Literat na prowincyi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Literat na prowincyi
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Literat na prowincyi.
(list do wydawcy tygodnika petersburskiego).


Zapewne od niejakiego czasu winisz mnie Pan (a ja tego nie mam za złe, owszem wdzięczen byłbym za ten dowód interesowania się), że dawniéj jeden z najgorliwszych, najnatrętniejszych korespondentów Tygodnika, teraz rzadziéj się w nim niż przedtém ukazuję. Potrzebuję się z tego wytłómaczyć, aby z boku patrzący nie osądzili tego fałszywie i nie domyślali się, czego niéma. Już téż kilka osób zapytywało mnie, dlaczego mniéj teraz pisuję do Tygodnika. Otóż wymówię się przed panem i wytłómaczę się przed ciekawemi, a jeźli w tym wykładzie przyczyn zaczepię (bo zaczepić muszę) swego ja i wyprowadzę na scenę siebie, pan mi tego za złe nie weźmiesz, bo dobrze wiesz, że to nie grzech; jeśli zaś inni pokręcą głową, to niechaj kręcą szczęśliwie. Nie mógłby człowiek stąpić kroku po téj drodze życia nieszczęśliwej, gdyby się ciągle obracał i oglądał, co o tém ludzie powiedzą. A zatém my swoje róbmy a im dozwólmy kręcić głowami, tupać nogami i krzywić nosami, skoro im to może zrobić przyjemność. Teraz zaś do rzeczy.
Pan mieszkając w stolicy, nie masz podobno wyobrażenia o życiu literata na prowincyi, chyba przeczuciem. Nie mówię tu o pseudo-literatach i hemi-literatach, którzy się łatwo pogodzą z życiem wiejskiém, lecz o tych, którzy się zupełnie i wyłącznie poświęcają literaturze, jak ja. Mam bowiem, zdaje mi się, prawo powiedziéć to nawet sam o sobie, że się temu poświęciłem i oddałem, gdy codziennie mi się i gorzko najczęściéj to poświęcenie przypomina. Jest więcéj takich, którzy wolne tylko godziny, niedogryzki życia, umysłowym zajęciom ofiarują, lecz mnie się zdawało zawsze, że aby skutecznie pracować i z siebie dla siebie coś zrobić i dla ludzi być użytecznym, trzeba oddać lepszą i większą część życia. Cóż za tém poszło? Naturalnie zapomnienie o wszystkiém, wyrzeczenie się wszystkiego dla literatury — wyrzeczenie się towarzystw (po większéj części niewielka ofiara), wyrzeczenie się przyrodzenia, swobody, spokoju i nadziei polepszenia materyalnego bytu, nawet przyjemności familijnych, które nielitościwie wymagająca praca obcina bez miłosierdzia. Nie skarżyłem się na to, nie mówiłbym nawet, gdyby komukolwiek na myśl przyszło, nie mówię ocenić poświęcenie, ale nawet zrozumiéć je. Ci panowie uważający literaturę za rozrywkę, książkę za słaby surogat wista, te panie, które śmiechu szukają wszędzie, dowcipu na każdéj karcie, młodzież nasza rozpróżniaczona, starzy po większéj części literatów na jednéj szali z komedyantami kładnąc; jakże mają seryo pojąć takie poświęcenie i zrozumiéć, że ono egzystuje, gdy przekonani nawet o niém, inaczéj nie potrafią nazwać, chyba szaleństwem i obłąkaniem.
— Proszę pana — powiadają — całe dnie, całe noce trawi nad książkami, nad pisaniem, gospodarstwo opuszcza, sąsiadom chybia, bo u nich nie bywa, z ludźmi nie żyje. Czysty waryat, panie dobr.!
— Biedny człowiek — odzywa się drugi głos, — ma jakiegoś szusta nieborak.
— Żeby téż tym dzieciństwom — dodaje poważniejszy staruszek — całe życie poświęcić! my to przecie w tym wieku pracowali, aby sobie los zapewnić, przyszłość niezależną uczynić; wyraźnie ma szusta, dobrze pani powiada.
Otóż sąd nieodwołalny — poświęcenie, nie umiejąc go pojąć, zowią obłąkaniem! Drudzy choć w oczy wstydzą się nawracać na drogę zbierania, gospodarowania etc. etc., choć w oczy wysoce chwalą takie poświęcenie, za oczy na równo z innemi ruszają ramionami. Trzeci, że nigdy nie probowali pracy tego rodzaju, nie pojmują jéj, nie rozumieją, utrzymują, że możnaby pogodzić oddanie się literaturze i mamonie.
— Ot, naprzykład — powiadają, — czemu ten, czemu ten, czemu tamten i ów, i gospodarują, panie, i wiersze piszą.
— Bardzo wierzę! Można wybornie gospodarować i wiersze pisać, ale od tego do poświęcenia się wyłącznego literaturze daleko. U nas dotąd nie bywało prawie przykładów oddania się zupełnego zajęciom umysłowym, chyba w ludziach z profesyi nauki traktujących, profesorach. — W świecie zaś wiejskim, takiego zjawiska nie słyszano, nie widziano, stąd najdziwaczniéj sądzą.
Nie szło tu jednak o sąd powszechny, ale o co innego; wróćmy do rzeczy.
Przystąpmy do najdelikatniejszéj materyi. U nas literatura nie daje i nie może dać chleba; każdy, jéj poświęcający się zupełnie, musi tedy ten chleb albo miéć zapewniony wprzód, albo jedną ręką na chleb, a drugą na poczciwą sławę pracować. Kto zaś chce się poświęcić wyłącznie literaturze, będzie niezawodnie chodził bez butów, jeśli nie ma innych utrzymania materyalnego życia źródeł. U nas dotąd literatura, jak owe bogi Wschodu, i jak bogi dawne Litwy, najulubieńszym swym synom, w dowód nieograniczonéj łaski, zsyła bole i cierpienia. Czemu tak jest u nas, gdy gdzieindziéj inaczéj? — Nie będę w to wchodził, nie mogę, nie chcę obwiniać nikogo.
Otóż, szanowny Panie (wykrztuśmy i to nareszcie), nie będąc nie tylko bogatym, ale nawet dostatnim, oddawszy się literaturze, muszę jeszcze myśléć, choć nie chcę, choć to prawie niepodobna, o gospodarstwie, o stodole, o owcach, o interesach, podatkach, potrzebach i o jutrze. — Wystaw więc sobie Pan, co to się w téj nieszczęśliwéj głowie dzieje, gdy z jednéj strony biją w nią myśli z pięknego świata, z drugiéj kłopotliwe przypomnienie jutra, przyszłości, starości. — Człowiek porywa pióro i rzuca, siada pisać i wstaje, chciałby tworzyć a nie może, gdy się wreszcie zdecydował, machnął i odpędził natrętne czarne myśli, usiadł i począł; — w tém wpadł ktoś, wszedł z potrzebném zawsze przypomnieniem o stodole, owcach, gorzelni — i wszystko popsuł. Pytam się, nie trzebaż to świętéj cierpliwości, aby znowu potém usiąść i pisać? A ileż to razy, myśl zerwana w połowie, spłoszona poleci, gdzie jéj nikt nie dogoni!
Dodajmy teraz nieodłączne od wiejskiego życia interesa. Daj Boże miéć je z uczciwemi ludźmi, naówczas kończą się łatwo, prędko, i czasu nie zabiorą; wpadnij-że na mataczy, na biednych, co w pocie czoła cudzego grosza szukają! — znowu miesiące, tygodnie, dni, godziny przepadły; napróżno wówczas stuka do twego serca uczucie, myśl, przypomnienie, próżno przychodzi zapał — gdy niéma spokojności, gdy się lękasz nie o siebie, ale o swoich, o żonę, o dzieci, o te przeklęte jutra — jakże tu pracować, jak pisać?
Potém wytarganemu gospodarstwem i interesami, fizycznie i moralnie osłabionemu, połamanemu na ciele i umyśle, jak siąść do pracy, jak tworzyć, gdy długo oddychać trzeba, nim się uspokoi gorączka przywieziona z podróży i poplątane myśli osiądą. O! Panie, męczeństwo takie życie, istne męczeństwo!
Ale nareszcie otrząsłeś się z gospodarstwa, zdałeś je na złodziejów, spodziewając się że przynajmniéj niewiele ci ukradną, i pokończyłeś interesa zapłaciwszy dla spokojności dwa razy jedno, wróciłeś do domu, odpocząłeś, uśmiechnęła się żona, przywitało cię dziecko, rozruszały cię książki nowe, któreś czytał — siadasz do pracy, roją się myśli, układasz plany, różowo widzisz ten utwór przyszły, który dokonany wyda ci się pewnie popielaty tylko — znowu jesteś w swoim żywiole.
Trzask z bicza!
— Ktoś przyjechał?
— Pędzą owce — Chwała Bogu! ale już śmiertelne przeszły cię dreszcze od stóp do głowy, zimno ci się zrobiło, przeląkłeś się — nic to — niéma nikogo.
Trzask z bicza!
— O!
— Ktoś przyjechał?
— Tak — odpowiada ci żona po cichu — istotnie ktoś przyjechał. A! więc precz książki, precz papier i pióra, precz myśli, wypogódź czoło, idź podziękuj gościowi, że cię odwiedził, że o tobie pamiętał.
I tak się téż robi — trzeba być uprzejmym, uśmiechającym się, zapraszającym, trzeba nie puszczać, trzeba rozmawiać o pogodzie, o urodzajach, o sąsiedztwie, siedziéć jak na mękach i udawać wesołego, szczęśliwego. Inaczéj powiedzą, że nie umiesz żyć z ludźmi, żeś dumny, zarozumiały, żeś — ale kto to wyliczy, co gadają!...
Zbyłeś gościa jednego, wjeżdża drugi. — Przyjacielu, jak się masz!
— Niéma co mówić: wszyscy przyjaciele! Bierze na sekret, ważne wiadomości. — Tam a tam, mówiono o tobie to a to — tam a tam odpowiedział tak a tak. Sprzeczali się. Tu znowu powiadają, że ty — i tak daléj.
Niepodobna, aby najrozumniejszego nawet człowieka najgłupsza czasem plotka nie dotknęła. Otóż i po spokojności. Wije ci się po duszy myśl niepotrzebna i dręczy jak soliter. Pojechał przecie roznoszczyk plotek, z nowemi plotkami daléj i jesteś wolny.
Nadjeżdża posłaniec.
— Czego tam?
— Pan, Pani — prosi o książki. Dajesz książki, bo dałbyś duszę, żeby się uwolnić. — W tydzień odbierasz zamiast podziękowania, odesłane książki podarte, oplamione, oszarpane, a w dodatku list z wymówkami, żeś chyba na szyderstwo i żart dał takie rzeczy do czytania. Jedna książka była za rozumna, druga za głupia (znajdź-że środek, kiedyś mądry), trzecia nieprzyzwoita, czwarta nie nowa, piąta usypiała skutecznie. Pożyczaj drugi raz książki!
Już znowu siadasz. Wieczór, nadchodzi swobodny wieczór, wieczorem rzadszy gość, nie przychodzą listy, i nie latają daleko plotki — pewny jesteś odpoczynku. Gdzie tam! Oto wchodzi ekonom, któremu sto razy powtarzać musisz do zrozumienia dyspozycyą na jutro (a jednak jéj nie spełni). Sotnik wnosi ogromny pęk kursoryj do podpisania, dozorca magazynowy przysłał jakieś formuły, które potrzeba przepisać; dają ci znać, że na kwatery przyszli żołnierze, a ty ich masz rozstawiać, tu znowu potrzebują furmanek pod przechód i t. d. Otóż i wieczór ci przepadł. Szczęśliwy, jeśliś skończył to wszystko do dziesiątéj i już spojrzawszy na zegar, liczysz sobie cztery godziny wolne, bo ledwie spoczniesz o drugiéj. Ale w téj chwili, jakże nie pomówić z biedną żoną, która cały dzień w milczeniu strawiła, nad robotą i książką, jak nie pobawić się z dziecięciem, które ku tobie rączki wyciąga! — Tak prędko biegną godziny! północ, ucichło, wszyscy spać idą — godzina pracy. W tém czujesz, jak całodzienną wrzawą, niepokojem, rozdrażnione nerwy drgają w tobie, jak głowa ci się płomieni, jak oczy pieką, krew wre po żyłach — siadasz i wstajesz i padasz bez modlitwy na łóżko, bo ci sił nie stało!
Ciągle chciałeś coś zrobić — a jednak nic nie zrobiłeś, dzień przeszedł! tyś dzień bliżéj grobu, a dzień ten minął nie zapisany w księdze życia. Niepodobna! niepodobna! zrywasz się, oblewasz się wodą, chłodzisz się powietrzem i siadasz do pracy. Bardzo jednak wątpię, żebyś co dobrego napisał!
Nazajutrz przychodzi poczta. Dzień cały zajmie ci czytanie pism peryodycznych, nadeszłych ksiąg, gazet, listów! — A! listów, na które odpisywać potrzeba, a bywa ich dziesięć, piętnaście — i więcéj! Dodawszy listy gospodarskie, przyjacielskie w interesach i familijne, sformuje to jakich dwa tysiące półarkuszy do napisania w rok. Tymczasem jednak siadasz tylko czytać. Już i to robota. A naprzód wpada ci do rąk gazeta z Warszawy, opieczętowana, nadesłana bezimiennie; jest to ekstra-pocztą wyekspedyowana zjadliwa recenzya. Wyrachowano wybornie, aby nie zawieruszyła się na poczcie i jak najprędzéj cię doszła.
Jakkolwiek kto jest oswojony z rozumnemi i nierozumnemi recenzyami (a ja spodziewam się, jestem bardzo, bo mnie ostatniemi karmią nie żałując) — zawsze to pewna, że smutne wrażenie robi zjadliwy pocisk. — Jeśli jeszcze nie widzisz sensu, prawdy, znajomości rzeczy, tylko szczerą złość, litość cię bierze nad bezimiennym głupcem, ale cię boli uderzenie. Popsuty humor, co gorzéj, rodzi się na jakiś czas niechęć do pracy, zrażenie, odpada ochota — radbyś wszystko porzucił! Ale zaprzężony koń nie zrzuca szlei, choć mu boki obciera. — Czytasz daléj — listy z komplementami — nudna potrawa, która wcale nie osładza goryczy głupieli recenzyj — listy z wierszami! Uchowaj nas Panie! ciężkie to listy! Jednakże, aby nie zawieść położonego zaufania, potrzeba odpowiedziéć. — Listy z prośbą o radę literacką — trzeba dać radę. — Listy z wymówkami, trzeba przyjąć wymówki. — Listy z reklamacyami — trzeba wrócić temu literę a tamtemu półtoréj opuszczonéj gdzieś wypadkiem. Listy z poznajomieniem się — trzeba podziękować — a koniec końcem — na wszystko odpisać. Aby się prędzéj zbyć z głowy ciężaru, siadasz i piszesz półtora dnia; jedzie na pocztę posłaniec i drugie tyle ci przywozi. Nie mówię, co to kosztuje pieniędzy, gorsza szkoda czasu, człowiek już o pierwszéj nie myśli, choć żonie żal tych idących w świat rubli, które nigdy nazad nie wrócą.
Otóż masz, Panie, obraz tylko jednéj części kłopotów. Teraz wziąwszy samo życie literackie, na które ile zostaje czasu, osądzisz sam; podzielmy je jeszcze na godziny nauki, bo się człowiek do śmierci uczy, godziny czytania, godziny poszukiwań i samego już tworzenia. Kilka rzeczy poczętych, wymagają każda osobnych przygotowań, namysłu, badań, zastanowienia. Tymczasem księgarze dopominają się rękopismu, a wydawcy pism peryodycznych artykułów. — Z serca radby się człek podzielić w dziesięcioro, aby każdemu dogodzić, pochlebiają same żądania i nalegania. Ale jak, proszę Pana, skończyć poczęte dwie historye, cztery powieści, poemat, pogodzić redakcyą pisma zbiorowego, do którego wszystkie artykuły przeczytać a kilka przynajmniéj przepisać potrzeba, jak pogodzić to z kolaboracyą do Tygodnika, Orędownika, Lwowianina, Gazety Porannéj, Przyjaciela i t. d., i t. d. Już wreszcie, z bólem serca trzeba komuś uchybić, czasem słowa nie dotrzymać, czasem posłać artykuł ni w pięć ni w dziewięć.
Otóż i wyjaśniona tajemnica mojego chwilowego milczenia, chwilowego, bo tyle się czuję dla niego i dla jego pisma obowiązanym, iż w piérwszą swobodniejszą chwilę wrócę z dawną gorliwością i zapałem do korespondencyi. — Chciéj Pan wierzyć, i t. d.

Gródek, 24 lutego 1841 r.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.