Ku czci filologa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Szenwald
Tytuł Ku czci filologa
Pochodzenie Utwory poetyckie
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Książka”
Data wydania 1946
Druk Zakłady Graficzne „Książka”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Ku czci filologa
I

On nie był marnotrawcą.
Jeśli napęd żywy,
których kości przenika i w płucach gromadzi
powietrze, do złocistej porównam oliwy,
a ciało wielokształtne — do przestronnej kadzi:
on nie rozpryskał płynu bezcennego wokół,
świat myśli mając w sercu, a świat rzeczy w oku,
szedł naprzód korytarzem krętym i niejasnym,
a kędy przeszedł, trawa kwitnęła i jaskry.

Początkiem było może kilka cichych liter...
(O, świateł w antykwami chorobliwy półton!)
...kilka liter, powiadam, nad stronicą żółtą
zbłękitniałych, nim w słowo spłyną jednolite,
i brzmień architekturą skute doskonałą,
odkryją dziwne dale w greckim słowie: „naos“.

Czy chłopiec wielkooki, pochylony czołem
nad splątanymi wodnic łodygami pisma,
wciągał w nozdrza ich zapach? Czy na oczów żary
wilgotne, białe płatki kładły nenufary,
i nurzając płonący mózg w rozkosznym chłodzie
płynęły po tym ogniu, jak po rzece łodzie?


Tak i pierwsze przeciągłe z Homerem rozmowy —
pamiętasz, profesorze? Te dziwne parowy,
leśne i mokradlane, z paprociami na dnie,
te bagna, torfowiska, zasadzki, zapadnie,
te drogi powikłane (nikt ich nie uprości!),
którymi się dochodzi do starożytności?

Z Odyseuszem płynąć na powiewnej tratwie
po morzu, kiedy fale fioletowe warczą,
a siły nikną, nie wiadomo już, czy starczą,
i krzepnie wiatr, tak płynąć, o powiedz, czy łatwiej,
niż w trawie się rozkładać, na fistule z trzciny
świstać pasterskie śpiewki, runo golić owcom,
i zalecając smagłym dyskrecję jałowcom
ściągać z Amaryllidy hojny dar rozkoszy?
Lub marchwinami zdobić pełen sera koszyk?
Lub płoszyć kuropatwy z zielonej wikliny?
Lub twarz nastawiać, kiedy ciepły wieje zefir,
i sielankowe ziele jadać, i pić kefir?


II

Profesorze! Tyś nie był marnotrawcą czasu.
O kilometr zstąpiwszy pod powierzchnię morza,
i wśród próchniejącego znalazłszy się lasu,
próchna się nie uląkłeś, lecz z pomocą noża
drzewa obłupywałeś z zewnętrznej skorupy,
powstałej pod bandażem, a zaschłej jak strupy,
i pokazując światu żywą miazgę wnętrza,
wchodziłeś tam, gdzie fala biła najgorętsza,
golfstrom historii, słabe miażdżący skafandry;
prąd ognia; w nim zielone płyną salamandry!


Nieraz, nieraz oczami do ust twych przykuty,
mierzyłem rytm oddechu na sceniczne pauzy,
które twój akcentował głos; a zwiastun pauzy,
dzwonek, jak ostry łyk mi smakował cykuty.
Kochałem cię, o Starcze, przyprószony prochem,
za to, że tak kochałeś Grecję, którą kocham!
Olbrzymich, dawnych ludzi wywiodłeś z podziemi;
jeżeli byli głusi, ciemni, albo niemi,
dałeś każdemu skrawek własnego języka,
w puste piersi własnego serca kładłeś kawał,
i takcś po kolei serce swe rozdawał,
aż rana ci została, i się nie zamyka...
Aż próżnia ci została: ot pusta komora!
Serce twoje jest w Grecji, a w piersi go nie ma
głowa twoja jest w Grecji: rękami obiema
podparta, jak olbrzymi leży gdzieś monument...

Obok niej bez pomnika strzaskany postument
i przedpotopowego kręgosłup potwora.

Kwadryga, 1930 r.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Szenwald.