Dorotka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dorotka
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Dorotka.


Noc była chmurna, bez księżyca, bez gwiazd, bez niebios; wiatr szumiał, pędząc ogromne szare jesienne chmury, które zakrywały nawet ostatek światła tlejącego jeszcze na zachodzie. Dwaj jezdni obwinieni w opończe, pędzili drogą pustą na koniach, które, to się zatrzymywały sapiąc, podskakiwały gnane ostrogami, to w bok ulęknione rzucały. Jakby mszcząc się na niepogodzie, to jeden, to drugi klął niemiłosiernie — nic to jednak nie pomagało.
— A prędkoż dojedziem do gospody? — spytał jadący z tyłu, — bo do stu katów i coraz ciemniéj i wiatr do kości przejmuje.
— O! o! panie Litwinie, — odpowiedział drugi odwracając się nieco — tak-eśto prędko już zmarzł? U nas w Koronie prawią o was, żeście jak dzikie zwierzęta kosmaci a zahartowani na wszystko, a tu się pokazuje, że lada dworak twardszą ma skórę. To chyba od Unii ta delikatność was napadła?
— Ale żebym ja wiedział, — odparł Litwin — czego marznę i moknę, do roku sześciu niedziel nie poskarżyłbym ci się i potrafił wytrzymać. A pytam się waszmości, co za potrzeba była pod noc chmurną rzucać gospodę ciepłą, gdy nic w szyję nie pędzi.
— Cha! cha! ot, za pół milki gospoda — zawołał pierwszy, — zobaczycie, jak się nam wyda ciepłe ognisko, jak wygodny nocleg, jeśli — dodał — cali do gospody dojedziem.
— Co? — pytał Litwin — jeżeli cali dojedziem? Jeszcze co? alboż jest i niebezpieczeństwo jakie?
— Fraszka — rzekł zbliżając się ku niemu Polak, — zbójców się niespodziewani — ale.
— Cóż za ale — do licha?
— Ale i o duchach tu prawią.
— Gdzie? na drodze?
Litwin przeżegnał się ukradkiem.
— Wasze ze mnie drwinki stroisz.
— Niech mi tak Bóg dopomoże, jak prawdę szczerą mówię. — Ot, widzicie li tam w oddaleniu, ów jakby punkt czarny na niebie?
— Widzę.
— To wieża Dorotka, będziemy koło niéj przejeżdżali.
— I cóż? w niéj są duchy?
— Właśnie; a ta mara przeklęta, która wraca do wieży, najgorzéj jeszcze, słyszę, czyha na mołojców jak my, bo za życia — ale o tém nie pora teraz mówić.
Tak gadając dość głośuo, bo szum wiatru nie dał im prowadzić rozmowy, choć blizko jeden drugiego jechali, pędzili ku wieży, która coraz widoczniéj przed niemi na niebie czerniała.
— Toć to reszty zapewne jakiegoś zamczyska? — rzekł Litwin.
— I nie, — odpowiedział Polak — sama tylko wieża stoi, a mówią, że od wieków tak stała i nie było tu zamku wcale.
— Nikt w niéj nie mieszkał?
— Mówiłem wam, duchy chyba, — odpowiedział szybko Polak — pusta oddawna.
— Ale się w niéj świeci! — rzekł Litwin.
Na te słowa pan Zaklika (dworzanin J. K. Mości króla Stefana) podniósł oczy i konia wstrzymał; Litwin także.
— Na miły Bóg, świeci się w górném okienku wieży! — rzekł przestraszony. — Módlmy się, panie bracie, za dusze zmarłe.
Stali chwilkę w milczeniu, a Polak odezwał się znowu:
— Przydało się waści i mnie, przydało, wieża czarna stoi, a światła w niéj niéma żadnego.
— Prawda! — rzekł Litwin — jednakbym przysiągł, że się w górze świeciło.
— Ot, jedźmy prędzéj — przerwał Zaklika — a gdy przyjdzie mijać tę przeklętą wieżę, damy koniom ostrogi i przelecim cwałem. A teraz tęgiego kłusa.
Puścili się kłusować po kamiennéj drodze, przeciw wiatru bijącego im z chłodnym wiatrem w oczy; ale wprędce pan Zaklika wstrzymał swego konia.
— Miałeś waszmość słuszność, świeci się w wieży, ale u dołu — dodał z cicha.
— A świeci się — odpowiedział Litwin.
— Coż? jechać? — spytał Polak.
— Gdzie ja, tam i waszmość, — rzekł pan Świdło (Litwin z Grodzieńskiego). Lepiéj wy wiecie tu w swoim kraju, a tak jeszcze niedaleko Krakowa, czy bezpieczno jechać, albo nie; gdyby to koło Białego błota, albo w Białowieskiéj puszczy, tobym wam dał radę. Ale wam się z pozwoleniem przywidziéć musiało, bo wieża czarna stoi, jak stała.
Zaklika podniósł oczy i z cicha bąknął:
— Prawda. A no, jedźma.
Do wieży kilka jeszcze staj było, puścili się nasi podróżni kłusem i z pod opończy, któremi osłonieni byli z głowami, rzucając kiedy niekiedy ukośne na wieżę spojrzenia.
— Hm! hm! Litwo, — rzekł Zaklika — do stu kaduków, znowu się coś świeci.
— Niech się już świeci, czy nie świeci, a my jedźmy prędzéj, — odpowiedział Świdło — co tu myśléć i patrzyć, koniom ostrogi i ruszać.
— Ta, ta, ta! koniom ostrogi! Ot!...
— No, a cóżto znowu?
— Ja się wrócę nazad.
— Porzućże waszmość te błazeństwa — rzekł odwracając się Litwin — każdy z nas trochę się boi ducha, ale minąć wieżę szeroką drogą, to nic strasznego, choćby w niéj Lucyper starszéj córce wesele wyprawiał. — Toć krzyż pański od wszego złego obroni!
Zawstydził się Zaklika, który we dnie był odważnym rębaczem i nie dawał sobie w kaszę dmuchać — nic więc nie odpowiedziawszy towarzyszowi, spiął konia i poleciał w czwał drogą — Litwin za nim. Zbliżyli się ku wieży, ona stała czarna znowu, ale gdy już ją mijać mieli, koń pana Zakliki czegoś przestraszywszy się, kopnął w bok nagle i pana z siebie zrzucił. Nadbiegł na to Świdło, i stanął, nie chcąc towarzysza opuszczać, który silnie konia swego przytrzymywał za uzdę i próżno z ziemi podnieść się usiłował.
— Na Boga, ratuj, panie Świdło, pomóż mi, rękę sobie potrzaskałem czy co? — wołał leżący na ziemi. Litwin schylił się do niego, a na chwilę zapomnieli oba o duchach i o wieży. Wtém nad ich głowami zajaśniało światło w oknach pustki i padło odbite na podróżnych naszych. To zjawisko nowego ich nabawiło strachu, śpiesznie jęli się do koni; Zaklika z pomocą towarzysza na swojego się wgramolił. Ale nim się to stało, oczy Litwina ujrzały dziwne rzeczy, bo on przeżegnawszy się i nie bez strachu z ciekawości wrodzonéj, zajrzał w okno, z którego biło światło. I widział w niém — kobietę młodą w bieli ubraną, z chustką w ręku, wychylającą się z okna w dół, jakby czego szukała, i słyszał śpiew jakiś niezrozumiały, smutny, nucony niewiadomo przez kogo. Przeżegnał się powtóre i więcéj nie patrząc, jechał daléj z panem Zakliką, który, od strachu i bólu, wpół był umarły.
Spuścili się wąwozem ciemnym w dół na zarośla i po chwilce ujrzeli światło.
— To gospoda, dzięki Bogu! — zawołał Zaklika.
Milcząc podjechali ku niéj. Nie prędko otworzono im wrota, bo żyd karczmarz, mieszkający na trakcie, musiał się wprzód upewnić, co byli za jedni, nim ich wpuścił. Nasi dwaj obmokli i zziębli podróżni zastali ciepłe ognisko, izbę przestronną i wygodną; ale Polak, który sobie obiecywał cieszyć się odpoczynkiem, stękał na rękę. Pokazało się jednak po jéj opatrzeniu, że silnie tylko stłuczona była; — a tak spokojniejszy, obwinąwszy ją w płaty, ciepłém winem zmoczone, rzucił się na słomę.
— Ha! — rzekł po chwili do Litwina — dobrze nam się udało Dorocie wywinąć.
— A! dobrze, żeś wasz mość o tém począł, właśnie się miałem pytać, co to wszystko znaczy? Cóż to tam za niewiasta pokutuje, bom na własne oczy widział ją w oknie.
— Widziałeś ją? — krzyknął Polak — Matko Boska! A w którąż stronę patrzała?
— W dół wieży.
— To szczęście! — szepnął pierwszy.
— Ale czy mi wytłómaczysz to przecie, — przerwał Świdło — cóż to za niewiasta?
— Ja oszczędzę trudu wielmożnemu pana — odezwał się, z pod pieca wysuwając w téj chwili, staruszek.
Podróżni, zdziwieni tém nowém niespodziewaném zjawiskiem, umilkli.
Laudetur Jesus Christus! — rzekł pokornie kłaniając się staruszek, postępując ku nim.
Po tém chrześcijańskiém powitaniu, śmieléj na niego spojrzeli podróżni. Szedł ku nim pochylony, ale czerstwy jeszcze na twarzy, w czarnéj opończy człowieczek, podpierający się jedną ręką na kiju białym, w drugiéj niosący czarną skrzyneczkę. Była to skarbona — staruszek niegdy klecha, teraz dzwonnik i kwestarz z blizkiego kościoła.
— Już to nie chwaląc się, mili panowie, — począł — ale pewnie nikt lepiéj ode mnie nie opowie całéj historyi o Dorotce, byleście czém suche gardło dali odwilżyć.
Litwin ze stoła dał piwa staremu, który w milczeniu je wysączywszy, a otarłszy wąsy odwróconą ręką, spytał:
— Pozwolicie wasz mość usiąść staremu podtuptałemu dziadowi?
— Siadaj! siadaj! — rzekł Świdło — i gadaj!
Stary poszedł pod piec, postawił kij i skarbonę podle siebie i tak zaczął:
— Trzeba wasz mościom wiedziéć (boście pono tu obcy), że w naszéj tu okolicy miała posiadłości swe starożytna familia Tęczyńskich, któréj owo jest jeszcze i teraz zacny potomek jegomość pan podkomorzy wielki, daj mu Boże sukcesa wszelakie. A był to ród cnotliwych i poczciwych ludzi jeden w drugiego! rodzili się wszyscy i wychowywali i wsławiali na świecie bez przerwy, a bez plamy, jakoby jeden człowiek sobie podobni. I był u nich (a jest pono i teraz) zwyczaj taki, iż najstarszy z familii zapisywał dzieje ich wszystkich, sławne a poczciwe czyny każdego; tak sobie podając owę księgę i wczytując się w przykłady, starali się bardzo troskliwie, aby imienia swojego sławę poczciwą utrzymać. I trwało to tak bardzo długo, że nikt na nich plamyby najmniejszéj rzucić nie mógł. Ale Pan Bóg ich w końcu ukarał srodze za to pewnie, iż się doskonałemi sądzili, co człowiekowi słabemu nie godzi się. Urodziła się jednemu z onych panów Tęczyńskich córka, któréj imię dano Dorota: było wielkie wesele z powodu onych urodzin na zamku Tęczyńskich, ale się skończyło wielkim smutkiem, gdy wezwany uczony jeden (niektórzy prawią, że żyd jakoby) w gwiazdy jakoś tam mądrze popatrzywszy, przepowiedział, iż ona Dorota miała być dla swego rodu wielkich nieszczęść przyczyną, potém zasię i zapomnieli o owéj przepowiedni, a dziecko się zdrowo i pięknie chowało. Ojciec tymczasem zmarł, została się wdowa, z wielkiego żalu umarła i ona jakoś w rok potém, a Dorota sierota. Naznaczyli jéj tedy opiekę, wziął ją stryj do siebie, miała już lat kilkanaście, a była, mówią, piękna jak anioł i mądra bardzo, że inne niewiasty dziwiąc się jéj rozumowi, mówiły o niéj, jakoby jéj ten wielki dowcip na złe wyjść musiał, gdyż go miała nie wedle płci swéj i wieku — nie inaczéj chyba za sprawą złego ducha.
Tu się stary przeżegnał i splunął.
— Prędko jakoś zjawił się bogaty pan, powinowaty Tęczyńskich (ba tego samego, mówią, herbu), który jął się starać o posażną pannę. Jak to u nas stary zwyczaj, ów pan przez stryjów i opiekunów o pannę jął chodzić, bo oni mieli sami prawo wydać ją za mąż. Zaraz tedy dała się słyszéć Dorota z tém, iż go nienawidzi i nie pójdzie za niego, kiedy się o jéj łaskę nie starał, tylko ją jak bydlę targował. A już podobno miała jakąś miłość w sercu. Doszła zuchwała mowa uszu stryja, który jak wszyscy Tęczyńscy gwałtowny i impetyk był zakaty; uwziął się tedy wydać Dorotę, nie tyle z dobréj woli dla starającego się o nią, jak, by pokazać, że na swojém postawi.
Z początku trzymała się dobrze panienka, ale gdy klasztorem jęli straszyć, a różne na nią sposoby wymyślać, tak ją w końcu pożyli, że dała pierwszeństwo owemu panu, zaklinając się wszakże, iż potrafi się pomścić. Ale mało baczono na te niewieście odgróżki i wesele odbyło się. Historye o niém powiadają, których waszym miłościom długo powtarzać nie będę; to pewna, że gdy ich zawiedli wedle zwyczaju do łożnicy, a wszyscy precz odeszli, mąż uściskać chciał żonę, ona zaś dobywszy noża, uderzyła go nim tak silnie w piersi, iż ciężką ranę zadała wołając: — Masz włości i zamki, a mnie nie tykaj, żeniłeś się z wianem, nie ze mną.
Nie długo jakoś żyła z mężem Dorota i owdowiała rychło. Było gadanie, jakoby go, udawszy zgodę, struła w winnéj polewce, ale nikt tak szkaradnéj zbrodni nie wierzył. Tu zasię swobodniejsza a prawie już woli swéj pani, jęła sobie sowicie płacić za to, co ucierpiała. Na zamku jeno tylko uczty, biesiady, tańce, maszkary i swawole trwały od wieczora do świtu; młodzież się cisnęła ku wdowie bogatéj i cudnéj urody — ona pomiatała wszystkiemi. Dwóch nareszcie, którzy się w niéj zapamiętale rozmiłowali, postanowili dojść, czemuby tak dla wszystkich obojętną była. — Nie może to być, — mówili sobie — aby ku całéj płci naszéj jednaką była, musi kogoś lubować, ale się z tém tai. I poczęli ją śledzić bacznie, aż z wielkim trudem strawiwszy niemało czasu doszli, iż w nocy tylnemi wschody do sypialni wchodził ktoś urodziwy, a nad rankiem go aż służebna poufała wypuszczała. I poczęli pilnować, aby go schwytać, a pomścić się, bo ją wielce miłowali, że aż głowy potracili. Jednéj tedy nocy stanęli na czatach, i widzieli go, jako wchodził, a nad rankiem za powracającym dybiąc, ujrzeli wciskającego się po cichu do komnaty sług. Nie chcieli rozruchu czynić we dworze, a myśleli tylko, coby uczynić nazajutrz, aby go poznać we dnie, gdyż pewni byli, iż nie kto inny był, tylko jeden z dworzan pani Doroty. I następnéj nocy na wschodach wbili kilkoro końców włóczni i ostrych gwoździ tak, iż wracający skaleczył nogę, a kulejąc mocno, zaciągnął się, gdzie i wprzódy. Śledzili tedy rano, którego będzie brakło, ale żadnego z dworzan nie brakowało. I uczynili potém nową zasadzkę, aby go pojmać, ale się nie ukazał już więcéj. Odjechali tedy z zamku pani Doroty, wielce gniewni na nią, roznosząc po świecie, jako owa wzgardliwa niewiasta, która tylu zacnych od siebie odepchnęła, z jednym mizernym pacholikiem sromotnie żyje. A gdy się ona wieść rozeszła, doniesiono ją do uszu stryjów pani Doroty, zawzięli się na nią srodze i nasadziwszy szpiegi, badali, chcąc dojść, z kim żyła; ale napróżno. Trwało to tak lat kilka. Aż w końcu przekupiona dziewka służebna odkryła, iż ulubieńcom owym był jeden młody dworzanin, który się zwał — Zaklika.
— Zaklika! — krzyknął Polak zrywając się z pościeli. — Co? jak? powtórz, stary!
— Zakliką zowie go tradycya — odpowiedział staruszek i ciągnął daléj spokojnie: — Jak skoro upewnili się stryjowie o tém, schwytali onego nieszczęśliwego i wsadzili go w głęboki loch, zakuwszy w kajdany. Sądzili może, iż tém panią Dorotę upokorzą, ale ona nie dała znaku żadnego po sobie; a nie wiedziéć jak Zaklika umknął z lochu w pół roku i wrócił na dwór jéj. Tu już strzegł się lepiéj niż wprzód, że go wziąć nie potrafili. A pani Dorota, czy to z litości, że dla niéj srogą niewolę przecierpiał, czy z przyrodzonego afektu, już cała mu się, wobec wszystkich, nie sromając i nie kryjąc, oddała. Z ubogiego szlachetki Zaklika zmienił się prawie w pana, dano mu dwór, konie, sług, pieniądze — co zażądał. Mówią, że potajemnie ślub wzięli. Stryjowie gorzéj się jeszcze rozjedli na swoję synowicę; a gdy raz Zaklika z łowów powracał, napadli go w lesie i zabili. Na tém nie koniec, pani Dorota jakby się zawzięła przeciw nim, dobrała sobie z dworzan drugiego miłośnika, z którym żyjąc nie taiła się wcale, owszem, jakby sobie z tego chluby szukała. Zabić kazali stryjowie i tego; nastąpił trzeci, który się nie uląkł poprzedników swoich. Z tym, w kilka miesięcy, także nie wiedziéć co się stało. Dorota naówczas jakby w rozpaczy rozpasała się na najsromotniejszą rozpustę, o jakiéj strach pomyśléć, a poczciwemi usty rozpowiadać jéj się nie godzi. Tymczasem stryjowie i inni krewni złożyli radę tajemną, jakby zapobiedz takowemu życiu, które ich poczciwe imię i sławę przodków kalało. Różne różnych były zdania. Jedni ją zabić, drudzy otruć, inni zamknąć do lochu radzili; aż najstarszy wniósł, aby postawić wieżę nad drogą i w niéj ją zamknąć, a ludziom przez to pokazać, iż jedynéj sromocie swego rodu i zakale imienia nie przebaczyli Tęczyńscy, a srodze ją ukarali. Przyjęto radę, spędzono ludzi i w dni kilka tajemnie pobudowano wieżę. Zaledwie ukończona została, stryjowie wpadli na zamek pani Doroty, porwali ją i uwieźli i osadzili w onéj wieży, w któréj téż rychło umarła; a przez wielką zemstę, ciała jéj nawet nie pogrzebiono, które mizernie w zamurowanéj izbie porzucono. Póki żyła Dorota, mówią, że czy z wyuzdanéj rozpusty, czy dla złości przeciw stryjom swym, siedząc w oknie, wabiła do siebie podróżnych, a nawet chłopów i żebraków, wołając ich jako prawa nierządnica, a zowiąc się po nazwisku swojém w głos. Wielki to był wstyd dla panów Tęczyńskich ale srodze się téż zań mścili.
— I koniec? — spytał staruszka Świdło.
— Nie koniec jeszcze — odpowiedział klecha. — Taka to była w niéj uparta niewieścia natura, że po śmierci wraca do onéj wieży i w niéj hula, śpiewa, bankietuje, a trafi się li w nocy podróżny, to go ku sobie wabi, jako przedtém. Mówią, że wielu tak śmierć znalazło, drapiąc się do wieży, a nie wiedząc, że ona kobieta, co ich kusiła, była złym duchem — bo mara okazuje się piękną, młodą, wesołą niewiastą, jak była za życia, i śpiewa niekiedy piosnkę miłosną; lub mówi, poczynając zawsze od tego:
— Jam Dorota Tęczyńska!
— Szczera prawda, — szepnął z cicha Litwin, sięgając do kalety po szeląg dla klechy — sam ją widziałem. A może li Bóg, niech im wszystkim przebaczy, bo wszyscy zbłądzili wiele, i panów stryjów nie wyjmując.

1840 październik
Gródek.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.