Kwiaty Idalki (1908)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Kwiaty Idalki
Data wydania 1908
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Den lille Idas Blomster, 1835
Źródło Skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

BIBLJOTECZKA MŁODZIEŻY SZKOLNEJ 50




H. ANDERSEN





KWIATY IDALKI

PRZEKŁAD C. NIEWIADOMSKIEJ


Gebethner i Wolff - logo.jpg




WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1908





KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.




Moje śliczne kwiatki zupełnie powiędły! — zawołała Idalka zasmucona. — Wczoraj wieczorem jeszcze były takie ładne, a dziś zwiesiły główki, opuściły liście; co to ma znaczyć? Dlaczego to, Fredziu?
Ostatnie zapytanie zwróciła do studenta, który siedział na sofie. Niedarmo pytała go o to, — Fredzio wiedział wszystko. Umiał opowiadać prześliczne historje, wycinać różne figle: serduszka z tańczącemi w środku dziewczynkami, kwiaty i wspaniałe zamki, w których się otwierały drzwi i okna. Był to nielada student.
— Dlaczegóż dzisiaj te kwiaty tak zwiędły? — powtórzyła, wskazując bukiet na stoliku.
— Nie wiesz, dlaczego? — rzekł Fredzio. — Twoje kwiaty były dziś w nocy na balu i dlatego teraz pospuszczały głowy. Są zmęczone.
— Co też ty mówisz, Fredziu? Przecież kwiaty tańczyć nie umieją?
— Tak myślisz? A ja twierdzę, że tańczą prześlicznie. Prawie co noc, kiedy my śpimy, wyprawiają sobie bale i bawią się wybornie.
— A dzieci na takim balu być nie mogą?
— Owszem — odparł Alfred — bywa ich nawet zwykle dosyć dużo: pączki róż, konwalijki ledwie rozwinięte, stokrotki polne.
— I gdzież one tańczą?
— Czy pamiętasz zamek królewski za miastem, gdzie jest ten duży ogród, pełen kwiatów? Karmiłaś tam łabędzie, czy pamiętasz? Przypływały do ciebie i chwytały okruchy chleba, które rzucałaś w wodę. Tam właśnie odbywają się zwykle te bale.
— Ach, wiem! Właśnie byłam tam wczoraj z mamą, ale nie widziałam już liści na drzewach, ani kwiatów w ogrodzie. Gdzież się podziały wszystkie? W lecie tyle ich było!
— Są teraz w zamku — odparł student. — Powinnaś wiedzieć o tem, że skoro tylko król ze swoim dworem powraca do stolicy, wszystkie kwiaty uciekają z ogrodu do zamku, gdzie bawią się wybornie. Najpiękniejsze dwie róże zasiadają wtedy na tronie i są królem i królową. Znasz kogucie grzebienie, te czerwone kwiaty? One stoją po obu stronach, niby szambelanowie. A reszta rozpoczyna tańce. Śliczne fijołki udają młodych marynarzy, a hjacynty i krokusy — młode panny. Tulipany zasiadają na fotelach, niby poważni ojcowie, a czerwone lilje, jak troskliwe mamy, uważają na wszystko i pilnują przyzwoitości i porządku.
— I nikt im nie zabrania tak się bawić w pałacu króla? — spytała Ida.
— Prawie nikt o tem nie wie, moja droga. Zdarza się czasem, że stary burgrabia, który czuwa nad zamkiem, zechce po nocy przejść się po pokojach. Ale cóż? Ma on wielki pęk kluczy u boku, a skoro tylko kwiaty usłyszą brzęk kluczy, chowają się za firanki i siedzą cichutko, ostrożnie wysunąwszy główki.
— Tu pachną kwiaty! — mówi do siebie burgrabia, ale jest bardzo stary i nic nie może dojrzeć.
— Ach, jak to ślicznie! — zawołała Ida, klasnąwszy w dłonie. — Mój drogi, mój drogi, czy jabym tego zobaczyć nie mogła?
— Dlaczegóż nie, Idalko? Zajrzyj tylko kiedy przez okno do zamku, skoro będziesz w ogrodzie, a zobaczysz sama to wszystko. Ja dzisiaj tak zrobiłem; żółta lilja leżała wyciągnięta na sofie, to była dama dworu.
— A kwiaty z Botanicznego ogrodu czy także tam mogą przychodzić? To chyba dla nich za daleko?
— Cóż znowu, Idalko — przecież mogą fruwać. Czyś nie widziała nigdy prześlicznych motylków, żółtych, czerwonych, białych? Prawda, jakie niektóre podobne do kwiatów? Bo też to naprawdę kwiaty. Oderwały się od łodyżki i zatrzepotały w powietrzu płatkami, niby skrzydełkami. Wtedy zaczęły fruwać. A ponieważ były grzeczne, pozwolono im fruwać dzień cały, zamiast siedzieć cicho na łodyżce; tym sposobem nabrały wprawy, a płatki ich stały się naprawdę skrzydełkami. Sama to widziałaś zresztą.
— Ach, tak! ach, tak! — szeptała zdumiona Idalka.
— Może być zresztą, że kwiaty z Botanicznego ogrodu nie były dotąd nigdy w królewskim zamku i nie wiedzą, że tam się można w nocy tak dobrze zabawić. Dlatego coś ci powiem; — to się dopiero zdziwi profesor botaniki, który tu obok mieszka! Znasz go przecież? Kiedy będziesz w jego ogródku, szepnij któremu kwiatkowi o balu w królewskim zamku, on to opowie innym, i wszystkie tam polecą. Pan profesor przychodzi sobie do ogrodu, a tu niema ani jednego kwiatka! I nie będzie wiedział, gdzie mu się podziały.
— Ale jakżeż kwiatek powtórzy to innym? Przecież kwiaty mówić nie umieją!
— Nie umieją mówić — odpowiedział Fredzio — ale się doskonale porozumiewają znakami. Czy nigdy nie widziałaś, gdy wietrzyk zawieje, jak one nachylają się ku sobie, dotykają się główkami, a wszystkie zielone listki trzepoczą przytem w różne strony? Tak właśnie rozmawiają. I to wszystko jest dla nich równie zrozumiałe, jak dla nas głos i wyrazy.
— A profesor czy rozumie te ich znaki?
— Naturalnie! Razu jednego wchodzi sobie rano do ogrodu i widzi, jak wielka pokrzywa daje listkami znaki gwoździkowi. — Ach, jakiś ty śliczny! — mówi. — Jak cię kocham! — Nie podobało się to panu profesorowi i z całej siły uderzył pokrzywę po liściach, które zastępują jej palce. Możesz sobie wyobrazić, jak się sparzył. Od tego też czasu nie śmie jej nawet dotykać.
— Ha, ha, ha! Ha, ha, ha! — śmiała się Idalka.
— Jak można kłaść dziecku w głowę takie brednie? — oburzył się stary radca, bardzo nudny, który właśnie przyszedł z wizytą i wygodnie usiadł na sofie.
Radca nie lubił Fredzia i zawsze coś mruczał pod nosem, gdy on wycinał dla Idy zabawne, śliczne figurki: człowieka z sercem w ręku, wiszącego na gałęzi (to był złodziej, co kradł serca), czarownicę, galopującą na miotle i niosącą męża na nosie. — Co za głupstwa! — mawiał radca, który nie mógł tego znosić. — Jak można kłaść dziecku w głowę takie brednie!
Lecz Idalka wolała wierzyć studentowi, bo zresztą to, co mówił radca, było całkiem niezrozumiałe. Ktoby na niego zważał? A Fredzio opowiada takie zabawne historje, o których potem musi długo myśleć. Prześliczne są!
Spojrzała znów na swoje kwiatki: zwiesiły główki, gdyż były zmęczone; rozumie się, jeżeli całą noc tańczyły! Mogły być nawet chore.
Wzięła bukiet z wazonikiem i poszła do innych zabawek, ustawionych w kącie na małym stoliczku. Było ich tam bardzo dużo i na ziemi pod stolikiem i w szufladzie. Lalka Zosia spała już w swojem łóżeczku, lecz Idalka ją obudziła.
— Musisz wstać, Zosiu — rzekła — i na tę noc ustąpić łóżka kwiatkom. Są chore i potrzebują wypoczynku, a ty sobie możesz poleżeć w szufladzie.
I wyjęła z łóżeczka lalkę, która zrobiła minę bardzo niezadowoloną, ale ze złości nie powiedziała ani słówka.
Potem ułożyła kwiaty na poduszce i okryła je kołderką.
— Teraz leżcie sobie i odpoczywajcie, a ja wam przyrządzę herbaty, żebyście się napiły i do jutra były zdrowe — powiedziała.
Zasunęła starannie firankę nad łóżkiem, aby im słońce z rana nie świeciło w oczy, i odeszła na palcach.
Przez cały wieczór wciąż myślała o tem, co jej Fredzio opowiadał, a nim się położyła do łóżeczka, zbliżyła się cichutko do okna, na którem stały śliczne kwiaty mamy: tulipany i hjacynty, odsunęła firankę i szepnęła im z uśmiechem:
— Wiem, że będziecie na balu tej nocy!
Ale kwiaty udały, że nic nie rozumieją, — żadnym listkiem nie poruszyły. Idalka wiedziała jednak, co ma o tem myśleć.
Długo dziś nie mogła zasnąć, bo wciąż myślała, jakby to było przyjemnie popatrzeć na śliczne kwiaty, tańczące w królewskim zamku. Ach, żeby to zobaczyć choć raz jeden!
— Czy też moje kwiatki naprawdę tam będą? — szepnęła cichuteńko i zasnęła.
W nocy się obudziła. Śniło jej się o kwiatach, o Fredziu i o nieznośnym radcy, który na wszystko wygadywał. W pokoju było cicho; na stoliku paliła się nocna lampka; ojciec i mama spali.
— Czy też moje kwiaty leżą jeszcze w łóżeczku Zosi? — pomyślała. — Ach, jakbym się chciała przekonać!
Podniosła się troszeczkę i spojrzała na drzwi uchylone do drugiego pokoju, — tam były jej kwiaty i wszystkie zabawki. Zaczęła nasłuchiwać i zdawało jej się, że ktoś tam ślicznie gra na fortepianie, ale tak delikatnie i cichutko, jak jeszcze nigdy dotąd nie słyszała.
— To pewno kwiaty tańczą! — szepnęła z zachwytem. — Ach, mój Boże, jakbym chciała to zobaczyć!
Nie śmiała jednak podnieść się z łóżeczka, aby nie zbudzić mamy.
Może one tu przyjdą — pomyślała znowu. Ale kwiaty nie przychodziły. Muzykę słychać było coraz lepiej, śliczną, cichutką.
Nakoniec Ida dłużej wytrzymać nie mogła. Wyszła pomalutku z łóżka i na palcach podeszła do drzwi uchylonych. Zajrzała. Co za widok! Ach, cóż tam zobaczyła!
Nocnej lampki nie było w sąsiednim pokoju, ale księżyc świecił przez okno prześlicznie i było też tak jasno, jak w dzień biały. Wszystkie tulipany i hjacynty z okna stały na środku naprzeciwko siebie, w doniczkach nie pozostał ani jeden. Pomiędzy nimi kręciło się i uwijało całe mnóstwo prześlicznych kwiatów, trzymając się listeczkami, jakby za ręce, i zwracając w takt muzyki w tę lub inną stronę. Niepodobna opisać, jak to było pięknie!
Na fortepianie grała żółta lilja, którą Ida niedawno poznała w ogrodzie. Fredzio powiedział zaraz: Patrz, jaka podobna do panny Karoliny. Ale wszyscy się z niego śmieli. Tymczasem żółta lilja była rzeczywiście do panny Karoliny niezmiernie podobna, szczególniej teraz, kiedy pochylała to na prawo, to na lewo podłużną żółtą głowę, wybijając takt muzyki.
Małej Idalki nikt nie zauważył. Wtem wielki, niebieski krokus wskoczył na stolik z zabawkami, odsunął firanki od łóżeczka lalki i chore kwiaty natychmiast powstały, okazując uśmiechem i ruchami, że już odpoczęły i mają ochotę tańczyć znowu razem z innymi.
Nagle kominiarczyk ze stłuczonym nosem, który siedział zawsze w kąciku, wyskoczył i kłaniając się uprzejmie kwiatom, zapraszał je do tańca. Wcale nie wyglądały teraz na zmęczone, sfrunęły ze stolika i zaczęły kręcić się wkółko.
Coś upadło na podłogę. Idalka podniosła oczy — to rózga karnawałowa, która widać uważała, iż zalicza się także do kwiatów. Była naprawdę ładna, przybrana w kwiaty papierowe, i mogła się wszystkim podobać, choć na jednaj z gałązek siedziała woskowa laleczka, w kapeluszu z szerokiem rondem, takiem samem, jak nosił radca. Rózga biegła prosto przez środek pokoju, przytupując do taktu, gdyż tańczyła mazura. Inne kwiaty nie lubiły tego tańca, ponieważ były za lekkie i nie mogły przytupywać.
Wtem woskowa lalka w kapeluszu z szerokiem rondem stała się długa i gruba, zaczęła się wykręcać na swojej gałązce i krzyczeć głośno: — Jak można kłaść dziecku w głowę takie brednie! — I podobna była zupełnie do radcy.
Lecz papierowe kwiaty zaczęły uderzać ją po długich nogach, że skurczyć je musiała i stać się znowu małą. Było to bardzo śmieszne. Rózga wywijała wkółko coraz lepiej, a nieznośny radca musiał tańczył z nią razem, choć się kurczył i rozciągał bezustannie.
Nareszcie inne kwiaty wstawiły się za nim, i papierowe róże przestały uderzać go po długich nogach twardymi listkami. Najlitościwsze były chore kwiaty z łóżeczka Zosi.
W szufladzie z zabawkami dało się słyszeć pukanie. Kominiarczyk natychmiast pośpieszył na brzeg stolika, położył się na brzuchu i z całej siły zaczął wyciągać szufladkę. Udało mu się wreszcie. Lalka wysunęła głowę i zaraz się podniosła, bardzo zadziwiona.
— To tutaj bal? — spytała. — A dlaczego nikt mi o tem nie powiedział?
— Czy chcesz ze mną tańczyć? — szepnął kominiarczyk.
— Jeszcze czego! to mi tancerz! — odpowiedziała dumnie i odwróciła się plecami.
Usiadła sobie na brzegu szuflady, oczekując, aż który z kwiatów przyjdzie ją zaprosić. Ale żaden nie przychodził. Zaczęła chrząkać głośno: »Hm! hm!« To wszystko jednak na nic się nie zdało, nikt na nią nie uważał. A kominiarczyk ze stłuczonym nosem tańczył sam i bardzo ładnie.
Widząc, że kwiaty na nią nie zważają, lalka z wielkim hałasem umyślnie spadła na podłogę. Natychmiast wszystkie otoczyły ją troskliwie, podnosząc i dopytując, czy nie zrobiła sobie jakiej krzywdy. Szczególniej kwiaty, które spały w jej łóżeczku, były uprzejme i dziękowały jej serdecznie, że na jej pościeli odpoczęły wygodnie przed balem. Wzięły ją za obie ręce i wyprowadziły na środek pokoju; tu księżyc najjaśniej świecił i najpiękniej było tańczyć. Reszta kwiatów otoczyła ich ogromnem kołem, i wszyscy się kręcili tak leciuchno i ślicznie, jak prawdziwy rój motylków.
Wtedy lalka rozweseliła się zupełnie i powiedziała kwiatom, że mogą spać w jej łóżeczku, bo jej w szufladzie zupełnie dobrze.
— Dziękujemy ci, dobra Zosiu — rzekł kwiatki — ale my już niedługo żyć będziemy. Umrzemy jutro. Powiedz Idalce, żeby pochowała nas w ogródku, obok kanarka, to obudzimy się w lecie i będziemy jeszcze piękniejsze!
— Ach, nie! — zawołała lalka. — Poco macie umierać? — I całowała je serdecznie po kolei.
Wtem otworzyły się drzwi od salonu i tańcząc, wbiegło mnóstwo najpiękniejszych kwiatów. Ida w pierwszej chwili nie mogła zrozumieć, skąd one się tu wzięły, ale odgadła zaraz: to pewno były kwiaty z królewskiego zamku!
Na czele szły dwie róże przecudowne w złotych koronach: to król i królowa. Potem śliczne, pachnące gwoździki, lewkonje kłaniały się na wszystkie strony i uśmiechały słodko. Za niemi szła muzyka: wielkie maki i piwonje wygrywały z takim zapałem na strączkach, że poczerwieniały całkiem z wysilenia. Hjacynty fjoletowe i pierwiosnki dzwoniły znowu tak prześlicznie, jakby miały prawdziwe dzwonki. Cudowna to była muzyka!
Całe mnóstwo kwiatów wpłynęło z salonu i tańczyły wszystkie razem: stokrotki z fijołkami, złocienie z konwalją, rezeda z groszkiem pachnącym, bławatki, bzy, bratki, róże — wszystkie się całowały i tańczyły, że rozkosz była patrzeć.
Nakoniec księżyc pobladł i zmęczone kwiaty powiedziały sobie: Dobranoc!
Ida także cichutko powróciła do łóżeczka, wsunęła się pod kołderkę i zasnęła. Wtedy śniło jej się znowu wszystko to, co widziała.
Nazajutrz z rana pobiegła natychmiast do stolika z zabawkami zobaczyć, co robią kwiaty w łóżku Zosi. Odsunęła firankę — leżały spokojnie, ale zupełnie zwiędły. Zosia była w szufladzie, do której włożyła ją wczoraj, tylko okropnie zaspana.
— Czy pamiętasz, co miałaś mi dziś powiedzieć? — spytała Ida.
Ale Zosia zrobiła bardzo niemądrą minę i nie odpowiedziała ani słówka.
— Wcale nie jesteś dobra — rzekła Ida — przecież wszystkie tańczyły z tobą!
Odwróciła się od lalki, wzięła bardzo ładne malowane pudełko papierowe, i włożyła w nie zwiędłe kwiaty.
— Będziecie miały śliczną trumienkę — powiedziała. — Chłopcy przyjdą po południu i pomogą mi was pochować w ogrodzie obok kanarka, żebyście obudziły się w lecie jeszcze piękniejsze, niż teraz.
»Chłopcy« — byli to mali kuzynkowie Idy: Janek i Stefan. Dostali właśnie od ojca bardzo piękne nowe łuki i przyszli je pokazać Idalce. Dziewczynka opowiedziała im zaraz historję zmarłych kwiatów, więc zajęli się ich pogrzebem. Obaj szli naprzód, każdy z łukiem na ramieniu, a Idalka za nimi, niosąc kwiaty w ładnem pudełku. W ogrodzie wykopali dół pod drzewem, dziewczynka pocałowała kwiaty, potem złożyli pudełeczko w ziemi i usypali nad niem niewielką mogiłę.
Na pożegnanie chłopcy wystrzelili z łuków, gdyż nie mieli armat, ani innej broni.


Co to znaczy: botanika, brednie, burgrabia, radca?






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie tłumacza: Cecylia Niewiadomska.