Listy z Afryki/Tom I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Listy z Afryki
Wydawca „Słowo“
Data wydania 1893
Drukarz K. Rubieszewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
IX.

Sewa-Hadżi. — Misya Braci Białych. — Dzieci. — Misya Główna. — Mgr. de Courmont i O. Le Roy. — Rady i narady. — Klimat i jego skutki.

Następnego dnia odwiedził mnie Sewa-Hadżi, miejscowy kupiec i bogacz indyjski. Słysząc, że zamierzamy udać się na stały ląd, przyszedł z zapytaniem, czy nie zechcemy użyć jego pośrednictwa do zebrania karawany. Kto przyjeżdża do Zanzibaru z zamiarem wprawy w głąb Afryki, musi w sprawie karawany udać się do miejscowych Indyan, inaczej nie da sobie rady lub zbierze hałastrę rzezimieszków, której połowa nie stawi się, mimo zadatku, gdy przyjdzie czas ruszyć, a następnie pozostała reszta porozkrada perły i tkaniny przy pierwszej lepszej sposobności. Używając pośrednictwa Hindusa, spisuje się z nim kontrakt w konsulacie, a jakkolwiek nie unika się i w takim razie tysiąca kłopotów, mitręg i szkód, jest przynajmniej w danym wypadku kogo pociągnąć do odpowiedzialności. Sewa-Hadżi, do wielu mniej lub więcej jawnych swych zawodów i zajęć, łączy i zawód dostawcy „pagazich“ dla podróżników. Stanley zawsze używał jego posług i kilkakrotnie o nim wspomina; z nim również układał się Mayer, idąc do Kilima-Ndżaro — dlatego też patrzyłem z zajęciem na tak sławną osobę. Jestto człowiek lat około pięćdziesięciu, wysoki, czarnobrody, o złotej cerze i rozumnych oczach. Strojem przypomina wszystkich bogatych Indyan lub Arabów. Bogaty ma być bardzo. Posiada domy handlowe w Zanzibarze i Bagamoyo, które załatwiają wszelkiego rodzaju sprawy, nawet podobno takie, któreby w Europie doprowadziły do pewnych zawikłań z kodeksem. Sewa-Hadżi jest jednak ogólnie dobrze widziany dla swej hojności i innych przymiotów, które mu przyszły razem z pieniędzmi.
Rozmowa nasza krótko zresztą trwała, pokazało się bowiem, że Sewa nie zna żadnego europejskiego języka. Na moje pytanie, czy mówi po angielsku, odpowiedział: „I speak suahili“. Wobec tego mogliśmy się porozumiewać w dalszym ciągu tylko za pomocą pantominy. Prócz tego, nie chciałem zawierać z nim układu, raz z powodu, że skromna wycieczka nasza nie przedstawiałaby dla niego interesu, a powtóre, że mając polecenia do misyonarzy, spodziewałem się, że z ich pomocą zbiorę karawanę i taniej i złożoną z ludzi uczciwszych. Jakoż nadzieja ta nie zawiodła mnie wcale.
Do misyonarzy udałem się wkrótce po przybyciu. Naprzód poszedłem z listem kardynała Lavigerie do Braci Białych, których misya leży nad morzem, nieco w bok od ulicy, prowadzącej na Mnazimoję. Zastałem w niej trzech księży: przełożonego, którego nazwiska nie mogę w swych notatkach odszukać, ojca Ruby i młodego braciszka, rodem z Alzacyi. Dom i ludzie uczynili na mnie dobre wrażenie. Panuje tam ubóstwo i pogoda. Sam budynek, z zewnątrz pospolity, różni się od innych domów arabskich tylko tem, że przy bramie ma dzwonek z rękojeścią w kształcie krzyża. Za to w środku jest coś z klasztornego zacisza. Podwórze jest zarazem ogrodem. Wchodząc, widzi się w głębi kraciastą altanę, owiniętą przez pnące się rośliny, z pośród których wychyla się posążek Matki Boskiej. Niżej kapią kwiaty, podobne do szczodrzeńca i groszków, lecz przeważnie purpurowe, a między niemi kręcą się zielone swojskie papużki. Tuż za altaną parkan, całkiem pokryty bisiorem kwiecia, nad którem strzelają w górę palmy. Podwórze zbiega aż do brzegu, pełne młodych drzew mangowych i innych, w których cieniu drgają pasma słoneczne, nakoniec wzrok gubi się w przestworzu morza, najczęściej tak gładkiem, że gdy obok ogrodu przepływa murzyn w łodzi, to widać drugą łódź i drugiego murzyna w toni.
W godzinach, w których dzieci nie hałasują, ogród zalega milczenie, tylko słońce chodzi, patrzy i piecze. Popołudniu między grzędami i wśród drzew snują się białe habity ojców i rozlegają się śmiechy małych murzynków, ale i wówczas, nad domem i nad ogrodem, zdaje się unosić słowo: Pax. Tam w mieście wre życie handlowe; Arabowie, Hindusi, Niemcy, Anglicy, Murzyni, sprzedają, kupują, walczą o zysk i zarobek — tu, fala tego rodzaju trosk i zabiegów rozbija się u proga, świat inny, w którym o inne rzeczy chodzi, aż dziwny przez to wyzwolenie się od życiowej mordęgi, spokojny bardzo.

W ogrodzie Mysyi Braci Białych.

Misyonarze zajmują się wychowaniem w zasadach chrystyanizmu dzieci murzyńskich, przez które mają nadzieję rozszerzyć zczasem Ewangelię po całej Afryce. Ale że misya jest uboga i niedawno założona, przeto i dzieci jest niewiele, wszystkiego kilkunastu chłopców, po największej części wykupionych z niewoli, a należących do najrozmaitszych szczepów, zamieszkujących Czarny ląd. Są tu więc przedstawiciele narodu Suahili, są malcy z ziemi Uzaramo, Udoe, Uzagara, Mafiti, Unyore i z Ugandy. Wykładają im zasady religii w języku ki-suahili, jako rozpowszechnionym w całej wschodniej Afryce, aż do Wielkich Jezior i górnego biegu Kongo. Prócz tego uczą się w ogrodzie uprawy pożytecznych roślin i sadzenia owocodajnych drzew. Kiedyś, gdy dorosną, malcy ci zostaną odesłani każdy w swoje strony, by tam sadzili broniące od głodu drzewa i opowiadali o Bogu, który kocha i czarnych.
Przełożony pokazał nam dom, szkołę, mieszkania chłopców i kapliczkę. Wszystko to jest, jak już wspomniałem, bardzo ubogie, ale wesołe. Kapliczka zajmuje najobszerniejszą izbę na pierwszem piętrze domu. W głębi ma ołtarz, ubrany w kwiaty, na przodzie organki, a raczej melodykon, z surowego drzewa, nie większy od średniej skrzynki. Byłem kiedyś później w tej kapliczce podczas Nieszporów — i dziwne wrażenie czyniły na mnie te małe czarne figurki, wyciągające cieniutkiemi dziecinnemi głosikami: Ave Maria, które powtarzało się co chwila, w pieśni, śpiewanej zresztą w języku ki-suahili. Istnieje cała, niezmiernie miła kategorya wrażeń, będąca przypomnieniem i jakby odnalezieniem tego, czegośmy zaznali i z czemeśmy się zżyli od lat dziecinnych. Otóż z podobnego rodzaju przypomnieniem spotkałem się w tej kapliczce. Pamiętałem, że to Zanzibar, że o kilkaset kroków roztacza się Ocean Indyjski, a tysiące mil przedziela mnie od domowych progów, a jednak, słuchając tej pieśni, chociaż śpiewanej przez czarnych malców i w nieznanym języku, miałem złudzenie, że jestem gdzieś między swymi, w jakiejś parafialnej kapliczce, w której wiejskie dzieci śpiewają: „Anioł Pański.“ Im się jest dalej, tem takie złudzenia więcej wzruszają. Odnajdywałem je potem co misya.
Po południu tego samego dnia, ojciec Ruby zaprowadził nas, z polecenia przełożonego, od msgra de Courmont, wikaryusza apostolskiego Zangwebaru. Mieszka on w drugiej misyi, położonej w środku miasta, w owej podobnej do labiryntu dzielnicy indyjskiej, którą już opisywałem w poprzednich listach. Ta misya, znacznie obszerniejsza, założona została, o ile mi wiadomo, około 1860 r. Ma ona więcej wychowańców, między innymi wielu zanzibarytów, którzy wzrośli pod jej opieką, potem wyszli z niej i pozakładali w mieście chrześciańskie rodziny. Ci stanowią teraz parafię, która powiększa się z każdym rokiem. Kościół tutejszy jest głównym i nie licząc dwóch kapliczek, jedynym kościołem katolickim w Zanzibarze. Co niedziela świątynię zapełnia owczarnia o wszelkich barwach skóry. Przychodzą tu biali, nawet innowiercy, Indyanie, Goancze, Indyanki, o cerze złotej, upowite w białe muśliny i złotogłów; malgasze, czyli wychodźcy z Madagaskaru, o cerze brunatnej, zanzibaryci i negrowie zupełnie czarni. Prócz mszy, całe nabożeństwo odprawia się w języku ki-suahili. Kazania bywają podwójne: ki-suahili i angielskie.
Brunatni i czarni, tak mężczyźni, jak i kobiety, modlą się na książkach. Kto wychodzi z misyi, ten umie czytać; książki do nabożeństwa drukuje także misya, która posiada własną prasę i uzdolnionych czarnych zecerów. Do innych zasług mysyi policzyć należy i tę, że dźwięczny i bogaty język ki-suahili uczyniła piśmiennym. Istnieje kilka jego metod i gramatyk, napisanych przez misyonarzy, a za mego pobytu w Zanzibarze, uczony ojciec Le Roy kończył właśnie drukować, pod kierunkiem msgra de Courmont, wielki słownik ki-suahili-francuski. Wydawnictwo to musiało już wyjść do tej pory.

Drzewa Mango.

Msgr de Courmont pochodzi ze starej szlacheckiej rodziny francuskiej. Jestto człowiek w sile wieku, o twarzy wytwornej, na której wszelako klimat wycisnął już swoje piętno. Przyjął on nas bardzo uprzejmie i dowiedziawszy się, iż zamierzamy uczynić wprawę w głąb lądu, przyrzekł natychmiast pomoc wielkiej misyi w Bagamoyo. Wówczas też usłyszałem po raz pierwszy o bracie Oskarze z Bagamoyo. Msgr de Courmont zapewnił nas, że brat Oskar urządzi nam całą karawanę i wszystko, co potrzeba, jak tylko wróci z Mombassa, dokąd w sprawach misyi był wysłany. Mnie, którym wiedział już o olbrzymich trudnościach, z jakiemi ma się do czynienia przy urządzaniu karawany, zdziwiło nieco to, że msgr mówi o tej sprawie, jak o rzeczy błahej i łatwej, począłem się więc z pewnym niepokojem wypytywać, czy istotnie brat Oskar będzie mógł sobie dać z tem radę. Zauważyłem jednak, że moje wątpliwości wywołały tylko uśmiech, szczególniej zaś wstąpiła we mnie otucha, gdy ojciec Le Roy zawołał wesoło:
— Brat Oskar! Ależ on przez całe życie nic innego nie robi!
Jakoż z dalszej rozmowy pokazało się, że sam Sewa-Hadżi jest, pod względem przygotowywania karawan, tylko niedoświadczonym mydłkiem w porównaniu z bratem Oskarem. Rozrzucone w głębi lądu, a zostające pod bezpośrednią władzą msgra de Courmont misye, potrzebują, by im od czasu do czasu przesyłano zapasy, oraz tkaniny i perły, za pomocą których wykupują dzieci z niewoli i nabywają żywność. Towary te muszą być wysyłane za pomocą karawan, które czasem miesiącami całemi muszą iść na miejsce przeznaczenia. Otóż urządzaniem ich zajmuje się „frère Oscar“, ni mniej, ni więcej, tylko od lat dwudziestu siedmiu. Wysyła on je do Mrogoro, do Mandery, do Longa, do Mhonda, do Tunungo i do innych misyj, których nazwisk nie pamiętam, leżących bądź to bardziej na północ w okolicach Mombassy, bądź bardziej w głębi, ku Wielkim Jeziorom. Czasem sam staje na czele tych wypraw, czasem powierza je doświadczonym przewodnikom. On także urządza karawany dla msgra de Courmont, gdy ten, w towarzystwie ojca Le Roy, wybiera się na objazdy swej dyecezyi, mówiąc nawiasem, jednej z największych na świecie — lub na wyszukiwanie wśród dziczy nowych miejsc, podatnych do założenia misyi. Imię brata Oskara głośne też jest głęboko w Afryce; nikt nie zna tak dobrze murzynów; nikt, z wyjątkiem ojca Stefana, przełożonego z Bagamoyo, nie mówi tyloma narzeczami murzyńskiemi; nikt niema takiego doświadczenia i takiej wprawy w postępowaniu z czarnymi; nikt nie umie ich tak sobie jednać, rozweselać i zyskiwać ich przywiązania.
Oczywiście, że wobec tego msgr de Courmont i ojciec Le Roy mieli prawo uśmiechać się, słysząc moje powątpiewania, czy brat Oskar da sobie rady i potrafi złożyć dla nas karawanę. Co do mnie, wpadłem w wyśmienity humor, albowiem nie potrzebowałem się już obawiać, że będę złupiony przez Sewa-Hadżę i nabrałem pewności, że naprawdę pójdę w głąb stałego lądu. Znaleźliśmy też w księdzu Le Roy doskonałego doradcę. Pokazało się, że zna on Afrykę nietylko jako misyonarz, ale jako myśliwy i uczony geograf. W kilka dni później uczynił dla mnie mapkę, którą zachowuję jako pamiątkę. Rzeki, góry, wzgórza, większe osady murzyńskie i misye są w niej wskazane szczegółowo, a wyraz gibier, rozsiany gęsto i podkreślony w różnych miejscach kolorowym ołówkiem, wskazuje, gdzie można znaleźć najlepsze polowania. Widywaliśmy się potem dość często, bo albo my przychodziliśmy do misyi po informacye, albo ksiądz Le Roy przynosił nam wiadomości o bracie Oskarze — i była to dla nas jedna z najmilszych znajomości, jakie uczyniliśmy w tej podróży. Wyobraźcie sobie człowieka młodego, żywego jak iskra, który, gdy wychodzi nawet na przechadzkę po Mnazimoi, to nie idzie, ale pędzi, jakby chodziło o jakąś niecierpiącą zwłoki sprawę; który załatwia codzień tysiące czynności, naucza, odprawia nabożeństwo, drukuje słownik, rozpisuje listy i który przytem odznacza się zarazem wysokiem wykształceniem i prawie dziecinną wesołością. Nieśmiejącego się księdza Le Roy widziałem tylko na ambonie i przy mszy, ale nawet i wówczas twarz jego zostaje zupełnie jasna. Febra wypisała mu na czole adsum — ale w jego wesołości nie ma nic gorączkowego. Jego śmiech jest wylewaniem się nazewnątrz radości i pogody człowieka, przeświadczonego, że obrał najlepszą cząstkę. Ciekawy typ psychiczny, nawet dla tych, którzy nie mogą iść i nie pójdą podobną drogą.
Jestto przytem jeszcze i niepospolity talent pisarski. Gdym, po powrocie ze stałego lądu, chorował na febrę, ksiądz Le Roy przyniósł mi swój opis podróży, jaką wraz z Monsignorem odbyli w górę rzeki Tani, wśród dziczy zupełnie nieochajnej, w tym celu, aby upatrzyć miejsce na misye. Otóż podróży, pisanej tak barwnie, dającej czytelnikowi tak wypukły obraz kraju i ludzi, nie czytałem dawno, choć czytam mniej więcej wszystko, co się pisze o krajach mało znanych. Krajobrazy były robione tak, jakby je kreślił Loti, tylko bez maniery Lotiego i bez jego monotonii, miejscami bowiem w opisie widoków i ludzi tryskał prawdziwy humor. Pomyślałem wówczas: ile ten ksiądz ma farb na palecie, a zarazem jak sobie mało z tego robi!
Żałowaliśmy tylko z towarzyszem, żeśmy nie trafili na chwilę objazdu dyecezyalnego msgra de Courmont, bo w takim razie byłaby i karawana gotowa i towarzysze wyborni. Ktoby zaś przypuszczał, że takie objazdy nie sięgają daleko, tenby się grubo mylił. Sięgają one czasem do krain zgoła jeszcze niezwiedzanych, a docierają często dalej, niż rozmaici znani podróżnicy, którzy potem piszą książki o swych wyprawach i zyskują sławę nieustraszonych badaczy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.