu...
— Jam téż spieszył jak mógł, alem był pod rozkazami. Zdrowi wszyscy? — spytał Włast.
— Dobrogniewa zaniemogła trochę, przecie się włóczy o kiju.
Luboń dla was już Mładę zaswatał, ani dnia wam nie da spocząć i jechać będziecie musieli z nim a do wesela się gotować.
Włast zbladł i zadrżał, nieodpowiadając nic, jechał daléj. Ani na chwilę nie zawahał się nad tém, co miał począć. Jeśliby go ojciec przymuszać chciał, postanowił paść mu do kolan, wyznać wszystko i znieść cokolwiekby go spotkać mogło.
Rozmawiając zbliżyli się ku dworowi, a tentent koni wywołał sługi, które o nadjeżdżającym wnet w domu oznajmiły...
Pierwsza wybiegła Hoża na spotkanie, za nią szedł stary Luboń z brwią namarszczoną. Na widok syna rozchmurzył się wnet. Gdy ten mu do nóg przypadł, uderzył go ręką po ramieniu i zamruczał.
— Przecie kneź się ulitował nademną[1] — Gdzieście byli? Jeździłem do grodu, mówiono mi, że kneź wziął was z sobą? Czy polował na wilków.
— Do Czech jeździliśmy — odparł Włast.
— Do Czech? — chmurno się odezwał stary — a po co? łup przywieźliście?
— Myślę, że chyba przymierze lepsze od niego.
Stary się trząsł i nie pytał więcéj.
Wyszła i babka, chmurném okiem, jak zawsze mierząc chłopaka.
Nie pytano go więcéj. Luboń téż nie oznajmił mu o niczém, tylko, że jutro bierze go z sobą, że jechać muszą.
Włast wiedział już co zamierzał, lecz dopytywać nie było wolno, czekać musiał, aż mu oznajmi ojciec swą wolę.
Jedna Hoża swą wesołością cały dom ożywiała, krzątając się, śmiejąc się i śpiewając. Stara mruczała przy kądzieli. Po wieczerzy zwołano i inne dziewczęta do śpiewu, bo stary Luboń rad słuchał pieśni i do późnéj nocy, przesiedzieli tak u ognia przy łuczywie.
Dobrogniewa drzemała nad swą kądzielą, wrzeciono wypadło jéj z rąk — ale do snu nie szła.
Późno już było, gdy Luboń z ławy wstawszy, naprzeciw syna stanął i odezwał się.
— Jarmierz ci na jutro odzież da nową i ogarnąć się trzeba czysto, jedziemy w swaty. Dobrałem ci dziewczynę piękną, młodą i posażną, czas życie zaczynać i do gospodarstwa się nałożyć.
Włast westchnął — zbliżył się do ręki ojca i ucałowawszy ją, rzekł cicho, ale śmiałym głosem...
— Ojcze a panie miłościwy, nie mogę tego uczynić, abym niewiastę brał... Przyszedł czas, gdy ci całą prawdę objawić muszę, oto ślubowałem chrześciańskiemu Bogu i przyjąłem wiarę nową, a poprzysiągłem, że nigdy niewiasty znać nie będę.
Wyznanie to, wśród głuchego milczenia wyrzeczone, przerwał krzyk staréj Dobrogniewy, która kądziel rzucając na ziemię, przypadła do wnuka z pięściami zaciśnionemi. Luboń zuchwalstwem syna osłupiały, jakiś czas przemówić nawet nie mógł.
Z ust jego wyrwało się coś jakby ryk dziki i rękę podniósłszy do góry, z całéj siły uderzył syna, który padł na ziemię.
Skroń jego uderzyła o twardą nogę stołu i krew trysnęła z niéj. Ból, przestrach, znużenie sprawiły że omdlał.
Hoża, którą krzyk ojca zwabił, widząc obalonego i skrwawionego brata, klękła na ziemi, chwytając bladą jego głowę i zaszła się wielkim płaczem.
Luboń stał wcale nieporuszony tém co uczynił.
Zwolna otwarły się oczy Własta, poruszył się, usiłował powstać, i z pomocą siostry, ocierając skroń, na nogi się podniósł, oparłszy o stół.
— Psie ty niewierny — krzyknął Luboń — myślisz, że ja ci dam czynić co zechcesz przeciwko méj woli?
Nad dzieckiem mojém mam prawo życia i śmierci, słuchać musisz i uczynić co każę...
Dobrogniewa oczyma i ruchem rąk potwierdzała mowę ojca — Włast milczał.
— Kajaj mi się zaraz, a bądź posłusznym — chrześcianinem ci nie być... Szczenię wolę przybrać za dziecko.
— Ojcze a panie — odezwał się Włast — usłucham rozkazu twojego we wszystkiem, lecz wiary się nie wyrzekę, a co mi mój Bóg każe, uczynię choćbym miał życie dać.
Luboń w krwawą twarz dał mu bezlitośny policzek... W téjże chwili poczuł na dłoni ciepłą tę krew własnego dziecięcia, i wzdrygnął się. Hoża obejmując brata rękami płakała... Stary z gniewu drżał i rzucał się, babka pięściami ciągle wnukowi groziła i powtarzała:
— Sobaka!
Włast stał na nogach się chwiejąc — milczący, z głową spuszczoną.
— Będziesz posłusznym — wołał Luboń — lub zginiesz psie niewierny.
— Czyń co ci się podoba ze mną — odparł Włast — jestem w mocy twojéj...
W pierwszéj chwili Luboń z gniewu chciał zawołać na pachołków i siec nieszczęśliwego, już bełkocząc poczynał dawać rozkazy, gdy Hoża do nóg mu się rzuciła. Popchnął ją zrazu, ale mu się uczepiła mocno. Krzyk i płacz rozlegał się po dworze, ludzie pobudzeni zbiegli pod okna, do sieni i stali patrząc a nie rozumiejąc co to znaczyło. Niewiasty łamały ręce i płakały. Jarmierz stał w progu.
Opamiętał się stary w gniewie.
— Związać go!.. — krzyknął — na strych w swirniu posadzić i nie puszczać... suchy dać chleb i wodę... niech mrze głodem...
Jarmierz chcąc ocalić Własta, odezwał się, że w swirniu strych był zajęty.
— Do jamy z nim! do jamy! — zawołał Luboń — łyka mi daj... związać go... sprzedam jak niewolnika, ubiję jak psa...
Napróżno córka błagała jeszcze, zwracając się to do ojca to do Własta, aby uległ woli jego. Włast milczał, ojciec zapalał się gniewem coraz większym. Jarmierz wreszcie lękając się, aby stary nie porwał się znowu do dziecka, wolał już spełnić polecenie i przyniósł łyka.
— Do jamy z nim... — powtórzył Luboń.
Jama ta była wygrzebaną w ziemi i służyła na schowanie w zimie, często za więzienie w lecie. Spuszczano do niéj winowajców, a wnijście zawalano drzwiami, na których kładziono kamienie.
Włast szedł posłuszny. Hoża zakrywszy sobie oczy, upadła na ziemię. Milczenie było w izbie, tylko oddech wzburzonéj piersi Lubonia i mruczenie staréj je przerywało.
— Będziesz posłusznym?.. — krzyknął stary, widząc już syna w progu.
— Ojcze... nie mogę... Bogu posłusznym być muszę...
To mówiąc zwrócił się do Jarmierza i rzekł mu spokojnie.
— Prowadź mnie.
Ta odwaga i stałość słabego na pozór chłopaka, któremu się urągano, iż męztwa nie miał, dziwne uczyniła wrażenie na wszystkich. Stara Dobrogniewa wściekała się, Hoża płakała. Luboń stał drżący z gniewu. Jarmierz był przerażony.
— Prowadź do jamy! — krzyknął stary.
Włast ruszył się posłuszny nie mówiąc słowa i przestąpił próg, przeszli sień, znaleźli się w podwórku.
— Poddajcie się ojcu... jamy wy nie wytrzymacie długo... — szepnął Jarmierz — poddajcie się! co czynicie!..
— Prowadź mnie — rzekł Włast — niech się stanie wola jego, śmierci się nie lękam...
W progu jeszcze zjawił się rozjuszony ojciec, krzycząc na Jarmierza.
— Do jamy!
Nie było już ratunku.
W głębi dziedzińca znajdowała się ta studzienka wilgotna. Jarmierz odwalił drzwi i litość chwyciła go za serce; puścił sznur, który trzymał w ręku.
— Uciekaj! — szepnął.
— Dokąd? — odparł Włast — czyń co ci kazano... Uciekać nie mogę i nie chcę...
Trzeba więc było spełnić nakaz surowego ojca. Jarmierz wskazał jamę i pomógł Włastowi się w nią spuścić. Sam siadł nad nią i podparty na rękach został tak na straży, nie wiedząc co począć z sobą. Luboń tymczasem rozpędzał czeladź, która się była zgromadziła, rozkazując jéj iść precz na barłogi... W trwodze rozpierzchło się wszystko i znikło.
Głuche milczenie nastało we dworze. W świetlicy stara stała ręce założywszy przed ogniem, a Hoża płakała leżąc na ziemi.
Noc była późna, pierwsze kury piać zaczynały. Stary ojciec zamiast iść na posłanie, siadł na przyzbie przed dworem, sparł głowę na rękach i pozostał tak dysząc gniewem do rana.
Brzask dnia znalazł go tam siedzącym jeszcze. Jarmierz na ziemi legł nad jamą i tam go sen ujął nad ranem. We dworze było cicho i ciemno. U zgasłego ogniska stara Dobrogniewa drzémała mrucząc, snem niespokojnym. Hoża zwlókłszy się na ławę, z głową na stole usnęła.
Dzień się robić zaczynał i parobcy wstawali do pojenia koni, gdy Luboń ruszył się z przyźby, poszedł nad jamę, nogą budząc śpiącego Jarmierza, kazał mu drzwiami otwór przyrzucić i poszedł.
Gdy zakładając drzwi spojrzał w dół Jarmierz, chcąc słowo pociechy rzucić biednemu, w głębi zobaczył go klęczącego i modlącego się spokojnie. Powoli zasunął ciężkie wrota i odszedł zadumany.
Dzień cały upłynął bez zmiany, spuszczono tylko chleb i wodę Włastowi. Jarmierz chciał przemówić do niego, ale zdala stojąca z kądzielą Dobrogniewa pogroziła mu.
Luboń nie wyjechał ani na łowy, ani wyszedł w pole, w chacie przesiedział dzień nieruchomy prawie, a gdy mu jedzenie przyniesiono, popchnął je od siebie. Wodę pił tylko.
Nad wieczór przywlókł się do wrót starzec z gęślą na plecach.
Był to gość częsty we dworze Luboniów, znany całéj okolicy śpiewak, wróżbit i znachor, który przez rok cały zwykł był obchodzić dwory i chaty, karmić się, spoczywać i płacić za gościnność śpiewem i wieszczbą. Zwano go Wargą. Z siwą rozczochraną brodą, z rozwianym włosem, w szaréj opończy, z kijem białym w ręku, z sakwami na plecach, stary Warga wchodził jak pan do każdego domu, siadał na najlepszém miejscu, kazał sobie podawać co mu się podobało, łajał czasem najmożniejszych i słuchano go z pokorą, a niemal trwogą. Uchodził za strasznego czarownika. Nawet podobni dziadowie wróżbici cześć mu jak głowie swéj oddawali. Słowo jego ważyło wiele.
To téż gdy na wyprawę iść trzeba było z ludem, a wojakom dodać serca, nikogo do wróżenia z ziemi, patyków i ognia nie wołano, tylko jego. Śmiały i silny choć stary, nocami chodził jak we dnie nie obawiając się niczego, ani zwierza, ani człowieka.
Wedle obyczaju swojego Warga wejrzawszy w podwórze, wrota sobie otworzył śmiało, oczyma poszukał kogoś, do kogoby się odezwał i nie postrzegłszy żywéj duszy, prosto kroczył ku dworowi. Tu znalazł Lubonia jak odrętwiałego na ławie.
— Co tobie stary? — zawołał — choroba?
Gospodarz głowę podniósł, popatrzył oczyma obłąkanemi i nic nie odpowiadając, podparł się znowu na dłoni. U drzwi Warga kij postawił, sakwy zrzucił na ławę i postąpił bliżéj do niego, biorąc go za ramię.
— Co tobie stary? mów!
— Nie mogę mówić! — szepnął Luboń.
Bystre oczy długo w niego wlepiając gęślarz, głową potrząsał, nareszcie na ławie naprzeciw niego przysiadł.
— Powiesz ty mi, co tobie jest? — mruknął.
W tém Dobrogniewa wyszła z kądzielą z komory.
Co wam? co się w waszym domu stało?..
Dobrogniewa rzucać głową poczęła.
— Syna miał, wnuka miałam... straciliśmy go... wrócił po dwunastu latach niewoli... psem niemcem... niewiarą... trzeba go było zamknąć wczoraj do jamy jak wściekłego.
Warga uderzył ręką po stole.
— Dwanaście lat go nie było! opłakaliście... zapomnieli... a co gorszego dziś?
— Niechby nie żył!.. — krzyknął Luboń.
— To go zamórz głodem... — rzekł Warga. — Z chrześcianina ty pociechy mieć nie będziesz... darmo... Umieją oni człowieka przerobić, że się zaprze rodzonéj matki i ojca... czarowniki te!.. Skosztował on ich chleba, naszego nie będzie jadł więcéj...
Tu Warga zniżył głos.
— Co twoje dziecko jedno — rzekł — nam wszystkim oni nóż prędko przyłożą do gardła... Już kneź wącha się z chrześciany i jak inni pójdzie z niemcami, aby nam na kark jarzmo włożyć. Co im!.. Jeździli do Czecha... tam mu żonę swatają... biada nam!.. biada nam!..
Luboń głowę podniósł.
— Stogniewa w drodze Mieszko udusił, że mu się sprzeciwił! wydusi nas, jeśli o sobie nie pomyślimy... wydusi...
Warga westchnął, śmiały jego głos płaczliwym począł się stawać.
— A wy! baby bezsilne... ścierpicie to!.. — zawołała nagle Dobrogniewa.
Głową począł Warga potrząsać.
— Do kądzieli, stara — mruknął gniewnie — do kądzieli... precz... co wam do naszéj sprawy?
Dobrogniewa spuściwszy głowę, powoli, posłuszna, nie śmiejąc odpowiedzieć nic, odsunęła się do kąta, siadła na kądzieli i poczęła nić wyciągać. Warga sparł się oburącz na stole i patrząc w oczy Luboniowi potrząsał głową smutnie.
— Prawda to, że do Czech jeździli po kniehinię? — spytał Luboń — Mieszkoby nas miał sprzedać za jednę dziewkę?..
— Za dziewkę nie — odezwał się Warga — ale za to, by nas mógł z niemi gnębić... obróci w niewolniki, jak niemcy swoich... pójdzie reszta kmiecych swobód z bogami naszemi... pójdzie...
— Jeśli my się mu damy — mruknął Luboń.
Warga przysunął się ku niemu, popatrzył na siedzącą zdala Dobrogniewę i zaczął mu coś szeptać do ucha. Z twarzy i oczów widać było, że to co mówił, gorącém było i poruszało go mocno. Oczy mu to się świeciły, to pod zmarszczone chowały czoło, zaciskał dłonie, targał Lubonia za ramię, podnosił ręce, bił o stół niemi, rzucał się, śmiał i krzywił, a gdy wreszcie umilkł, Luboń wstał jakby w niego nowe życie wstąpiło.
Była to pora wieczerzy; wniesiono misy, chleb, strawę i piwo, a Warga zgłodniały rzucił się na nie chciwie. Luboń pił tylko a szeptali ciągle. Noc już była, gdy tentent się dał słyszeć, głosy u bramy, a wkrótce potém wszedł do izby opończą osłonięty mężczyzna, od progu naprzód wpatrując się, kogo zastanie. Dopiero upewniwszy się, że Luboń sam był z Wargą, wsunął się i twarz odsłonił.
Był to Wojsław koniuszy Mieszka, który zbiegł w las, gdy Stogniewa kneź pochwycił. Dawny Lubonia znajomy i powinowaty, przychodził widać żądać u niego przytułku.
Gospodarz, który o niczém nie wiedział, nawet o losie Stogniewa zasłyszał ledwie i sądził przybyłego zawsze Mieszkowym sługą, przyjął go po staréj drużbie.
— Cóż mi tam niesiecie? — spytał — pewno was kneź posyła? byle nie po syna...
Wojsław strząsnął się nie odpowiadając i usiadł na ławie milczący, popatrzył na Wargę.
Stary włóczęga myśl jego zdawał się odgadywać.
— Co wy patrzycie mi w oczy, jakbyście Wargi nie znali? Przy mnie śmiało mówić możecie, co serce poda do gęby...
Luboń ciekawie wpatrywał się w wybladłego i na twarzy zmienionego krewniaka.
— Coś ty nie swój jesteś? — rzekł.
— Nic nie wiecie? — zapytał Wojsław schrypłym głosem.
— Cóż mam wiedzieć, siedzę w domu...
— Gdzie syn twój? — zapytał Wojsław.
Na to pytanie zmarszczył się Luboń, od rana już postanowił był nie przyznawać się przed ludźmi do tego sromu, że dziecko mu nie chciało być posłuszném, do téj doli, że mu chrześcianie je odebrali, cicho więc odparł.
— Synam wyprawił w swaty... żenię go...
— Doprawdy? — zapytał Wojsław. — Toście go zmusili chyba... Przecie go widziałem w Pradze, że z chrześciańskimi wróżbitami w ich kontynie odprawiał tam jakieś obrzędy... a tym, co do nich należą, żenić się nie wolno...
— Tak jest — dodał porywczo Luboń — zmusiłem go do porzucenia téj wiary niemieckiéj... zagroziłem mu... musiał być posłusznym.
— Nic wam nie mówił o naszéj podróży? — pytał daléj Wojsław.
— Nie pytałem go wiele... — odezwał się Luboń jakby zbyć się chciał rozmowy — co tam z gołowąsem takim rozhowory prowadzić?!
Machnął ręką.
— Nie będziecie wy z syna mieli pociechy... — rzekł Wojsław — nie... Dobrze żem ja z jego przyczyny nie nałożył głową... a Stogniewa śmierci nikt nie winien ino on. Widzieli go pachołkowie, jak w krzakach leżąc podsłuchiwał nas na rozmowie i wydał przed kneziem...
— A cóżeście mówili? — spytał Luboń zdziwiony.
Wojsław z ławy powstał poruszony mocno.
— Co mam kłamać! Mieszko nas niemcom sprzedaje. Do Pragi jeździł się o naszą skórę targować. Jawna to rzecz. Starą dziewkę mu daje Bolko i dobre wiano... swoją przyjaźń i cesarską łaskę... Myśmy to ze Stogniewem widzieli, a mieliśmy czekać, aż nam na kark włożą obręcz?..
Reszty można się było domyślać. Wojsław jéj nie dopowiedział, i po chwili kończył.
— Gdyśmy nocą przyszli do niego, już nas, przez twojego syna ostrzeżony, czekał... Stogniewa zdusił jak chrząszcza!.. Jam życie uniósł... tułam się.
Milczenie nastąpiło długie. Wojsław przeszedł się po izbie, Warga pilno nań patrzył, Luboń stał zamyślony.
— Dacie mi przytułek? — zapytał Wojsław.
— Właśnie to go tu szukać!.. — krzyknął Warga — człowiecze... pod bokiem knezia, gdzie cię każdéj godziny może zajrzéć i ludzie cię znają!.. Pójdziesz ze mną... ja ci dam schronienie, w którém będziesz bezpieczny... Schowam cię do chramu, gdzie nikomu dostąpić niewolno... Takich ludzi jak ty nam trzeba...
Odwrócony ku starcowi Wojsław słuchał.
— Pójdziesz ze mną! — powtórzył Warga.
— Ja ci téż w lesie na pasieczysku chatę dać mogę — rzekł Luboń.
— Bylem gdzie tego twojego syna psią wiarę nie spotkał — odezwał się Wojsław — bo choć on was posłuchał i dziewkę bierze, a ja mu nie ufam... Zdradzi on ją, i was, i mnie, gdy będzie mógł... a wiary téj nie puści, co gdy raz przylepnie do człowieka, trzyma się jak smoła...
Zamyślony, z okiem wlepioném w ziemię, stary Luboń powtarzał ciągle pocichu.
— Stogniewa udusił!..
— Własnemi rękami — rzekł Wojsław popijając chciwie z kubka, który stał na stole. — Czekał na niego... schwycił za gardło... i krzyku mu nawet wydać nie dopuścił... Ciało potém zrzucić kazał z góry do Łaby i położył się znowu, jakby mysz nogą rozcisnął... Nikomu słowa nie rzekł... Dobrosławowi oddał po Stogniewie władzę, wrócił nad Cybinę, posłał po Sydbóra i już się pewnie do wesela sposobi... Taki on jest!.. Co jednemu uczynił, tak samo stu zrobi nie zmarszczywszy się... Na Sydbóra my rachowali, on ma dużą siłę w ręku... ale to pies téż, co się nawykł łasić i nogi mu lizać będzie... z nim gadać nie ma po co...
— Albo innych nie ma? — podchwycił Warga — czy to wam kneziów zabraknie?..
— Kneziów nie! — zaczął Wojsław — a no... ludzi... Dawne męztwo wytępiły te Piasty... porobili z nas niewolników... serc nie ma... trwoga we wszystkich... pójdą gdzie im każą, zrobią co im powiedzą, choćby na ojców rodzonych!..
— Nieprawda! — zawołał Warga poruszając się za stołem — źle ty sądzisz o narodzie... jeszcze on nie cały w pętach i kagańcach... jeszcze po lasach stary obyczaj i stara swoboda... miry wiecują jak dawniéj i pędzić się nie dadzą jak trzody...
Poczęli tedy rozprawiać o swéj doli i o tém, co groziło, Luboń tylko najmniéj się odzywał. Noc ich tak zaszła, aż Warga wstał z za stoła.
— Noc ciemna, ale ja drogi znam... nocą wam i mnie najlepiéj iść... chodźmy ztąd... nocleg sobie znajdziemy...
Ruszyli się więc oba, gdy Luboń im u drzwi drogę zaszedł.
— Znacie starego Lubonia — rzekł — ja z wami! Nie zważajcie na to, że mnie Mieszko zechce ciągnąć ku sobie, że mu się pokłonię... Trzeba będzie dłoni do roboty, ja i moi ludzie z wami będą...
I dłoń podał Wojsławowi.
— Syna miéj na oku! — mruknął wychodzący.
— Nie bójcie się... bezpiecznym o niego...
Wywiódł ich w podwórze, do wrót, siadł na koń Wojsław, Warga poszedł przodując, i znikli oba w ciemnościach.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Brak kropki lub następny wyraz (Gdzieście) winien być małą literą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.