Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 277, dnia 10 grudnia

Niespodzianka pod tytułem: Kolęda dla gospodyń. - Kalendarze Ungra i Szustra. - Strażak. - Nieprawdopodobna historia dra Markiewicza. - My, Niemcy i Wschodnia Słowiańszczyzna.


Najważniejszym wypadkiem ostatnich dni, nadającym się do dziennikarskich rozmyślań, jest naturalnie: Kolęda dla gospodyń przez autorkę 365 obiadów.

Kolęda obejmuje: zaćmienia w r. 1882, ewangelie na wszystkie święta, przepisy gospodarskie tudzież rejestrzyk bielizny do prania na każdy miesiąc, dalej jarmarki, a nareszcie wielką liczbę artykułów dotyczących: kuchni, spiżarni, pracy kobiet, filozofii, nerwowych cierpień, dramatu i poezji.

Między innymi znajdują się tam i aforyzmy, na przykład:

„Czarninę, zamiast mąką, zaprawiać miodownikiem, a będzie wyborna."

„Kobiety to anioły, które przez bramy raju na dno piekła nas prowadzą."

I tak dalej.

Największą jednak osobliwością Kolędy jest dołączające się do niej premium w formie butelki soku i słoika gruszek w occie. Jeżeli każdy egzemplarz książki posiada tego rodzaju dodatek, to naprawdę wypada się lękać, że autorka w roku bieżącym dołoży do swego wydawnictwa.

W każdym razie Kolęda jest książką fachową i pożyteczną. Szczerze pragnąłbym doczekać tych czasów, kiedy u nas nie tylko "gospodynie", ale także szewcy, krawcy, ślusarze, stolarze otrzymają specjalne noworoczniki, obejmujące tyle przynajmniej nowych i praktycznych wiadomości, ile znajduje się ich w kalendarzu autorki 365 obiadów.

Błagam jednak przyszłych wydawców kolęd dla: „budujących lokomotywy" - „żelazne mosty" - „fortepiany" - „kasy ogniotrwałe" itd., ażeby, przysyłając mi do reklamy swoje edycje, nie dołączali do nich premiów, z którymi, dalibóg! nie wiedziałbym, co robić i gdzie je postawić?

Była kiedyś epoka, w której zajmowanie się kuchnią i spiżarnią należało do złego tonu. Wówczas znikła rasa znakomitych gospodyń i tradycja polskich potraw. Panny na wydaniu nie umiały przepowiedzieć: czy pewna kura zaniesie lub nie zniesie jaja? ale natomiast i karteczowały ludzi panieńskimi wiadomościami z zakresu: słownikarstwa, chronologii i encyklopedii.

Była to epoka romansów George Sand, bladych dziewic i katarów żołądka. Przeciw niezdrowym prądom owego czasu pani Ćwierciakiewiczowa podniosła sztandar 365 obiadów i - zrobiła pierwszy krok do ocalenia kraju.

Dziś każda młoda gospodyni, jeżeli nie potrafi ugotować nawet lanego ciasteczka, to przynajmniej posiada w swojej biblioteczce wydawnictwa - wskrzesicielki naszych gospodarskich tradycyj. Jest to więc zapowiedź lepszych czasów: dla żołądka przez kuchnię i dla społeczeństwa - przez żołądek.

Zasłużyłbym na nazwę niewdzięcznika i wroga własnej przyszłości, gdybym nie wspomniał, że w tych również czasach dostał się do mego „kantoru" Kalendarz Ungra i Ścienny Kalendarzyk Szustra. I tych nie potrzebuję zalecać, ponieważ znane są ludziom dawniej aniżeli moje kroniki. Dodam więc tylko, że kalendarzyk Szustra jest rzeczywiście praktyczny, a w Kalendarzu Ungra czuć wielką staranność redakcji działu literackiego. Przy tym każdy z nich rozdaje się darmo, naturalnie dobrym znajomym.

W szeregu kalendarzy zupełnie nowym zjawiskiem jest: Rocznik-Strażak z dewizą: „Bogu na chwałę, ludziom na pożytek" - wydany w Piotrkowie.

W naszej zatęchłej atmosferze dziennikarskiej, gdzie w braku lepszego zajęcia ludzie kłócą się o drukarskie błędy, plagiaty, o potrzebę zakazów przeciw żydom i tym podobne brednie, skromny Strażak jest jakby powiewem świeżego powietrza.

Przede wszystkim znajduje się tam opis ochotniczych straży ogniowych, to jest tych kółek zacnych i dzielnych ludzi, którzy dla dobra bliźnich poświęcają swój czas, siły, zdrowie, niekiedy życie.

Jedna mała tabliczka cyfr, wzięta z tej książki, uczy nas więcej o stosunkach kraju aniżeli całe stosy jałowych polemik quasi ekonomicznych i społecznych.

Może na przykład chcecie wiedzieć, jakie klasy społeczne interesują się publicznym dobrem?

Otóż, ze szczegółowych wykazów podanych przez 14 miast i miasteczek, okazuje się, że w nich między stoma ochotniczymi strażakami liczy się:


właścicieli domów........15%
urzędników, adwokatów, lekarzy, aptekarzy itp....21%
kupców, przemysłowców i rzemieślników ........59%
wyrobników.........5%


Z czego widać, że w kraju naszym jeszcze lokatorowie nie biorą się za łby z karnienicznikami, czeladnicy z majstrami, wyrobnicy z kapitalistami, nieoświeceni z oświeconymi - ale wszyscy pracują zgodnie: „Bogu na chwałę, ludziom na pożytek."

A może interesuje was pytanie: jakie wyznania w naszym kraju poczuwają się do obywatelskich obowiązków?

Podział strażaków ze względu na wyznanie dostarczono tylko z 12 miast, w których na stu czynnych członków znajduje się:


prawosławnych ......1%
protestantów.......7%
starozakonnych......16%
katolików ........76%


A możeby które z pism zajęło się dowodzeniem: potrzeby usunięcia Żydów ze straży ogniowych?...

Niektóre straże, jak nas uczy Rocznik, mają już swoje pieśni; do takich należą: piotrkowska, makowska i sochaczewska.. Straż łęczycka zdobyła się dopiero na sygnały na trąbce.

Strażak pomieszcza dalej specjalnie strażacką komedyjkę. Wchodzą do niej: Chwatek, czeladnik szewcki, zuch co się zowie - Podbitek, jego majster, wielki miłośnik kufla - pani Lucyna, miła wdówka itd. Treść zaś jest ta, że młode wdowy bardzo lubią wychodzić za strażaków, słusznie sądząc, iż ten, kto wydobywa dzieci z ognia, również potrafi dobrze - być wzorowym małżonkiem.

Wreszcie na końcu znajduje się „rozmowa podsłuchana" między Pompką, nocnym stróżem i Saprycmanem, faktorem. Może myślicie, że rozprawiają o potrzebie j u den hecy? Bynajmniej! Mówią sobie, w sposób o tyle przyjacielski, o ile nudny, że na świecie jest bieda, że lepiej być czynnym (słonkiem straży ogniowej aniżeli honorowym, a najlepiej żadnym, i - że w strażach bywa więcej naczelników aniżeli pracowników.

Przypatrzywszy się Strażakowi, nie mogę powstrzymać się od życzenia, aby prowincja przyjęła jak najszerszy udział w naszym życiu umysłowym, którego jedynym browarem jest dotychczas Warszawa.

Ludzie na prowincji mają jakieś lepsze serca i trzeźwiejsze głowy. Ich piśmienniczym utworom brakuje tylko form - naszym, zaś, niestety! zaczyna brakować treści...

W ciągu krótkiej dziennikarskiej kariery zdarzyło mi się spotkać osoby, które z najlepszą wiarą i intencjami zapewniały mnie, że moje sądy w sprawie klas pracujących - tylko szkodzą klasom pracującym, że moje poglądy na przyczyny demoralizacji włościan tylko - mącą ludziom w głowach i że nareszcie mój głos, doradzający sprawiedliwe traktowanie Żydów przez chrześcijan i chrześcijan przez Żydów, tylko - jątrzy obie strony przeciw sobie nawzajem i przeciw mnie samemu.

Słowem: przedstawiano mi, zawsze z zupełnym przekonaniem, że cała moja publiczna działalność tylko szkodzi, zaciemniła i rozdrażnia i że za wszelkie, zresztą niemożliwe u nas, wybuchy ciemnoty i nienawiści - ja powinien bym odpowiadać!

Podobne zdania wydawały mi się niesłychanie dziwnymi i sądziłem, że w tym mieście tylko ja jeden jestem takim osobliwym człowiekiem, który w oczach pewnych statystów robi wówczas źle, gdy robi dobrze, i - powinien odpowiadać za to, że robi dobrze.

Ale Pan Bóg skarał moją pychę, bo otóż znalazł się nierównie zasłużeńszy człowiek, któremu na mocy tego, że robił dobrze, wytoczono kryminalny proces!

Tym fenomenem jest dr Stanisław Markiewicz.

Jeżeli od kilkunastu lat zabierał ktoś w dziennikach głos nad sprawami publicznego zdrowia, jeżeli ktoś popularyzował zasady higieny; jeżeli ktoś ogłaszał, co w ucywilizowanych krajach robi się, a czego się nie robi w sprawach sanitarnych; jeżeli ktoś potężnie dzwonił na potrzebę kanalizacji, na wzmocnienie sanitarnego dozoru, jeżeli ktoś zwracał uwagę na opuszczone niemowlęta, zaniedbanych terminatorów, przeciążonych pracą gimnazjalnych uczniów - to z pewnością tym ktosiem był... dr Markiewicz.

Człowiek wielkiej nauki i serca pełnego zapału wdarł się na zaniedbane u nas pole higieny publicznej i orał je - unquibus et rostro. Walczył bronią cytat, rozumowań, cyfr, dowcipu. Słowem: na wszelkie sposoby przekonywał wszelkich ludzi, że powinni dbać o zdrowie i że - nie powinni własnymi rękoma szczepić dokoła siebie ognisk zarazy.

Kiedy wybuchła u nas w roku bieżącym epidemia ospy i dyfterytu, dr Markiewicz zawiadomił o tym całą publiczność, nie wyjmując inspektorów lekarskich, jeszcze w dniu 29 sierpnia, w nrze 191 „Gazety Warszawskiej". Głos jego był tak donośny, że zwrócił uwagę miejscowych władz policyjnych i sanitarnych. Dzięki jemu zwołaną została sanitarna komisja i - obostrzono dozór nad chorymi, naturalnie - w parę miesięcy później.

I otóż temu samemu doktorowi Markiewiczowi inspekcja lekarska wytoczyła proces: „o rozszerzanie chorób zaraźliwych"!!

W jaki sposób dr Markiewicz: „rozszerzał choroby zaraźliwe"? Ha! chyba w taki, że je leczył i że upominał się o ustanowienie przeciw nim zaradczych środków. Inspekcja lekarska twierdzi, że: „nie doniósł o nich inspektorowi". A skądże inspekcja dowiedziała się o istnieniu tych chorób, jeżeli nie z jego artykułu?...

Pierwsze środki zaradcze przeciw ospie i dyfterytowi zarządził, jeżeli się nie mylę, nie urząd lekarski, ale - jenerał Buturlin. Otóż, gdyby zapytano jenerała: kto mu nasunął myśl ratowania miasta: czy dr Markiewicz, czy urząd lekarski? odpowiedź byłaby ciekawa!...

Gdyby sędzia pokoju nie odrzucił skargi lekarskiego urzędu, dr Markiewicz musiałby zapłacić znaczne grzywny za to, że publicznie ogłaszając swój artykuł o ospie, nie doniósł o niej urzędowi sanitarnemu!... Światły sędzia uwolnił doktora od kary pieniężnej, odgadując zapewne, że tę samą kwotę można by użyć na „cele sanitarne", niekoniecznie w formie kary. Czyliż dr Markiewicz, dla uniknięcia sądowego skandalu, nie wolałby ofiarować urzędowi lekarskiemu kilkudziesięciu rubli - na szpitale albo na dom podrzutków?

Jeżeli ma istnieć kara za tego rodzaju „występki"sanitarne, to niechże już idzie do kas sanitarnych, nie sądowych.

Nie wiem, czy jest to chwilowy kaprys, czy spóźnione spostrzeżenie faktu, dość, że kilka petersburskich dzienników zwróciło uwagę na - niebezpieczeństwa niemieckiej kolonizacji.

W rozprawach tych uderzyły mnie głównie dwa zdania.

„Nowoje wremia" zawiadamia swoich czytelników, że Niemcy rozsiadają się w guberniach zachodnich i małoruskich nie tylko gęsto, ale i z pewnym systemem. „Nowosti" zaś twierdziły kilka tygodni temu, że my, Polacy, nie mamy powodu lękać się Niemców i że tylko udajemy obawę.

Oba dzienniki mają słuszność.

„Nowoje wremia" ma słuszność z tego powodu, że istotnie w guberniach zachodnich i małoruskich Niemcy okazują pewien system w kolonizacji. O ile na przykład mnie wiadomo, to na żyznych ziemiach południowej Rosji Niemcy, już mający swoje gospodarstwa, solidarnie płacą dobrowolną składkę na wykupywanie gruntów dla ich dorastającego potomstwa, Jest to nauka dla Polaków, Małorusinów i Wielkorosjan, z której każdy w swoim zakresie powinien by skorzystać. Niemniej jest to straszny fakt, który dowodzi, że Niemcy przeskoczyli już nasze plemię i wzięli się do ekonomicznego podboju między Małorusinami.

U nas Niemcy wsiąkają także w społeczny organizm, dzięki następującym przyczynom.

Niemcy mają spółki i kapitały do wykupywania ziemi u nas, podczas gdy nasi rolnicy nie posiadają ani potrzebnych im instytucyj kredytowych, ani spółek do parcelowania majątków i osadzania na nich włościan, ani rolniczych stowarzyszeń w celu podniesienia gospodarstw.

Niemcy mają szkoły techniczne i wykwalifikowanych przemysłowców i majstrów; my nie mamy takich szkół, a więc brak nam odpowiedniej ilości przemysłowców i majstrów.

Niemcy cieszą się zaufaniem i mają wpływy; my jesteśmy pozbawieni i jednego, i drugiego. Dzięki temu mamy mniej szans do utrzymania jakiegoś przywileju albo ulgi aniżeli Niemiec.

Pomimo to my nie wzdychamy wcale do wypędzenia Niemców z kraju lub do ograniczenia ich praw, jak przypuszczają „Nowosti". Chcemy tylko mieć takie same prawa i przywileje jak oni, a resztę - zrobimy sami.

Dalej „Nowosti" mają słuszność, że my nie boimy się Niemców. Oni już weszli do nas, już są tu, już z nami walczą. My także wzięliśmy się za bary z germańskim kolosem, więc bać się - za późno! Dla nas minęła pora przewidywań i obaw - nastała epoka walki i dziś tego się chyba tylko obawiamy, ażeby: „niebo nie spadło nam na głowy!..."

W tej walce oni mają za sobą większą liczbę, wyższą oświatę, kapitały, porządek, bardziej rozwinięte zwyczaje ekonomiczne. A jednak!... przyszłość należy do cierpliwych. I my ich nie pokonamy, i oni nas nie zetrą; jest to walka ze skałą - kropli wody, która tylko chce wydrążyć sobie miejsce, i wydrąży je.

Co nam najwięcej dodaje otuchy, to okoliczność, że Niemcy lekceważą nas, my zaś szanujemy ich i uczymy się od nich. Oni są wielkim, godnym podziwu państwem; my chcemy tylko żyć i - będziemy żyli. W naturze mały kamień ma taką samą rację bytu jak i wielki kamień.

Na jedną przecie rzecz nie zwróciły uwagi ani „Nowosti", ani „Nowoje wremia". Oto uznaliśmy, że tu, na tym gruncie, położenie Niemców jest korzystniejsze. Co gorsza: nikt się temu nie dziwi!

Może tym odkryciem zasmuci się „Nowoje wremia".

Dla nas jest ono starym pewnikiem i dla tego spokojnie patrzymy w przyszłość!

Niech też „Nowoje wremia" zrozumie, że ekonomiczną walkę z Niemcami, za całą wschodnią Słowiańszczyznę, prowadzimy dziś my jedni i że naszymi sprzymierzeńcami są... Kto?... Francuzi!...

Tak już daleko zaszły sprawy, a oto dowód, pierwszy z brzegu.

W guberni chersońskiej, w miejscowości Krywoj-Rog, a więc w punkcie całkiem dla nas obojętnym, polski inżenier-górnik S. Kontkiewiaz odkrył i wyznaczył obfite pokłady doskonałej rudy żelaznej. Cztery czy pięć lat donosił o tym rosyjskim kapitalistom i - żaden z nich nie poświęcił ani kopiejki na eksploatację. Niewiele już brakowało, ażeby Niemcy, zagarniający powierzchnię ziemi, nie sięgnęli do jej wnętrza...

Szczęściem, znalazła się kompania francuska, która zakupiła grunta i rozpoczęła pracę, z góry zastrzegając, że posługiwać się będzie nieniemieckimi żywiołami.

Gdzie byli wtedy i o czym pisali współpracownicy „Nowego wremieni"?

Rzeczywiście, niezmierne bogactwa rosyjskich terytoriów, przy małej ludności i braku kapitałów, ocalone być mogą od ekonomicznego najazdu Niemców tylko przy udziale potężnych kapitałów francuskich.

Toteż przez wdzięczność już dziś - wymyśla się tym sprzymierzeńcom, co znowu jest w duchu „Nowego wremieni".